20 kwietnia 2012

NASI NA SALONACH
WYDARZENIE ARTYSTYCZNE


Och, jak miło bywać „na salonach”! Tym razem opowiem o w salonie artystycznym Renaty Kozerskiej, nie, nie w Aninie, ale z aninianinami w rolach głównych – w Wesołej Starej Miłosnie. Temat - kobiety twórcze. Słuchaliśmy o Agnieszce Osieckiej (i fragmentów jej niektórych „Listów na wyczerpanym papierze”) oraz słynnych już piosenek. Przygotowała to artystyczna rodzina Czajków.

Gościem honorowym wieczoru była Joanna Rawik – artystka sceny muzycznej, laureatka festiwali opolskich, autorka książek. Któż nie pamięta wyznania artystki: Kocham świat /za zasłoną szarych dni...z piosenki: Romantyczność, w której pobrzmiewa Szopenowski Polonez As-dur op.53. Z osobistym wspomnieniem o Władysławie Broniewskim i wierszami poświęconymi poecie wystąpiła  anińska poetka – znana i lubiana doktor Aldona Kraus.

Nadspodziewanie  ciekawy okazał się spektakl poetycki pt. „Odcienie miłości. Rzecz o jednej kobiecie” w autorskim wykonaniu Pauliny Cysak i Katarzyny Nowak – kolejnej anińskiej poetki [i naszej redakcyjnej koleżanki]. Obie młode twórczynie należą do Stowarzyszenia Autorów Polskich. Spektakl składał się z wierszy ich autorstwa. O namiętności, o pożądaniu, o tęsknocie za miłością. Męskim elementem spektaklu był  - milczący obojętnie Andrzej Bonifacy Fudali, również poeta. Publiczność zachwyciły nie tylko poetyckie teksty pełne gorącego uczucia i twórczej pasji, ale również pomysł choreografii i kostiumów. Jak na spektakl traktujący o miłości przystało – dominował kolor czerwony – symbol namiętności skontrastowany z czernią, która miała symbolizować tęsknotę i niespełnienie. Pomysłodawczynie i wykonawczynie widowiska spotkało gorące przyjęcie ze strony bywalców Wesołego Salonu oraz pochwała z ust Joanny Rawik, która występowała na niejednej polskiej i europejskiej scenie.

Gośćmi salonu byli również artystka-malarka  Lidia Snitko-Pleszko prezentująca swoje pastelowe portrety, poetka Monika Maciejczyk z Polanicy Zdroju oraz pieśniarka Teresa Kramarska. Wśród publiczności znaleźli się liczni reprezentanci SAP O/W-wa II wraz z jego prezes Wandą Stańczak.

Mirosław Perzyński – takoż aninianin, bo od lat …dziestu  pracuje w KKA -  wygłosił krótki wykład z pogranicza antropologii kultury, będący jednocześnie mową okolicznościową poświęconą kobietom twórczym w historii.

Uff, czy nie za wiele wrażeń, jak na jeden wieczór? Ale nigdy za wiele czegoś dobrego.

Pani w peruce


11 kwietnia 2012



Krzysztof Broniatowski
MÓJ ANIN


Kiedy myślę – mój Anin – to myślę niejako o swej tożsamości. Mój Anin to poniekąd moja Mała Ojczyzna. Wprawdzie trzy pierwsze lata życia spędziłem „po drugiej stronie torów”, czyli w Wawrze, a jeszcze po ślubie przez prawie sześć lat mieszkałem, jak to się u nas mówi: „w Warszawie” (tzn. w Śródmieściu), ale wszystkie pozostałe lata (z ponad półwiecza) spędziłem w Aninie. Tu prowadzono mnie do przedszkola, tutaj chodziłem do szkoły podstawowej i do liceum. Stąd wyruszałem w świat, aby go poznawać – zarówno na studiach uniwersyteckich jak i w licznych wyjazdach i podróżach. Tutaj także z tych podróży powracałem. Tutaj jest mój dom. Tutaj mieszkają moi najbliżsi – moi rodzice i moje rodzeństwo (choć ściśle biorąc siostra mieszka „za torami”). W Aninie poznałem moją żonę, która też tutaj mieszkała i tutaj, po wspomnianym już kilkuletnim zamieszkaniu w Śródmieściu, powróciliśmy z własną rodziną powiększoną o dwóch synów.
Mój Anin to szczególne miejsce na Ziemi. Miejsce, które bardzo zmieniło się przez to półwiecze i którego zmiany mogłem na bieżąco obserwować. Obrazy z dawnych lat i miejsc, które już dziś całkowicie inaczej wyglądają, pozostały mi pod powiekami. Czasem to jest ścieżka przez lasek w drodze na skróty do szkoły, jakaś sosna przy tej ścieżce z korzeniami, na których zawsze wykręcały się nogi. Innym razem to przystanek, na którym wracając ze szkoły oczekiwało się na autobus, aby zapytać konduktora lub kierowcę, czy można przejechać jeden przystanek „na gapę”. To także śnieg skrzypiący pod butami i skrzący się milionami gwiazdeczek w świetle nielicznych lamp. Tamten Anin to ledwie kilka ulic z twardą nawierzchnią, to jeszcze drewniana charakterystyczna zabudowa, która w pewnym momencie zaczęła zbyt szybko znikać. Wtedy zrodził się pomysł albumu fotograficznego, w którym utrwalony miał być dla następnych pokoleń ten Anin odchodzący w zapomnienie. To dało z kolei impuls do powołania Towarzystwa Przyjaciół Anina. Dzisiejszy Anin cieszy porządnymi ulicami, licznymi zadbanymi posesjami, wśród których nie brak prawdziwych perełek.

Mój Anin to mieszkający tutaj ludzie – sąsiedzi, znajomi; często znajomi dlatego, że ich twarze spotykam na ulicy, w sklepie, w kościele, choć ich imiona ani nazwiska nie są mi znane. A pomimo tego, jest między nami jakaś tajemnicza więź, która powoduje, że wśród nich czuję się u siebie.

Wreszcie mój Anin, to nieuchwytna nić, która łączy tych ludzi, tutaj, obok mnie mieszkających, z tym miejscem, z tą ziemią i tym co się na niej znajduje. Pośrodku naszego osiedla, niemal w geometrycznym jego centrum stoi kościół parafialny. To dla mnie bardzo ważne miejsce. W tym kościele brali ślub moi rodzice a także rodzice mojej żony. W tym kościele zostałem ochrzczony, tutaj odbyłem pierwszą spowiedź i po raz pierwszy przystąpiłem do Komunii Świętej. Tutaj przyjąłem sakrament Bierzmowania i w tym kościele udzieliliśmy sobie z żoną sakramentu Małżeństwa. W tym kościele zostały także ochrzczone nasze dzieci. Dzięki zaangażowaniu w życie parafialne mojej babci a także moich rodziców, byłem zawsze dość blisko kościoła. Pamiętam ten kościół drewniany a potem budowę aktualnego. Dzięki babci miałem zaszczyt osobiście poznać projektanta nowego kościoła – pana inżyniera architekta ś.p. Zygmunta Stępińskiego, który był też projektantem mojego domu rodzinnego w Aninie. Pamiętam wszystkich kolejnych proboszczów i wielu księży, którzy w naszej parafii służyli. Pamiętam … .

Czytając te słowa, może ktoś sobie pomyśleć – ale zaścianek! Nic tylko wszystko w Aninie! Ja tego tak nie odczuwam. Zresztą jak sobie policzę, to w ciągu swego życia, co najmniej półtora roku przebywałem w różnych innych miejscach w Polsce i poza jej granicami. Więc nie tylko Anin!

Ale kocham Anin i czuję się tu dobrze! To chyba dobrze!


Wielkanoc, 2012    

3 kwietnia 2012

2 kwietnia 2012

Bohaterem kolejnego PIĄTKU Z TOWARZYSTWEM w KKA był znany rezyser, a co najważniejsze - świetny człowiek. Oto opowieść (cz. 1.) o nim i o spotkaniu  
(cz. 2- w przygotowaniu)


Barbara Mildner
ZNANY REŻYSER - ŚWIETNY CZŁOWIEK (1)



Wojciech Adamczyk urodził się 4 lipca 1959 r. w Szczecinie, w artystycznej rodzinie tancerzy. Rodzice, Eleonora i Leszek Adamczykowie, niemal całe zawodowe życie spędzili na deskach Operetki Szczecińskiej, a następnie Operetki Warszawskiej (obecnie Teatr Muzyczny „Roma”).
Własne życie artystyczne rozpoczął od edukacji w Podstawowej Szkole Muzycznej.
Studia wyższe, zarówno Wydział Aktorski i pięć lat później, w 1987r. Wydział Reżyserii Warszawskiej PWST (dzisiaj: Akademia Teatralna w Warszawie) ukończył z wyróżnieniem.
Dwukrotnie został laureatem rocznego stypendium Ministra Kultury i Sztuki dla „wyróżniających się młodych twórców-studentów szkół artystycznych”, a jako stypendysta rządu francuskiego, mógł odbyć w paryskim Centre National Gennevilliers swój reżyserski staż.
Podczas studiów skupiał się nie tylko na nauce. Bardzo intensywnie działał społecznie w organizacjach studenckich, również jako członek Rady Wydziału i Senatu Uczelni.
Na macierzystą uczelnię powrócił w 1993 roku i do dnia dzisiejszego jest wykładowcą „przedmiotu głównego” na Wydziale Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej.
Kształcąc młodzież nie zaprzestał własnej edukacji. W maju 2000 r. obronił pracę doktorską, a w listopadzie 2005 r. przyznano mu tytuł doktora habilitowanego.
Od września 2002 r. pełnił funkcję dziekana, a następnie prodziekana Wydziału Reżyserii.
Od 1989 r. jest członkiem Stowarzyszenia MENSA.
Wyłącznie dzięki wrodzonym zdolnościom, pracowitości i umiejętności organizowania pracy może pochwalić się dzisiaj swoimi osiągnięciami, a jest ich naprawdę niemało.
Zanim całkowicie poświęcił się reżyserii, zagrał kilka ról filmowych (m.in. w „Godzinie W”, „Rodziców nie ma w domu”, „Dorastaniu”, „Na Wspólnej”, „Halo Hans! czyli nie ze mną te numery”), jednak zdecydowanie bardziej odpowiada mu praca reżysera. Na tym polu osiągnął najwięcej.
Na swoim koncie ma ponad 30 wyreżyserowanych sztuk teatralnych,
wystawianych na deskach teatrów w Polsce i za granicą (m.in. „Wizyta starszej pani” Friedricha Durrenmatta, „Lot nad kukułczym gniazdem” na podstawie powieści Kena Kesey’a, „Żołnierz królowej Madagaskaru” na podstawie farsy Stanisława Dobrzyńskiego i Juliana Tuwima, ”Dwoje na huśtawce” Wiliama Gibbona, „Balladyna” Juliusza Słowackiego, „Kariera Artura Ui” Bertolda Brechta, „Kolacja dla głupca” i „Co ja panu zrobiłem Pignon” Francisa Vebera
„Kiedy kota nie ma” Johna Mortimera i Briana Cooka i wiele, wiele innych).

Wojciech Adamczyk reżyserował również opery: „Pajace” Ruggero Leoncavallo, „Rycerskość wieśniaczą” Pietro Mascagniego i „I Capuleti e i Montecchi” Vincenzo Belliniego oraz operetki: „Księżniczkę czardasza” Emmericha Kalmana, „Zemstę nietoperza” Johanna Straussa, „Ptasznika z Tyrolu” Karla Zellera,  oraz „Boccaccio” Franza von Suple.

Ma w swym dorobku również kilkanaście wyreżyserowanych spektakli telewizyjnych, stworzonych głównie dla Teatru Telewizji Polskiej (m.in.: „Sędzia i jego kat” Friedricha Durrenmatta, „A gdzie ja się, biedniuteńki, podzieję” Joanny Papuzińskiej, „Zbrodnia z premedytacją” Witolda Gombrowicza, “Wariatka z Chaillot” Jeana Girardoux, “Świerszcz za kominem” Charlesa Dickensa, “Eskapada” Valerie Bonnier, czy „ Zwłoki” Gerarda Moona.).

Można śmiało powiedzieć, że niewiele jest polskich seriali, przy których nie pracowałby Wojciech Adamczyk.
Zaczynając od „Tata, a Marcin powiedział” (287 odcinków – 64 miejsce na liście 100 najlepszych programów w całej historii Telewizji Polskiej) i „Rodziców nie ma w domu” przez „Rodzinę zastępczą”, „Miodowe lata”, „Na Wspólnej”, „Tancerzy” i wielu, wielu innych, aż do kultowego już dzisiaj „Rancza”, wyreżyserował niezliczoną ilość odcinków dla polskiej telewizji.

Właśnie „Ranczo” przyniosło Wojciechowi Adamczykowi największą popularność i sławę.
Jest to przedsięwzięcie reżysersko bardzo trudne, ale realizowane po mistrzowsku. Nie dziwi więc fakt, że od 2007 roku bije rekordy oglądalności. Serial był wielokrotnie nagradzany, m.in. uhonorowany „Telekamerą Teletygodnia” w kategorii serial komediowy oraz „Supertelekamerą roku 2009”.

Deszcz nagród dla „Rancza”, to nie jedyne wyróżnienia w karierze reżysera. Otrzymał m.in. „Nagrodę Publiczności” za sztuki: „Dziwna Para” wystawianą w warszawskim teatrze „Capitol” i „Kolacja dla głupca” w teatrze „Ateneum” w Warszawie. Dużym sukcesem jest także nominacja w kategorii „sitcom” dla serialu „Halo, Hans” na 48 Międzynarodowym Festiwalu Twórczości Telewizyjnej „Rose d’Or” w Lucernie.

Wojciech Adamczyk, chociaż jest osobą znaną i popularną i chociaż, z racji wykonywanego zawodu, wciąż obraca się w trudnym przecież środowisku artystycznym, pozostaje sympatycznym, nie zmanierowanym człowiekiem.
Wysoko ceni sobie mądrość, wiedzę i kulturę osobistą. Sam mówi, że „w życiu nie ma nic lepszego, niż przyznanie rozumowi wiodącej roli”, a z równowagi wyprowadza go „chamstwo, głupota, cynizm, pazerność – w życiu publicznym; w kulturze zalew tandety i amatorszczyzny”.
Na pytanie jednego z dziennikarzy „czego ma za dużo?”, odpowiada „pokory”. Chociaż wobec siebie surowy i wymagający, dla innych ma dużo tolerancji i wyrozumiałości. Twierdzi „że nawet w bohaterach negatywnych tkwią pokłady dobra”.
Wojciech Adamczyk jest osobą z ogromnym poczuciem humoru, świetnym gawędziarzem, „duszą towarzystwa”, chociaż on sam twierdzi inaczej.
Znakomicie opowiada dowcipy, a pogodny i życzliwy jest „z natury”.
Ma wspaniałą rodzinę.
Żona Małgorzata perfekcyjnie godzi obowiązki pani domu z pracą twórczą. Jest uznaną, popularną autorką powieści dla dzieci, młodzieży i dorosłych, a jej trzytomowa saga pt.: „Cukiernia Pod Amorem” wciąż wysoko lokuje się na liście bestsellerów.
Synowie, absolwenci Wydziału Kulturoznawstwa SWPS w Warszawie, odziedziczyli talent po rodzicach.
Starszy syn, Maciej jest autorem i wykonawcą popularnej obecnie tzw. stand-up comedy, natomiast młodszy – Piotr,  jest muzykiem, perkusistą zespołu „Radio Error”.
Do rodziny Adamczyków należą również trzy „córeczki” – dwie czarne sznaucerki - Mamba i Nesca, oraz biała goldenka Milka. Ich głównym zadaniem, jest dbanie o dobre samopoczucie członków familii, głównie pana domu.




Teresa Szymczak
ZNANY REŻYSER - ŚWIETNY CZŁOWIEK (2)

Piękne, wawerskie osiedla zamieszkiwało – i nadal zamieszkuje - wielu wybitnych, bardziej lub mniej znanych twórców: uczonych, pisarzy, malarzy, aktorów, animatorów kultury. Być może – ktoś kiedyś, jakiś miłośnik lokalnej historii – pokusi się o zebranie informacji o tych ludziach w jednym opracowaniu – na chwałę uroków Wawra.

Oddział Anin TPW wespół z Klubem kultury Anin próbuje pokazywać ludzi współcześnie twórczych
z wawerskiego kręgu. W ostatni piątek marca doszło do skutku trzecie już spotkanie z cyklu „Ludzie Wawra”. Jego głównym bohaterem był Wojciech Adamczyk. Można powiedzieć po prostu: świetny człowiek.
Bo to nie tylko znakomity reżyser, znany z kultowego już serialu Ranczo, ale twórca o bogatym dorobku w teatrze i filmie. To przede wszystkim skromny, miły, serdeczny człowiek.
Żaden ze znanych mi wyżej wspomnianych wawerskich twórców tak szybko nie zżył się
z mieszkańcami swego osiedla, jak udało się to Wojciechowi Adamczykowi. Niewątpliwie duża w tym zasługa jego żony, Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, znanej pisarki, z wdziękiem zacieśniającej więzi sąsiedzkie.

Oni oboje po prostu znajdują czas na to, by spotkać się z ludźmi mieszkającymi obok, pogadać z nimi
o swojej pracy, wysłuchać problemów sąsiadów. Pomóc. I nie czynią tego dla sławy, tę bowiem już posiadają. Ani dla honorariów, bo czas swój ofiarowują bezinteresownie. Wnoszą przez swoje inicjatywy wiele nowego w utarte schematy działań kulturalnych Anina.

A teraz kilka słów o samym spotkaniu. Słusznie dyrekcja Klubu Kultury Anin przeznaczyła na nie największą swoją salę, która i tak nie pomieściła wszystkich przybyłych.

O „drodze do sławy” pana Wojciecha dowcipnie i sympatycznie opowiedziała przyjaciółka rodziny, Barbara Mildner. Zaś reżyser - zgodnie ze scenariuszem organizatorów - zagrał samego siebie. Uraczył zebranych nie tylko szklaneczką Mamrota, lecz przede wszystkim licznymi anegdotami o swojej pracy na planach filmowych. Jego „gra” przerywana była co chwila wybuchami śmiechu.

Motorem działań w życiu Wojciecha Adamczyka – jak przyznał sam w pewnym momencie - jest chęć sprawienia radości innym. Czyni to między innymi w realizowanych przez siebie komediach. Kiedy się człowiek śmieje, to jest oczywiste, że coś sprawiło mu radość…
W dobie panoszącego się patosu taki niosący uśmiech człowiek jest na wagę złota.

Wystąpienie  reżysera uzupełnił pokaz jego dorobku artystycznego.

Jak wymarzyli sobie inicjatorzy spotkania, na sali znaleźli się nie tylko członkowie Oddziału Anin TPW (w tym przedstawicielki ZG TPW), lecz przede wszystkim -  rodzina pana Wojciecha: powitana oklaskami jego matka, Eleonora Adamczyk, żona Małgorzata, synowie, liczni przyjaciele i sąsiedzi. Gości przywitał w imieniu KKA Mirosław Pyrzyński i p. prezes OA TPW, znana, długoletnia nauczycielka anińskiego liceum, Maria Chodorek. 






Foto Andrzej Sachanowski

____________________________

Barbara Mildner
GRAŻYNA  MORDZON W GALERII NA TRAWIASTEJ




Ludzie nie dlatego przestają się bawić,
że się starzeją, lecz starzeją się,
bo przestają się bawić.
(Mark Twain)

 Grażyna Mordzon (z domu Wolińska) urodziła się 4.sierpnia 1957 r. (niedziela!). Chociaż warszawianka, najchętniej wyjeżdżała z miasta na wieś. Właśnie tam miała okazję obcować z prawdziwą naturą – roślinami i zwierzętami. Czy może być piękniejsze miejsce dla wrażliwego artystycznie dziecka, niż miejscowość o nazwie „Dobra Nadzieja” z kochającymi dziadkami o imionach: Wiktoria i Mikołaj?
Grażynka od zawsze lubiła rysować, kochała teatr. Znała niemal wszystkie spektakle z repertuaru Teatru Wielkiego.
Po ukończeniu Szkoły Podstawowej planowała kontynuować naukę w liceum o profilu plastycznym. Los jednak inaczej pokierował jej życiem i zrobił z niej ekonomistkę.
Pracę zawodową podjęła w warszawskiej SGPiS.
W 1978 r. wyszła za mąż za Sławomira Mordzona, urodziła kolejno - córkę Joannę i 10 lat później syna Roberta. Szczęśliwa mama na dobre poświęciła się rodzinie, pomagając jednocześnie mężowi w prowadzeniu firmy.
To oczywiste, że nawet pracując w domu, można spełniać się, tworząc małe formy artystyczne. Wielokrotnie miałam okazję podziwiać hafty Grażyny, jej dekoracje świątecznych stołów i potraw,  artystycznie zapakowane upominki.
Tworzy piękne, okolicznościowe kartki, co również mogą potwierdzić osoby zaproszone  na jej dwa wernisaże w „Galerii na Trawiastej”.
Po 50-tych urodzinach postanowiła spróbować swoich sił w rysunku i malarstwie. Decyzja ta była tym łatwiejsza, gdyż mogła poświęcić dla siebie więcej czasu. Dzieci skończyły studia i usamodzielniły się. Ponadto mąż,  w bardzo krótkim czasie zrealizował swoje pasje żeglarskie - pływał po Bałtyku, Adriatyku,  Morzu Północnym, Śródziemnym i Pacyfiku. Właśnie sukcesy męża były dla niej dodatkową mobilizacją i bodźcem, by zająć się własną pasją.

Grażyna nie ukończyła żadnych prestiżowych szkół artystycznych, jest samoukiem.
Jej artystyczne początki, to udział w krótkich zajęciach plastycznych i tkactwa.
Samodzielnie próbowała swoich sił w technice malowania suchymi pastelami, zainspirowana twórczością polskiego malarza Władysława Ślewińskiego. Nie mając zawodowego przygotowania (często powtarza, że jej oko widzi więcej, niż może narysować ręka), wypracowała swój własny sposób tworzenia portretów.
Zafascynowana chińską i japońską sztuką malowania i kaligrafii, od marca 2011 roku uczęszcza na warsztaty „Chińskiej sztuki malowania pędzlem” pod kierunkiem Izabeli Zalewskiej-Kantek w „Magazynie Sztuk”.
Grażyna Mordzon wciąż stara się wzbogacać swoje umiejętności plastyczne. Zdecydowała się poznać, ponoć najtrudniejszą, technikę malarską – akwarelę. Od października ubiegłego roku zapisała się na zajęcia pod kierunkiem Joanny Malinowskiej.
Miejmy nadzieję, że będziemy mieli okazję, zobaczyć jej nowe prace, bo ten zodiakalny Lew, a w chińskim horoskopie Kogut  - wciąż bawi się malując.



Całość fotorelacji: Proszę Kliknąć TU


Chińska metoda malowania pędzlem, to linie i kropki – znaki naniesione na papier, by stworzyć podobieństwo, lub wyobrażenie roślin i zwierząt, gór i nieba, ryb i owadów.
Sposób malowania opiera się na pociągnięciach pędzla typowych dla kaligrafii obrazkowej, która rozwinęła się wiele lat temu i dlatego często mówi się, że jest to „pisanie”, a nie malowanie i „czytanie”, a nie oglądanie.
Obrazy „pisze się” głównie tuszem na papierze, lub jedwabiu – materiałach tak delikatnych, że jakakolwiek korekta jest praktycznie niemożliwa.
Rozrabianie tuszu to swoisty obrzęd wymagający czasu, który należy poświęcić na zebranie myśli wokół malowanego obrazka. Ze szczególnym pietyzmem przestrzega się rytuału maczania pędzelka, nawet po kilkanaście razy, dla nabrania właściwej ilości farby i wody. Przejście od umysłu i serca artysty na papier przez rękę i pędzel, musi być pozytywne i wygodne.
Malarz chiński rzadko chce „sportretować” krajobraz. Częściej chodzi mu o nastrój, atmosferę, pobudzenie do kontemplacji, dlatego też namalowany obraz wzmacniany jest umieszczonym obok wierszem i stosowną pieczęcią.
Inaczej niż w Europie, gdzie obrazy zwykle mają swoje stałe miejsce na ścianie, obrazy chińskie, wykonane na rolkach jedwabiu, lub papieru, najczęściej przechowywane są w skrzyniach i bywają wyjmowane tylko na czas ich oglądania i medytacji.
Tradycyjne chińskie malarstwo przeżywa obecnie renesans i to zarówno w swoim kraju, jak i poza jego granicami.



3 lutego 2012

WITAMY W NOWYM ROKU



__________________________

HOMO LEGENS
Jan Czerniawski
KANDYDAT I JEGO ANIOŁ

W dawnych kulturach istniało wielkie zapotrzebowanie na przekaz
ważnych dla lokalnych społeczności historii. Opowiadacze cieszyli się
zazwyczaj wysokim prestiżem. Nie znali trosk materialnych. Bohaterowie
ich opowieści funkcjonowali w zbiorowej świadomości przez wiele
pokoleń. Prowadzili swoiste życie po życiu. Stanowili punkt
odniesienia. Podobnie działo się z obecnymi w tych lokalnych
opowieściach miejscami. Każde dziecko wiedziało, jaką rolę w dziejach
osady odegrała zlokalizowana w jej centrum studnia czy rosnące na jej
skraju drzewo.

A jakie znaczenie ma opowiadanie lokalnych tradycji w naszych czasach?
Odpowiedzi na to pytanie poszukuje Barbara Wizimirska, która od kilku
lat opowiada o Falenicy. Napisała o tym osiedlu już trzy książki.

Jaki sens ma ciągłe powtarzanie tej samej historii? Po pierwsze: jest
to tylko z pozoru ta sama historia. Raz opowieść dotyczy osiedla
i różnych - oficjalnych, i podskórnych - nurtów jego życia. Kiedy indziej
przedmiotem narracji jest proces tworzenia i rozwoju parafii.
W najnowszej książce opowiadanie koncentruje się wokół ważnego
wydarzenia, jakim jest pojawienie się w Falenicy jezuitów. Po drugie:
Autorka ma w sobie żyłkę historyka. Każdą wersję opowieści uzupełnia
więc o nowe fakty, pracowicie wyłuskane bądź to z publikowanych przez
innych źródeł, bądź z zebranych przez siebie ustnych relacji. Wertuje
cierpliwie zakurzone i pożółkłe archiwalne dokumenty. Po trzecie: za
każdym razem przedstawia historię Falenicy jeszcze ciekawiej niż
poprzednio. Tak jak dawni opowiadacze. Coraz bardziej wierzy w swój
dar narracji i coraz mocniej wciąga czytelnika w rytm i rym
opowiadania. Każdy kto czyta te książki, nabiera z czasem przekonania,
że nadwiślańska wieś przekształcająca się w małe miasteczko, a potem
znów w peryferyjne warszawskie osiedle odegrała w dziejach niezwykle
istotną rolę. Gdyby było inaczej, po co by o niej pisać?

Historię Falenicy już trochę znam. Bywa, że wyobrażam sobie ulicę
Handlową z jej gwarem i kurzem. O jezuitach co nieco czytałem. W
trzeciej książce Barbary Wizimirskiej najbardziej zainteresowały mnie
losy rodziny Szaniawskich. To dzięki tej familii mamy dziś w Falenicy
Europejskie Centrum Komunikacji i Kultury. Maria Wojciechowska, córka
Stanisława i Bronisławy Szaniawskich, była dentystką. Nietypową
dentystką. Zarabiała na życie lecząc zęby pracowników Ministerstwa
Gospodarki Komunalnej. Jednocześnie w prywatnym gabinecie w Alejach
Jerozolimskich przyjmowała (bez honorariów!) pozbawionych w PRL prawa
do ubezpieczenia zdrowotnego księży, zakonników i zakonnice. Leczyła
biskupów Bronisława Dąbrowskiego i Władysława Miziołka. Jej kontakt z
jezuitami miał najprawdopodobniej swój początek również w tym
dobroczynnym gabinecie. Córka Marii, Joanna, zakochała się w
przystojnym tureckim dyplomacie. Nazywał się Sedat Üçerler. Wyszła za
niego za mąż. Owocem tego polsko-tureckiego związku był Murat Antoni.
Zamiast zgłębiać tajniki islamu, poszedł on w zupełnie innym kierunku.
Odkrył w sobie powołanie do życia zakonnego i został ... jezuitą.

Tę i wiele innych historii znajdziecie w "Opowieściach falenickich". A
co ma do tego kandydat i jego anioł? Zajrzyjcie na stronę 108.




Bibliografia:
Barbara Wizimirska, Falenica. Portret osiedla 2008, Warszawa 2008

Barbara Wizimirska, Jubileusz 75-lecia powstania parafii NSPJ w
Falenicy 1934-2009, Warszawa 2009

Barbara Wizimirska, Opowieści falenickie. O letnisku, rodzinie
Szaniawskich oraz o jezuitach i ich dziełach, Warszawa 2012


______________________


Teresa Szymczak
A jednak zazdroszczę ci talentu...

Książka, zawierająca encyklopedyczną wiedzę  nie tylko o Falenicy, ale o niej przede wszystkim, napisana jest przez znakomitą felietonistkę, której zamiłowanie do piękna polskiego języka daje o sobie znać na każdej niemal stronie. Zabawnie dobrane tytuły rozdziałów, w rzeczową relację wplatane słowa  i zdania,  czynią z niej frapującą opowieść o zmarłych mieszkańcach Falenicy i poczynaniach, poglądach dziś tam mieszkających ludzi. Wiele nowego tam o jezuitach, o wspaniałym Centrum tam stworzonym.

Chciałam podkreślać - swoim zwyczajem - co bardziej udane zwroty, ale wstrzymałam się od tego ze względu na piękną szatę edytorską tego dziełka. Niezwykle staranna redakcja, dyskretne przypisy, nieobciążające czytelnika, świetne ilustracje, pomysłowo ujęte w  album starych zdjęć, wzbogacone  fotograficznymi przerywnikami rozdziały z zabawnymi rysuneczkami bardzo cieszą czytelnika. Szkoda, że te szare fotografie,  przymglone jakby przez czas, nie wszystkie są dostatecznie wyraźne - niektóre bardzo udane.

Basiu,  nasza współpracowniczko, to moje wrażenia po dokładnej lekturze twojej pracy. Stworzyłaś książkę - małe arcydzieło. Gdybyż wszyscy, zajmujący się lokalną historią, byli równie pracowici i cierpliwi, jak ty... Niestety, trafiają do moich rąk maszynopisy z tak  niezliczoną ilością błędów rzeczowych (pal licho literówki!), że włosy dęba stają. Szkoda, że tylko nieliczni te błędy zauważają. Ale nic dziwnego  - niewiele osób zna historię swego regionu. Czasem ci, którzy znać ją powinni….

______________________

DOBRA PROZA


Dariusz Osiński
Pisak

Pierwszym moim pisakiem w życiu był palec. Pisałem nim w talerzu z kaszką, po zaparowanej szybie i gdzie się tylko dało. Drugim pisakiem był patyk, którego używałem do twórczych esów na ubitym piasku. Następnym kreda, cegła i węgiel drzewny  idealnie nadające się do tzw nieskromnych rysunków na murach, i płotach. Nie mogłem się nadziwić jakie u dorosłych wywoływała emocje wykaligrafowana przeze mnie wielka cyfra 3 w pozycji leżącej na prawym boku…

Pojawił się ołówek, kredki i wreszcie przyszedł czas na pióro składające się z obsadki stalówki i kałamarza. Kleksy towarzyszące temu narzędziu oraz dotkliwe okaleczenia wrogów klasowych zapisały się w mojej pamięci niskimi ocenami i wiecznym niezadowoleniem rodziców.

Kiedy tylko dowiedziałem się, że pierwszym piórem było gęsie pióro, moja wakacyjna wizyta na wsi zaowocowała uporczywą i bezowocną pogonią za białym nielotem zakończoną kąpielą w błotnistej kałuży, i słowami wujka:
- Nie ganiaj, mam ich pełno w drewutni.

Pióra wieczne były niemile widziane w szkole i zbyt drogie do nauki pisania. Dziadek miał piękne przedwojenne wykańczane srebrem, ale kiedy tylko dostało nam się w spadku, to jakby złośliwie przestało pisać. Może nie był to rezultat gniewu sił wyższych, tylko dziecięcej ciekawości, co też może być  w środku …

Pojawiły się długopisy. Nauczyciele określili je zmorą i  końcem kaligrafii. Po latach przyznaję, że mieli rację. Najprostsze znalazły swoje drugie zastosowanie wśród małoletnich konstruktorów. Po ich rozmontowaniu rurka nadawała się idealnie do fantazyjnego strzelania z kulek przerzutego papieru. Lekcje przestały być nudne a dzienniczki wypełniły się złośliwymi wpisami nauczycieli w rodzaju:

Uczeń niestosownie pluł przez rurkę deorganizując pracę klasy i nauczyciela. Po otrzymanej w domu reprymendzie długo zastanawiałem się jak pluć przez rurkę stosownie…

Przełom szkoły podstawowej i średniej, przynajmniej w moim przypadku, skutkował miłością do pióra wiecznego chińskiej produkcji. Sklepy papiernicze dysponowały atramentem czarnym, niebieskim, zielonym i czerwonym. Można powiedzieć orgia barw, ale oczywiście  czerwony zastrzeżony był dla pedagogów.

Mniej więcej w tym samym czasie pojawiła się w naszym domu maszyna do pisania. Nowoczesny, czechosłowacki, walizkowy Consul. Zacząłem na niej ćwiczyć niczym na pianinie. Najbardziej podobał mi się terkoczący dźwięk raptownie wyciąganego z wałka arkusza papieru...

Czarne literki na białym papierze tak mnie oczarowały, że kiedy tylko mogłem ćwiczyłem swoją amatorską twórczość literacką.

No i pojawiły się komputery ze swoją  niezmierzoną ilością rodzajów czcionek. Tylko pisać…

Zdałem sobie jednocześnie sprawę, że ten mój pierwszy pisak-palec, przez cały okres opisywanego wyżej postępu technicznego, zawsze miałem pod ręką i używałem kiedy tylko nadarzyła się ku temu sposobność.




____________________________


Dariusz Osiński
Pożegnanie W.Sz.

Takiej delikatności nikt nie ułoży,
to musiał być palec boży,
by pisać wdzięczne słowa
od nowa i od nowa,
by z każdą kroplą  dnia
jakaś przemiana szła
jakieś proste, a nie pojęte,
ziemskie, a w niebo wzięte…

To musiał być palec boży,
tak słów już nikt nie ułoży…



__________________________







DOBRY START GALERII NA TRAWIASTEJ

Grażyna Mordzon w Aninie

Trochę oniemiała stanęłam na progu sali, w której tyle już wystaw obejrzałam. Do perfekcji doprowadziła dyrekcja wawerskiej Biblioteki  sztukę aranżowania tego wnętrza do potrzeb chwili. Tym razem – z okazji wystawy malowanych tuszem  grafik  Grażyny  Mordzon – przybyłych witały rozstawione  na bocznych powierzchniach misterne, chińskie lampiony, w których mrugały zapalone malutkie świeczki. Na ścianach wisiały delikatne,  znakomicie oprawione obrazki o motywach kwiatów, liści, drzew,  naśladujące  znane mi z jedynie z reprodukcji chińskie, malowane tuszem grafiki.
Można było w czasie wernisażu obejrzeć warsztat malarski tych  cudeniek. O sposobie malowania tuszem, o używanych w tym celu pędzlach i pędzelkach, o tuszu i wodzie do jego rozcieńczania  opowiedziano nam, pozwalając dotykać rekwizytów.
Grażyna  Mordzon,  zafascynowana chińską sztuką malarka o dużym już dorobku,  postanowiła spróbować swych sił w tej niezwykle trudnej technice.
Uczyła się jej,  uczestnicząc w warsztatach pod kierunkiem  Izabeli Zalewskiej-Kantek, która była gościem specjalnym  na tym udanym  wernisażu.

A gości było  bardzo wielu. Nie bacząc na pogodę  14 stycznia stawili się licznie mieszkańcy Anina, a zwabiły ich do biblioteki piękne zaproszenia i – sława wciąż rosnąca Galerii na Trawiastej.

TESZ

______________


Katarzyna Nowak
List pożegnalny Wisławy Sz. do czytelników

A więc tak wygląda śmierć poety?!
Oddech wyrównany aż do ustania
akcji serca i przymknięte powieki.
Po to, żeby się można było skupić
na odnalezieniu drogi w zaświat.

Trzeba będzie przezwyciężyć awersję do podróży.
Żeby chociaż nie było tłumów
podążających w tym samym kierunku
jak jacyś uchodźcy albo coś.
I żadnych dziennikarzy, zastrzegam!

Za to krajobrazem mogę się zachwycać.
Widokiem na jezioro, zachodem słońca,
ostatecznie widokiem Delft z czasów Vermeera.
Za towarzyszy wędrówki chętnie wezmę
te dwie małpy, które wciąż samotnie siedzą
przykute łańcuchem do obrazu starego Breughla,
jakiś drobiazg mysi i psy z tańczącymi ogonami,
i koniecznie tego kota z pustego mieszkania.

Jeśli wyjdę-z-siebie wcześnie rano,
zdążę na proszony obiad u Mistrza.
Będą też Dickens i Mann, może Darwin i Heraklit.
Zwykłe spotkanie towarzyskie
nie obligujące do publicznych wystąpień.

No tak, mieszkanie zostanie puste
i do wydawnictwa już nie pójdę...
A, że tego się nie robi czytelnikom?
No cóż, na wszelki wypadek,
przepraszam, już więcej nie będę...


Warszawa, 02/03.02.2012


________________________






A w Wawrze są ciekawi ludzie

ELŻBIETA SMYKOWSKA

Elżbieta Smykowska nie jest szoł-maniaczką. Nie występuje, nie promuje,  nie prowadzi spotkań, nie recytuje swoich wierszy.  Traktuje je jak modlitwy -  intymne rozmowy  z Niepoznawalnym. Po prostu pracuje, pisze i ciągle – (mimo magisterium z teologii, zdobytego na Akademii Teologii Katolickiej
w Warszawie - dziś  to Uniwersytet im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego)   uczy się, poszerza naukowo obszary swych metafizycznych zainteresowań.
Po matce  Rosjance, która poślubiła Polaka – jest prawosławna. Dlatego głównym plonem jej prac są książki, wydawane przez katolickie wydawnictwo VERBINUM, poświęcone prawosławiu: prawosławnym świętym, obyczajom, ikonom. W dorobku wydawniczym ma kilkanaście prac, świadczących o jej encyklopedycznej wiedzy.

Tą wiedzą zechciała się podzielić ze słuchaczami spotkania, inaugurującego w styczniu cykl, organizowanych przez Oddział Anin TPW wraz z anińskim Klubem  Kultury pod  hasłem: LUDZIE WAWRA.  Uczyniła to bardzo interesująco: po prostu w ogromną dawkę wiedzy o prawosławiu wplotła osobiste wspomnienia
z praktyk i obyczajów  swego rodzinnego domu.  Była to więc zarazem opowieść o prawosławiu i o dzieciństwie Elżbiety.

Organizatorzy  wydobyli jej wiersze, drukowane przed wielu laty
w anińskim  niecodzienniku, czytała je Marta Wołodko, prowadząca
w studenckim radiu audycje o kulturze, koleżanka Elżbiety
z redakcji MNA.
Na to skromne, zimowe spotkanie przybyło mimo mrozu około dwudziestu kilku osób, między innymi  pani burmistrz Wawra, Jolanta Koczorowska, doceniająca, jak widać,  takie  społeczne  inicjatywy.
A zwycięzcą w mini-loterii ( z książką Smykowskiej jako nagrodą) wyszedł prezes Związku Ceramików Polskich,  Dariusz Osiński. Tak chciał LOS.
W lutym następne spotkanie. I w marcu kolejna prezentacja ludzi
z Wawra.

(T.Sz)

______________________

Barbara Wizimirska
Wspominając Szymborską

Ono
jest rodzaju nijakiego.
Niby dziecinno-niewinne
bywa przedmiotem pożądania.
Dla wielu, co męczą się ze słowem.

Ono
było Jej zawsze wierne
bo miało sprzymierzeńców:
ciężki trud, mądrość i skromność.
Że wymienię tylko kilku. Oraz talent.

Ono
z natury takie nieokreślone
i nieuchwytne - a sprawiało cuda:
wiersze, felietony, limeryki, lepieje.
Budziły podziw. Także zawiść. Paskudną.

Ono
Kapryśne. Opuszcza i nie wraca.
Upragnione, a nie do zatrzymania.
Tylko muska – jakby oszczędzając siebie.
Dla lepszych. Ode mnie. Ono. Natchnienie.



1 grudnia 2011







_______________________

Dariusz Osiński
Kot

Czasy kiedy koty i psy domowe jadły resztki z pańskiego stołu już chyba bezpowrotnie minęły. Przynajmniej w miastach. Mój pierwszy kot Maciek radził sobie bez problemu w naszym domu z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku.
Chodził swoimi ścieżkami, ale zawsze był na posterunku i żadnej myszy nie przepuścił.
W albumie rodzinnym jest jego zdjęcie. Pozuje na wysokim słupku tuż przy domu.
Przebieraliśmy go czasami za pacjenta przychodni dziecięcej. Pozwalał założyć sobie niemowlęcą czapeczkę i kaftanik, ale w wózeczku nie dawał się wozić. Miał swoją godność. Czmychał w krzaki i wracał dopiero wieczorem, już bez czapeczki, i z kawałkiem kaftanika na szyi.
Był jak z elementarza. Można powiedzieć, że dzięki temu łatwiej było mojemu starszemu rodzeństwu i mnie uczyć się alfabetu. Ostatecznie mieliśmy swoją wtyczkę w tej pierwszej poważnej książce.
Ala ma kota… To chyba tak się zaczynało... Siostra dla ułatwienia musiała udawać Alę, a kota, jak wspomniałem,  mieliśmy autentycznego. Może to on był naszym prawdziwym nauczycielem…
W każdym razie przebrnęliśmy naukę czytania i pisania na tyle dobrze, że niektórzy z nas tę wiedzę przekazują już wnukom.
Maciek lubił mleko. Miał swoją miseczkę, ale przetworzone pokarmy wynosił na dwór w nieznane nam miejsca. Taki był delikatny. Pewnie uśmiałby się gdyby zobaczył kuwetę, całą gamę żwirków i spryskiwaczy łagodzących zapachy. Mam wrażenie, że przysmakami reklamowanymi w TV też by wzgardził.
Telewizję znał, ale wolał słuchać radia, albo patefonu nakręcanego precyzyjnie przez dziadka.
Z dziadkiem trzymali sztamę. Chyba najbardziej się rozumieli. Może to przez to, że jeden i drugi miał sumiaste wąsy… Pamiętam ich ostatnie wspólne chwile… To był czas umierania w domu… Maciek szybko zorientował się, że jego przyjaciel, uczestnik wojny rosyjsko – japońskiej, odchodzi i to bardzo daleko. Siadł przy jego łóżku i chyba pilnował żeby dziadek niczego nie zapomniał… Jeszcze kilka tygodni po pogrzebie siadywał w tym samym miejscu wspominając serdeczne głaskanie starszego pana.
Sam nie miał tyle szczęścia. Przed wakacjami, kiedy jechaliśmy całą  rodziną w odwiedziny do wujka w północnej Anglii, został wywieziony do ciotki na wieś. Podobno wyszedł na drogę za odjeżdżającym samochodem, popatrzył, posiedział, poszedł w krzaki i też odjechał, ale już na zawsze.
Teraz mamy w domu kotkę, która przeżyła z nami 17 lat. Świetnie się trzyma. Dalej potrafi wskakiwać na wysokie meble. Kocha sztuczną karmę, ale kawałkiem mięsa też nie pogardzi. W takie jesienne wieczory jak teraz, siada nam na kolana jakby wyczuwała, że ceny paliw idą w górę i trzeba oszczędzać. Daje nam dużo ciepła. Czy tyle co Maciek?
Pewnie tak, bo koty już takie są.


1 września 2011


Image

Zapraszamy do elektronicznej wersji MNA


______________

Jakub Michalski
MÓJ ANIN

Nie jestem rodowitym aninianinem.
Od urodzenia „zaliczyłem” Ochotę, Grochów, Saską Kępę, Bródno, Marymont, Sady Żoliborskie, jeszcze raz Saską Kępę, jeszcze raz Grochów…
Dopiero siedem lat mieszkam w Aninie z żoną i synem. Dobrze mi tu.

Drewniane wille w stylu „świdermajer”, cisza, tęskny gwizd kolejki na linii otwockiej, to wszystko stanowi o niepowtarzalnej atmosferze Anina. Także to, że co drugiemu mijanemu przechodniowi trzeba powiedzieć „dzień dobry”, bo  przecież wszyscy się znamy.
Ale ja chciałbym napisać o lesie.

Mieszkając na osiedlu IBJ mam do niego dwa kroki, ale ten las ciągnie się wzdłuż tej części Warszawy hen, na południe - za Celestynów i w drugą stronę - przy Marysinie i Rembertowie, rozorany tylko szosą na Terespol. Bez tego lasu Anin nie byłby Aninem.

Czy pamiętają Państwo moment, w którym uświadomiliście sobie, że nie istnieje jeden kolor zielony? Że odcieni zieleni są tysiące? Ja pamiętam. Musiałem mieć już wtedy z dziesięć lat  (co nie świadczy dobrze o mojej spostrzegawczości) i dziadek zabrał mnie na pieszą wycieczkę w Bieszczadach z plecakami, z nocowaniem w namiocie. Siedzieliśmy zmęczeni na poboczu jakiejś drogi, a po drugiej stronie był las. I wtedy to się stało. Zieleń rozdzieliła się w moich oczach najpierw na kilka, a potem na nieskończoną ilość barw. Niepowtarzalność koloru każdego listka, każdego źdźbła trawy wołała do mnie z tej drugiej strony dziurawej szosy na odludziu, a przeniesienie wzroku w prawo, bądź w lewo powodowało, że zieloności było więcej i więcej.
           
W jednej z piosenek zespołu „Pink Floyd” jest taki piękny fragment. Autor tekstu mówi, że kiedyś, gdy był dzieckiem, kątem oka zobaczył coś ważnego, coś jak błysk, lecz gdy się odwrócił, widzenie uciekło. Teraz dorósł, marzenie odeszło, a on pozostał bezradny i „przyjemnie odrętwiały”. Cieszę się, że ja to swoje dziecięce widzenie pamiętam. Nie wiem, co na taką argumentację powiedzieliby teolodzy, ale dla mnie to oszałamiające bogactwo odcieni zieloności jest całkowicie wystarczającym dowodem na istnienie Najwyższego.
           
Możliwość wyjścia z domu na parę minut i obserwowania tego cudu jest bezcenna. A w tym lesie są jeszcze przecież dwa zaczarowane miejsca. Jedno - całkiem niedaleko, ale nie powiem gdzie, bo to MOJE zaczarowane miejsce. Wy, przechodząc przez nie, uznacie je zapewne za całkiem zwykły kawałek lasu. Ale dla mnie, tak jak dla Krzysia z „Kubusia Puchatka”,  jest całkiem oczywiste, że to miejsce jest inne niż wszystko dookoła.
           
Do drugiego trzeba wykonać już porządny marsz, bo jest pomiędzy Radością a Góraszką. Przypomina mi trochę mój ulubiony obraz – „Pikietę powstańczą” Maksymiliana Gierymskiego. Za każdym razem, gdy brnąc w piachu wychodzę z lasu na otwartą przestrzeń, widzę, jak z powietrza wyłaniają się na chwilę postacie na koniach i dziad wędrowny, którego pytają o drogę, a może o to, czy za zagajnikiem nie ma żołnierzy rosyjskich.  Jacek Kaczmarski wkłada mu w usta słowa:

Dziadem wędrownym jestem
Nic wam nie doradzę
Takich jak wy tłum jeszcze
W ziemię odprowadzę
Tak jest już stratowana
Że ciał nie osłania
Przeminiecie ja zostanę
Emisariusz trwania

Ten las jest tak bardzo polski.


______________

Teresa Szymczak
ZIELONY  KONSTANTY - WTÓRY
lecz NIE WTÓRNY…

Tytuł już był i autorka ta sama. Ale książka zupełnie inna.

Piętnastoletnią, wierną przyjaźnią dla Kiry, owej córeczki ze znanego wiersza   Gałczyńskiego – zasłużyli aninianie na fakt,  iż najnowsza książka  jej autorstwa po raz pierwszy zaprezentowana została w Aninie.

Piętnastoletnia to  przyjaźń, bowiem po raz pierwszy zaprosiliśmy panią Kirę na spotkanie  do Anina,  (który opuściła w 1939 r. jako trzyletnia dziewczynka), w 1996 r.
Od tej pory gościła  na Trawiastej co roku - w pierwszą sobotę czerwca, okrzykniętym przez MNA Dniem Zielonego Konstantego, 
a organizowanym  przez  niestrudzoną, wawerską bibliotekę. Tylko ciężka choroba nie pozwoliła jej być w Aninie ostatnio.

Nadrobiła to  17 września b.r., demonstrując nam rezultat swej wytężonej, kilkuletniej pracy: pięknie wydany przez ŚWIAT KSIĄŻKI tom. Nie tom! Tomiszcze, ciężkie  nie tyle w czytaniu, ile w dźwiganiu. ZIELONY KONSTANTY ma zieloną okładkę, zielenią delikatnie  ozdobione są wszystkie strony, a jest ich 495! Mnóstwo fotografii, interesujące ilustracje, no, prawie album…

Nagromadzenie faktów z życia wybitnego poety i jego rodziny, skrupulatna ich dokumentacja,  budzi podziw. A jeśli dodać do tego zebranie w jednym miejscu setek wypowiedzi o poecie,  o jego życiu i twórczości  (wypowiedzi często mu niechętnych) oraz zamieszczenie niepublikowanych notatek, wierszy, dokumentów – to wszystko  sprawiło, że otrzymaliśmy książkę niepowtarzalną,  nowatorską nie tylko w odniesieniu do  pierwszego  ZIELONEGO KONSTANTEGO.

Pani Kira wykonała nie mrówczą pracę; ogrom jej wysiłku porównać raczej trzeba z pracą astrofizyka,  wyławiającego planety z bezkresnego nieboskłonu.

I pomyśleć, że kończyła ją  Kira Gałczyńska w czas choroby, przytulając laptop do kołdry! Oczywiście, materiały zbierała latami, jeżdżąc po Polsce i nie tylko. Poprawiała własne błędy z pierwszych swych publikacji, uzupełniała luki, wyjaśniała kontrowersje, tłumaczy rzeczy dla młodych niepojęte.

Czytelnik, który zna już KONSTANTEGO, będzie więc zaskoczony, choć znajdzie wiele rzeczy sobie znanych. Boć to książka o tym samym człowieku. Ale ile ten człowiek miał żyć! Jak w komputerowej grze…

Szkoda tylko, że to życie prawdziwe trwało tak krótko. Tylko 48 lat. A zostawił po sobie tyle utworów,  po które sięgają od lat co raz to nowe pokolenia. I był chory. Gdyby nie wytrwała i mądra miłość SREBRNEJ NATALII, która rozumiała go i chroniła, nie mielibyśmy  wielu z jego  ciągle wzruszających strof.


O pracy nad tą książką - nielekką (no cóż, na zakończenie wyznam: to nie bajeczka) opowiadała Kira  we wrześniową  sobotę w bibliotece na Trawiastej swoim przyjaciołom …    


______________

Marta Wołodko
RADIO OD KUCHNI

            Co można robić pomiędzy jednym a drugim numerem „Między nami aninianinami”? Na przykład przenieść się w trochę inny obszar mediów. Studentowi otwiera swe podwoje Akademickie Radio Kampus – rozgłośnia szkoląca przyszłych dziennikarzy, stworzona po to, by uczyć się na błędach, jednocześnie stawiając pierwsze kroki na falach dostępnych w całej Warszawie.
            Do ekipy Radia Kampus można dołączyć w dowolnym momencie. Ja zgłosiłam  się w marcu tego roku. Najpierw krótkie szkolenie z obsługi profesjonalnego dyktafonu i programu do montażu nagrań. Od razu dostaje się zadanie reporterskie, bo właśnie od „reporterki” się zaczyna. Pierwszy stopień wtajemniczenia to prostu wyjście w teren: koncepcja tematu, kontakt do rozmówcy, wywiad i w końcu montaż zebranych „dźwięków” na komputerze. Finalny efekt trafia w eter.
            Jak powstają materiały reporterskie? W zależności od charakteru audycji może to być wywiad, nagranie z konferencji, ale również minireportaż w postaci kolażu słowno-muzycznego z  imprezy kulturalnej. I tu pojawia się ogromny plus pracy w radiu – darmowe wejścia na wydarzenia oraz możliwość zetknięcia się twarzą w twarz z największymi artystami i wielkimi osobistościami także z innych dziedzin.
            Kolejnym etapem zaawansowania jest wejście na antenę. O tym marzy każdy, kto traktuje swoją pracę w Kampusie jako coś więcej, niż zwykłe studenckie praktyki do odbębnienia. Wejść na antenę nie jest łatwo, bo u wrót mikrofonu stoi pies Cerber strzegący poprawnej wymowy, stylu i i intonacji, czyli pani logopeda. Zezwolenie na tzw. antenowość otrzymuje się po dokładnym, często wielotygodniowym przećwiczeniu kandydata. To właśnie od tej pani zależy bardzo wiele, choć właściwą moc decyzyjną posiadają wyłącznie szefowie redakcji. Jeśli chodzi o moją antenowość, póki co polega ona na przygotowywaniu zwiastunów kulturalnych oraz krótkich komentarzy reporterskich do przygotowanego przez siebie materiału dźwiękowego na żywo. Czekam na moje „5 minut”.
            Radio Kampus oferuje szeroki wachlarz możliwości, które młodzi dziennikarze mogą dopasować do swoich zainteresowań. Poza redakcją studencko-kulturalną oraz informacyjną, do których należę, istnieją także publicystyczna, europejska, muzyczna i realizatorska. W sekcji informacyjnej rozpoczynam od stanowiska reportera i asystenta przy pisaniu wiadomości. Potem tzw. paszczowanie, czyli pierwsze próby na antenie, aż w końcu osiąga się ostatni stopień zaawansowania, czyli samodzielne prowadzenie serwisów informacyjnych.
            Słuchalność Radia Kampus obecnie to średnio 5 tysięcy ludzi. Niby nie wiele, jednak wystarczy, aby było dla kogo się starać, oczywiście poza zawsze czujnym szefostwem. Praca na zasadzie wolontariatu na pewno nie daje satysfakcji finansowej. Natomiast wiele godzin i wysiłku poświęconych rozgłośni przynosi efekt w szkolonym warsztacie i może być trampoliną do dalszych osiągnięć. Największą nagrodę za zaangażowanie i nieprzeciętną wiedzę otrzymuje się w postaci audycji autorskiej, realizowanej w pełni samodzielne. Stała godzina, własna pasja, być może nawet wierni słuchacze - czego chcieć więcej?
            Akademickie Radio Kampus to nie tylko szkoła dziennikarstwa w praktyce. To także niepowtarzalna atmosfera tworzona wyłącznie przez studentów. Jako członek ekipy mogę korzystać ze wspaniałej możliwości poznania radia od kuchni, ale również samej zaserwować nieraz słuchaczom smakowite dźwiękowe danie.


______________

Dariusz Osiński
SZPONY HAZARDU

Hazard nie jest moją słabą stroną, ale kilka razy w życiu dałem się mu ponieść…

Najbardziej spektakularny przypadek miał miejsce jeszcze w szkole podstawowej.
Z wyższym o głowę starszym bratem udaliśmy się do oddalonej o ponad kilometr marysińskiej księgarni w celu nabycia drobnej pomocy szkolnej. Atmosfera sklepu urzekła mnie jak zawsze, ale tym razem odkryłem coś nowego; na ladzie stał przezroczysty bęben z losami i napisem: Wszystkie losy po pięć złotych.

To była decyzja szybsza od tej, kiedy -  z parasolem w jednej ręce   ( drugą trzymałem się prętów  strychowego okienka)  na pytanie: Gotów?! wyjęczałem: Gotów! I  kończąc lot bomby zawisłem zaczepiony jedną nogą na zbawiennym pnączu winogrona tuż, tuż  nad ziemią…

To była zresztą decyzja obopólna i demokratyczna. Pieniądze przeznaczone na jakieś  tam zeszyty w kratkę postanowiliśmy jednogłośnie zainwestować w maszynę losującą. Nie wiadomo kiedy przegraliśmy cztery losy, a pani z dobrodusznym uśmiechem stwierdziła:
- Cztery przegrane kwalifikują się do nagrody pocieszenia, czyli książki z honorowej półki…

Nie potrafiliśmy ukryć radości, bo każda z tych książek  była opasłym brylantem sztuki introligatorskiej.

Przegraliśmy cały kapitał. Brat, zostawiając mnie na posterunku, pobiegł po posiłki zalegające w naszej wspólnej skarbonce. Bezczynność trwała wieki. Wreszcie wrócił, oznajmiając:
- Mama kazała wracać.
- Ale masz pieniądze?!
- No, jasne.
I umoczyliśmy wszystkie nasze zaskórniaki w tempie oszałamiającym, bo polecenie mamy rzecz święta.

Pani przewiązała nam przegrane nagrody, żebyśmy dali radę je nieść i objuczeni wróciliśmy do domu.
Starsza siostra odniosła się do naszych skarbów z lekką ironią:
- Dzieciństwo Lenina… Też mi książka…
My jednak, uwolnieni ze szponów hazardu właściciele całej półki pocieszenia, byliśmy szczęśliwi.

Po wielu latach natknąłem się na część tego zbioru. Ku mojemu zdziwieniu jedna z książek nosiła tytuł: Pracownia ceramiczna, Aleksander Rusiecki, Kazimierz Cyranowicz, PWSZ 1963…
Czy to było przeznaczenie…?

Ten epizod przypomniałem sobie w chwili, kiedy moja siostrzenica znalazła w burzonym, rodzinnym domu inną książkę z moim ekslibrisem: Osiński D. Kl. Va.

Jaka to była książka?

Wydana w 1963 roku przez Biuro Wydawnicze Ruch książka Zofii Kossak z pięknymi ilustracjami Antoniego Boratyńskiego... Prometeusz i garncarz