15 listopada 2008

MNA wrzesień 2008

Zapraszamy na uroczyste otwarcie Galerii na Trawiastej
Sobota 22.11.2008 godz. 14.00 Warszawa Anin ul. Trawiasta 10
Zaczynamy wernisażem wystawy karykatur Jerzego Zaruby.

__________________



Całe pismo do czytania lub pobrania w pdf Kliknij Tu

MÓJ ANIN
Dariusz Osiński
Anin przez szosę

Nie mieszkałem w Aninie, ale w latach mojego dzieciństwa raczkowało się po piaskach marysińskich w jego stronę, bo tam cień, bo tam zapach sosen...
Kino Wrzos „Zaczarowany ołówek”, „Koziołek matołek”, rozchichotani rówieśnicy i rodzice, którzy porankiem w kinie podkreślali dzień świąteczny. Dwa kilometry... co to za odległość w czasach, kiedy do tramwajowej pętli na Gocławku pokonywało się (na rękach rodziców) chyba pięć.
Ociec kupił pierwszy samochód Opel Olimpia rocznik 43 z przytwierdzoną na stałe odznaką niemieckiego spadochroniarza na desce rozdzielczej. Pierwsze testowe jazdy odbywaliśmy właśnie uliczkami Anina. Z tamtych jazd pamiętam dom (chyba na Trawiastej) z czerwoną tabliczką „Sołtys” i moje zdziwienie, że tu u nas, w Warszawie, jest Sołtys.
Ten pierwszy w rodzinie samochód był taki sam, jak samochód Mistrza Zaruby. Pamiętam okazjonalne dyskusje na temat wyższości świetnej, niemieckiej marki, nad furmanką. Nawet kiedyś doszło do rywalizacji na kostce bazaltowej traktu brzeskiego pomiędzy kierowcą z Anina i kierowcą z Marysina, obaj ze stajni Opel Olimpia. Kto wygrał, nie pamiętam, ale przypuszczam, że rozsądek.
Te auta miały bagażnik otwierany od środka przez położenie oparcia i w związku z tym my, dzieciaki, robiliśmy z nudów dowcipy przechodniom raz chowając się do bagażnika, a raz elegancko i ostentacyjnie siedząc na tylnym siedzeniu.
Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że w momencie sprzedaży tego pierwszego samochodu jako jeden z klientów pojawił się u nas właśnie Zaruba. Kazał sobie samochód wprowadzić na kanał i z chirurgiczną dokładnością, uzbrojony w gwóźdź, udowadniał kruchość przeżartego rdzą podwozia, tym samym schodząc z ceną prawie do zera. Nie kupił, ale pokrytykował.
Mam to szczęście, że mieszkam całe życie w jednym miejscu. Nawet urodziłem się w domu, w którym mnie odbierała położna, mieszkająca przy tej samej ulicy, czyli przy dawnej Armii Czerwonej.
Przedszkole i podstawówkę zaliczyłem oczywiście u Sióstr Felicjanek, z tą małą poprawką, że w czasie wakacji, między 2 a 3 klasą, szkołę naszą upaństwowili i z elitarnej stała się ona rejonową.
W tamtych czasach krążyły opowieści, kto to do szkoły zakonnic nie chodził! Zapamiętałem jedną, o „hrabiance” Tyszkiewiczównie... Modne wtedy były lusterka ze zdjęciami aktorek i oczywiście zdjęcie młodziutkiej aktorki Tyszkiewiczówny musiało się stać ilustracją do tej opowieści. Dopiero w tym roku dowiedziałem się, ze „hrabianką” u Sióstr Felicjanek była moja późniejsza wychowawczyni z anińskiego liceum, pani Maria Chodorek z domu Tyszkiewicz.
W moich latach szkolnych XXVI LO twardą ręką rządził dyrektor Krauze, o którym krążyły mrożące krew w żyłach historie. Czuło się respekt. Po latach, tuż przed jego śmiercią w pewien sposób zaprzyjaźniłem się z Panem Dyrektorem i okazał się on niesamowicie przyjaznym człowiekiem.
Kiedyś do szkoły przyszedł sam premier Jaroszewicz. Uciekł mu ukochany wilczur i prosił wszystkich o pomoc w znalezieniu go. Każdego ranka Jaroszewicz ruszał z Anina do pracy, a ja z bratem na motorze MZ podczepialiśmy się do jego dworu i tym samym pokonywaliśmy szybko i bezkolizyjnie 10 km dzielące nas od centrum miasta. Któregoś poranka z anińskimi przyjaciółmi, Kasią i Tomkiem Kowalskimi, umówiłem się na ulicy Kajki przy Bronisława Czecha. Jechali oni dużym fordem consulem. Zobaczyli mnie z daleka i mrugnęli światłami. Ryk motorów, syreny policyjne, na skrzyżowaniu zawierucha niesamowita. Koledzy podjechali, ja wsiadłem i dopiero po chwili dotarło do nas, że jedziemy w rządowej eskorcie, bo mrugnięcie najwyraźniej było sygnałem, używanym przez premiera...
Na Osiedlu IBJ mieszkało sporo osób z mojej klasy. Kiedy niedawno byłem w jego centrum, zauważyłem, że zwyczaj chadzania na przerwie do sklepu, pozostał.
Tutejsze lasy były naszym naturalnym sprzymierzeńcem w momentach autorskich dni wolnych czyli wagarów. Wsiadałem do autobusu na ulicy Czecha przy Trawiastej. Tam, tuż przed dzisiejszą kładką rósł rozwidlony klon. W tym rozwidleniu kolega z osiedla przy Marysińskiej w zależności od humoru, pogody czy ostrożności przetrzymywał teczkę z książkami albo z kocem i piłką, oczekując na kumpli z Marysina. Każdy miał prawo wyboru, ale w ciepłe dni siedzieć w sztywnej szkole, to przecież przesada...
Wagarowaliśmy najchętniej w okolicach górki Delmaka, ale czasami do marysińskiego rezerwatu też nas zagnało.
Przy kinie Wrzos był kiosk; sprzedawano tam papierosy na sztuki. No nie był to towar dla nauczycieli...
Przy ulicy Kajki, na górce, była kawiarenka. Starszych wagarowiczów można było tam spotkać radujących się kuflem piwa. Miejsce było pod względem „migania się od szkoły” - niebezpieczne. Pamiętam naloty pedagogów z panem Kucewiczem na czele. Ja tam „tylko czytałem książkę”, ale jak to wytłumaczyć, że akurat w godzinach szkolnych?
Boisko XXVI LO też było swoistym centrum szczególnie w czasie meczów nauczycieli z uczniami, kiedy to nawet brutalnie faulowany gracz drużyny ”słabszej” nie mógł dochodzić swoich racji, bo mu się to po prostu w ogólnym bilansie nie opłaciło...
Bywałem też czasami w drewnianym kościółku przy Rzeźbiarskiej. W porównaniu z naszym, wawerskim, był on bardzo przytulny i kameralny. Szczególną atrakcją niedzielnych mszy były oczywiście piękności z naszego LO, za którymi ciągnęło się wzrokiem aż do bólu.
W czasach mojej nauki w szkole średniej rozpoczęto budowę nietypowego domu (UFO). Budowa z różnych powodów była zatrzymywana, a my korzystaliśmy z gościny miejsca i przez dziurę w siatce schodziliśmy się na obrady „okrągłego stołu” pod półkulistym, betonowym zjawiskiem.
Co to jeszcze „łączy” nasze osiedla? Oczywiście autobusy 115 i F oraz pociąg.
Stacja Wawer przecież jest w Aninie. Zaraz o krok od niej była biblioteka, do której chodziłem ze starszym rodzeństwem w poszukiwaniu lektur. Czyli nawet lektury całe życie czerpałem z Anina.
Zimą wracając pieszo ze szkoły lubiliśmy wstępować do baru Pyzińskiej przy IV Poprzecznej. Nie pijałem wtedy piwa, ale nauczyłem się tam jeść na rozgrzewkę pyszne mocno przyprawiane flaki. Któregoś razu latem przemierzając Anin w celach pozaszkolnych, ale oczywiście w godzinach lekcyjnych, zobaczyłem Mistrza Zarubę na balkonie. W naciągniętym na piżamę garniturze krzątał się z konewką wśród kwiatków. Jakoś nie pasował mi ten obraz wyluzowanego człowieka do artysty przedstawianego w szkole. Cóż, prywatne życie to prywatne życie.
W Aninie przy Marysińskiej u kolegi w piwnicy składaliśmy nasz wspólny nabytek, motocykl Harley Indiana 500. Wypatrzyliśmy ten pojazd w ogłoszeniu prasowym i udało nam się go kupić za 500 złotych z koszem i pilotką. To było coś pięknego. Żeby obniżyć koszty remontu wracaliśmy ze szkoły pieszo wypatrując zgubionych śrub, ale wszystkie znajdowane były oczywiście metryczne
a nasze cacko było przecież calowe... Dbałem wtedy o linię z premedytacją, bo pieniądze otrzymywane od rodziców na obiady szkolne oczywiście szły w motor. Cierpiała na tym lodówka kolegi, no bo przecież u niego był nasz garaż. Cierpieli też mieszkańcy bloku osiedla przy Marysińskiej... Kilka razy, dobrze po północy szczęśliwi, że udało nam się silnik złożyć, uruchamialiśmy te nasze szczęście i to bez tłumika. Trzęsący się budynek musiał robić wrażenie na budzących się mieszkańcach.... Przyszedł dzień próby generalnej. Czterech nas zasiadło na tym dwukołowym monstrum i na jedynym biegu z szybkością marszu mknęliśmy dumnie pod górkę za szkołą przy I Poprzecznej.
Przez cały ogólniak trzymaliśmy się paczką czterech; dwóch z Anina, dwóch z Marysina.
Po LO trafiłem jako poborowy do Marynarki Wojennej. Do samej Ustki odprowadził mnie kolega z Marysińskiej. Po wojsku razem zwiedzaliśmy Kaszuby, bo ja tam zaraziłem się ceramiką od wielopokoleniowego garncarza Ryśka Necla z Chmielna.
Smutne lata osiemdziesiąte rzuciły kolegę z IBJ, Piotra Konecznego, do Londynu, kolegę z Marysińskiej, Andrzeja Rożkiewicza, do Australii, kolegę z Marysina, Kazika Nazarewicza, na Marymont i tylko ja zostałem wśród zmieniających się krajobrazów anińsko marysińskich.

Nowe czasy przyniosły sporo zmian. Z optymizmem obserwuję co też się przy naszym moskiewskim trakcie dzieje. Czasami córki z żoną wyciągają mnie na rowerową wycieczkę po Aninie żeby pobyć chwilę w charakterystycznym klimacie. Jadę bardzo chętnie bo ja przecież Anin znam, bo ja stąd jestem.

_______________________________


Antoni Wiweger
Stary zeszyt i zarubiańskie reminiscencje.

Wspaniały prezent sprawiło aninianom wydawnictwo „Iskry" wznawiając po latach książkę Jerzego Zaruby „Z pamiętników bywalca". Czytelnicy nie pozostali wobec niej obojętni wyrażając bardzo różne opinie. Jedni cenią jej pogodny humor i umiejętność autora wynajdywania zabawnych elementów nawet w sytuacjach bardzo smutnych, inni starają się wykryć między wierszami książki dowody podejrzanej przeszłości autora, który z niejasnych rzekomo powodów wstąpił do utworzonego przez Stalina tzw. ludowego wojska polskiego.
Moim zdaniem snucie takich przypuszczeń jest zupełnie nieuzasadnione i wypływa z nieznajomości realiów tamtego okresu i pomylenia kolejności ważnych historycznych wydarzeń.
Do zabrania głosu w tej sprawie upoważnia mnie fakt, że przeżycia Zaruby opisane na kilku końcowych stronicach rozdziału jego książki zatytułowanego „Okupacja" były równocześnie moimi przeżyciami. Tak się dziw
nie złożyło, że podczas działań wojennych na terenie Wawra, Anina i Pragi w lipcu, sierpniu i wrześniu 1944 r znajdowałem się w tym samym czasie w tych samych miejscach, co Zaruba.
Podrozdział książki Zaruby zatytułowany trochę krotochwilnie „Jak zostałem Murzynem" opisuje fakty dobrze mi znane, których byłem świadkiem i współuczestnikiem i do których wracam pamięcią niechętnie jak do straszliwego okrutnego snu. Relacja Zaruby odznacza się wielką precyzją i rzetelnością, choć zgodnie z koncepcją książki pozostawia w cieniu fakty drastyczne
i wstrząsające. Opisując swój pobyt w piwnicach bloków przy ulicy Podskarbińskiej w czasie szturmu Pragi przez wojska sowieckie wypowiada Zaruba następujące znamienne zdanie: „Widok tych zatłoczonych piwnic na Podskarbińskiej pozostanie mi w pamięci do końca życia."
Ja też tam byłem i w piwnicach bloków na Podskarbińskiej spędziłem dwanaście koszmarnych dni. Miałem wtedy trzynaście lat. Po przebytej tuż przed wybuchem wojny chorobie Heine-go-Mediny nie mogłem chodzić i poruszałem się wyłącznie na wózku inwalidzkim. To, że udało mi się przeżyć wojnę, graniczy z cudem.
Przez pół roku znajdowałem się praktycznie na pierwszej linii frontu, dwa miesiące po stronie niemieckiej i cztery miesiące po stronie sowieckiej.
Dwa wydarzenia z tego okresu były dla mnie szczególnie dramatyczne i obydwa zostały opisane
w książce Żaruby.
Pierwsze wydarzenie dotyczyło ewakuacji przez Niemców anińskiego „getta", czy raczej obozu pracy, to znaczy zagrodzonego drutami obszaru w rejonie III Poprzecznej, na którym stłoczeni zostali przede wszystkim ci mieszkańcy Anina i Wawra, którzy pracowali dla Niemców, głownie kopiąc rowy. Zaruba opisuje, jak w początkach września 1944 roku pod eskortą Kałmuka - własowca opuszczał Anin. Ja znalazłem się w takiej samej sytuacji dwa dni wcześniej, gdyż Zaruba, jako potrzebny Niemcom fachowiec-malarz mógł zostać w Aninie nieco dłużej. Mój własowiec przywiązał linką wózek inwalidzki, w którym siedziałem, do furmanki i ciągnął mnie ulicami Płowiecką i Grochowską aż do chwili, gdy wskazując ręką na płonącą Warszawę powiedział, że dalej nie pojedzie, bo tam „strelajut".
Następnie odczepił mój wózek od furmanki, wyrzucił tobołki mojej rodziny i współtowarzyszy tułaczki na bruk i odjechał.
Drugie wydarzenie dotyczyło właśnie pobytu na Podskarbińskiej i w relacji Zaruby wyglądało tak: „Nagle huknęło gdzieś zupełnie blisko, dom się zachwiał i w tym samym momencie tuż nad moją głową otworzyły się małe drzwiczki od przewodu kominowego i dobre wiadro sadzy
wylądowało na mojej gębie... w ciągu sekundy zostałem Murzynem. O myciu się nie było mowy,
o każdą kroplę wody trzeba było walczyć, a wyjście na podwórko do pompy groziło śmiercią."
W krytycznej chwili wielkiego wybuchu pobliskiego składu amunicji, prawdopodobnie celowo wysadzonego w powietrze przez wycofujących się Niemców, leżałem w piwnicywciśnięty zakamarek pod rurami kanalizacyjnymi. Wydawało mi się, że za chwilę chwiejące się stropy runą i że pozostało nam już tylko kilka sekund życia. Solidnie zbudowane bloki jednak wytrzymały, ale ofiary były. W wybuchu zginął na miejscu mały chłopczyk należący do
rodziny, która udzieliła nam schronienia. Tuż przy mnie położono w piwnicy rannego ojca, któremu gdzieś w okolicach wątroby utkwił kawałek rozbitej czaszki synka... Do dziś mam przed oczami to sześcioletnie dziecko. Był bardzo życzliwy dla wygnańców i w miarę swoich skromnych możliwości starał się uprzyjemnić nam życie. Kilka dni wcześniej przyniósł nam do pokazania największy skarb, jaki posiadał — była to żywa biała myszka.
Z pobytu na Podskarbińiskiej utkwiły mi w pamięci jeszcze dwa epizody.
Na kilka dni przed wielkim wybuchem opuściłem na krótki czas nasze schronienie i znalazłem się na moim wózku inwalidzkim na zasłanej gruzami wysadzanych fabryk ulicy, aby osobiście wstawić się u niemieckiego komendanta w sprawie Geni, pracownicy mojej mamy, młodej energicznej dziewczyny, którą Niemcy postanowili wysłać do pracy do Niemiec, a która była dla nas wielką pomocą w czasie wojennej tułaczki. Ta dość ryzykowna misja zakończyła się pełnym sukcesem, a po powrocie piwnica na Podskarbińskiej wydała mi się miejscem przytulnym i wspaniałym. Genia była z nami do końca działań wojennych.

Drugi epizod miał miejsce niedługo po wielkim wybuchu. Gdy leżałem w piwnicy na posłaniu obok rannego nieszczęsnego ojca chłopczyka z białą myszką, wyczerpany, przerażony i otępiały, usłyszałem dźwięki harmonii i jakieś poruszenie. W panującym półmroku ujrzałem ciemną postać grającą na harmonii, która otoczona przez kilka innych postaci równym krokiem przeszła przez piwnicę i znikła. Trwało dłuższą chwilę, zanim dotarło do mojej świadomości, że był to sowiecki żołnierz, pierwszy jakiego widziałem w życiu. Wyruszyliśmy w drogę powrotną do Anina możliwie najszybciej. Mój wózek inwalidzki nosił ślady odłamków, ale na szczęście zasadnicze elementy jego konstrukcji nie były uszkodzone. Moi towarzysze niedoli szli pieszo niosąc tobołki
i popychając wózek, na którym siedziałem niezbyt wygodnie, gdyż oprócz mojej osoby były na nim upchane różne paczki. Droga była urozmaicona widokiem wielu zabitych zwierząt, głównie psów i koni, co bardzo utrudniało przejazd wózka. Od czasu do czasu natrafialiśmy na leżące na poboczu zwłoki zabitych ludzi. Na jednym z ocalałych małych domków przy ulicy
Płowieckiej zawieszona była biało-czerwona flaga. Nad naszymi głowami latały samoloty sowieckie i niemieckie tocząc walki powietrzne.
Gdy dotarliśmy żywi i cali do Anina, przeżyliśmy podobny wstrząs, jaki opisał Zaruba w
następujący sposób: „Kiedy znalazłem się u siebie (byłem jednym z pierwszych mężczyzn, którzy wrócili do Anina) zastałem dom częściowo rozwalony, dwa spalone czołgi w ogrodzie, a w mieszkaniu tłumy szabrowników. Właśnie jacyś kolejarze krajali brzytwą mój wielki stary dywan perski, a potulny kmiotek ze wsi Las mocował się ze skórą cielęcia, którą był obity mój słynny fotel kanadyjski... Część mebli była już roztaszczona, książki podarte i popalone, obraz nędzy i rozpaczy... Hienobydlaki!"
Nasze mieszkanie przy ulicy Weteranów (obecnie Wierchów) w Wawrze było kompletnie zdewastowane, podobnie jak to opisał Zaruba. Dlatego pierwszą noc po powrocie z tułaczki spędziłem w mojej uprzedniej kwaterze na terenie anińskiego obozu pracy Tak samo jak Zaruba.

(w umieszczonej
na końcu zeszytu wersji skróconej): „Gdy ujrzałem dom zdawało mi się, że to piękny sen. Właściwie nie był on taki piękny, gdyż w Barze pocisk wybił sporą dziurę, a nasze mieszkanie pokrywał kobierzec śmieci, książek, fotografii i brudu. Nie było ani jednej szyby. Zegar zabrany, lustra potłuczone, na łóżkach tylko nagie sprężyny. Tak przedstawiał się obraz mieszkania, gdy pierwszy raz znaleźliśmy się w nim po jednomiesięcznej wędrówce."
Obraz Anina i Wawra po wyparciu Niemców dobrze określa zaczerpnięty z Ewangelii według św. Mateusza zwrot „brzydota spustoszenia". Cały Anin wyglądał jak jedno wielkie pobojowisko. Na ulicach „mnóstwo pokręconych drutów, niewypałów, wybojów i gruzu" (to znów cytat z mojego zeszytu). Coś z klimatu tamtych dni oddaje napisana kilka lat później i odnosząca się do nieco innego kontekstu „Piosenka o porcelanie" Czesława Miłosza:

Różowe moje spodeczki,

Kwieciste filiżanki,
Leżące na brzegu rzeczki
Tam kędy przeszły tanki.


Ziemia, gdzie spojrzysz, zasłana
Bryzgami kruchej piany.
Niczego mi proszę pana
Tak nie żal jak porcelany.


Anin końca roku 1944 nie był zasłany potłuczoną porcelaną, lecz ogromną ilością pocisków rakietowych wystrzelonych ze słynnych sowieckich „Katiusz". Siały one popłoch wśród Niemców, ale poniszczyły sporo domów i spowodowały ofiary śmiertelne wśród mieszkańców Anina. Te pociski, które nie wybuchły, były nadal śmiertelnym zagrożeniem, ale większość wybuchła i pozostały po nich leje w ziemi i korpusy rakiet — długie rury z lotkami. Aninianie nauczyli się wykorzystywać ten złom w swoich gospodarstwach. Moja ciocia, siostra mojej mamy, zastosowała rury rakiet do wzmocnienia połamanych słupków naszego ogrodzenia.

Nikt przytomny — niezależnie od poglądów politycznych — nie może twierdzić, że Zaruba postąpił haniebnie zaciągając się do armii Berlinga, skoro działo się to dokładnie w tych samych dniach, gdy żołnierze tej armii walczyli i masowo ginęli na lewym brzegu Wisły usiłując nieść pomoc gasnącemu Powstaniu Warszawskiemu. Prawdą jest, że podkomendni generała NKWD Iwana Sierowa od początku rozpoczęli podstępną akcję przeciwko żołnierzom Polski Podziemnej, której najstraszliwszym symbolem był fakt, że ujawniających się żołnierzy AK osadzano w poniemieckim obozie w Majdanku (o pewnych szczegółach można przeczytać w wydanej w roku 1999 przez Urząd Gminy Warszawa-Wawer książce Henryka Wierzchowskiego „Zerzeń i jego historia"). Władze sowieckie robiły jednak wszystko, by tę akcję ukryć i zafałszować. Wielu nie chciało wierzyć pogłoskom, inni łudzili się nadzieją, że są to chwilowe wybryki dzikiego sprzymierzeńca, który będzie musiał zrezygnować ze swoich pomysłów w obliczu nacisków ze strony potężnych zachodnich aliantów. Trzeba pamiętać, że był to wrzesień 1944 roku. Dopiero w pięć miesięcy później odbyła się osławiona konferencja w Jałcie, na której Roosevelt i Churchill oddali Polskę Stalinowi.
Pierwsze zatknięcie z armią sowiecką stwarzało złudne wrażenie, że w gruncie rzeczy jest ona słaba, a jej siłą jest intensywna pomoc amerykańska. Powszechnie używane przez wojsko sowieckie samochody ciężarowe ZIS-5 robiły wrażenie rachitycznych i przestarzałych w porównaniu z amerykańskimi Studebakerami, na których zamontowane były sowieckie „Katiusze". Obecność amerykańskiej pomocy była widoczna na każdym kroku. Zaruba pisze w swych wspomnieniach, że we wrześniu 1944 roku opuszczał zdewastowany Anin jadąc z żołnierzami do Lublina Willysem, czyli słynnym amerykańskim jeepem. Tym sowieckim żołnierzom, których widziałem wówczas w Aninie wyraźnie brakowało zaopatrzenia w mundury. Poubierani byli rozmaicie, czasem w zdobyczne mundury niemieckie z oderwanymi hitlerowskimi dystynkcjami. A jednak była to armia skuteczna. Szczególnie jeden obraz utkwił mi głęboko w pamięci. Z okna mojego pokoiku w Wawrze widziałem dobrze dwa sąsiednie domy: mniejszy państwa Żaboklickich i większy, piętrowy, pana Jagiełły. Na dachu większego umieszczone było działko przeciwlotnicze, a w mniejszym zakwaterowana była jego załoga złożona z samych kobiet. Prawdopodobnie te artylerzystki miały jakieś mundury, ale w obejściu krzątały się w strojach cywilnych. Gdy pojawiał się niemiecki samolot, wybiegały z budynku jak stały, w pstrokatych kolorowych kieckach, wbiegały do sąsiedniego domu i po małej chwili pojawiały się na dachu nastawiając armatkę i oddając serie strzałów. Wychowany na obrazach paradnych ułanów i na kolekcjach ołowianych żołnierzyków ze zdumieniem patrzyłem na to dziwne wojsko.
Stary zeszyt leżał spokojnie w moim archiwum aż do chwili, gdy w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia profesor Jan Tyszkiewicz zaczął zbierać materiały do przygotowywanej przez niego publikacji o działaniach wojennych w roku 1944 w podwarszawskiej gminie Wawer. Przepisałem wtedy treść starego zeszytu na maszynie i przekazałem maszynopis profesorowi. Około roku 1990 dostałem od autora odbitkę wydrukowanej jego pracy. Niestety odbitka ta gdzieś mi zaginęła i mimo poszukiwań nie zdołałem do niej dotrzeć. Opracowanie profesora
Tyszkiewicza cytuje redaktor naczelna naszego pisma Maria Chodorek we wspomnieniowym artykule „Pamiętam do dziś drut kolczasty" (MNA Nr 8/9 (52-53), sierpień/wrzesień 2004). Szkoda, że tego •opracowania nie ma w naszej bibliotece.

_______________

Galeria na Trawiastej

Oddział Anin TPW, ogłaszając w MNA nr 2/08 rok 2008 ANIŃSKIM RO­KIEM JERZEGO ZARUBY, zapowiedział zorganizowanie galerii jego karykatur w pobli­żu domu, w którym zamieszkiwał przez 40 lat, czyli prawie przez połowę swego życia. Dyrekcja Biblioteki Dzielnicy Wawer wyraziła zgodę na współpracę z Oddziałem ANIN TPW w stworzeniu takiej stałej Galerii w budynku przy ul. TRAWIASTEJ. Podjęliśmy wspólnie starania o uzyska­nie jego prac z Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego. Pewnego wrześniowego, wietrznego dnia trzy panie z Anina udały się na ul. Kozią, aby przy pomocy Grażyny Gordzijewskiej — kustosza M.K. dokonać wyboru 87 karykatur z zasobu Muzeum, liczącego ok. 500 prac Za-ruby. Znalazły się wśród nich ciekawe portrety aktorów, literatów, dziennikarzy.
Nasza Biblioteka na Trawia­stej podjęła się trudu wydru­kowania zeskanowanych przez Muzeum Karykatury prac, oprawienia ich i eks­ponowania na specjalnej wystawie, której otwarcie planuje się na koniec listo­pada lub początek grudnia.

Maria Chodorek
Prezes Oddziału Anin Towarzystwa Przyjaciół Warszawy


Henryk Lissowski, senior znanej,
anińskiej rodziny. Zmarł w 1951 r.


Scena rodzajowa Anin 44.

Całe pismo do czytania lub pobrania w pdf Kliknij Tu

29 października 2008

Z ostatniej chwili


Trwa Rok Jerzego Zaruby ogłoszony przez Oddział Anin Towarzystwa Przyjaciół Warszawy pod patronatem burmistrza dzielnicy Wawer J. Duchnowskiego.
Ukazał się min numer niecodziennika MNA poświęcony artyście. Nawiązane zostały owocne kontakty z prezesem Wydawnictwa Iskry - Wiesławem Uchańskim. Wkrótce nastąpi otwarcie galerii rysunków Zaruby w Bibliotece Wawerskiej.
Tymczasem na naszych oczach zniknął dom przy ulicy Stradomskiej 35 w Aninie gdzie w latach 1930-1971 mieszkał artysta. Hałaśliwa, zwracająca uwagę sąsiadów i przechodniów, rozbiórka rozpoczęła się w czwartek 24 października. Wcześniejsze wewnętrzne prace sprawiały wrażenie remontu. Obecnie nie ma wątpliwości, że z mapy Anina zniknął nieodwracalnie ciekawy obiekt. Pamiętamy go jako miejsce spotkań elity kulturalnej skupionej wokół Jerzego Zaruby
i jako jedną z pierwszych anińskich wilii na parceli pod nazwą Willa Jasinek nr 46.

25 września 2008

ZOFIA GÓRZYŃSKA - Mój Anin

W opracowaniu mamy nowy, 66 numer MNA, poświęcony min. Powstaniu Warszawskiemu. Proszę o chwilę cierpliwości.

_______________________

Marzec - Maj 2008



_________________________________

Zofia Górzyńska

Mój Anin
Przez pierwsze jedenaście lat mego życia mieszkaliśmy w Wawrze, ale życie towarzyskie moich rodziców było zawsze ściśle związane z Aninem. Dlatego ja, odkąd sięgam pamięcią, wszystkie wspomnienia kojarzę z tym miejscem. Rodzinny dom, w którym mieszkam od 1938 roku, stoi na terenie dawnych lasów hrabiów Branickich. Kiedyś wzdłuż obecnej ulicy Kajki biegło ogrodzenie. Do lasu wchodziło się furtką u wylotu ulicy IV Poprzecznej. Jako mała dziewczynka chodziłam tam na spacer z opiekunką. (Kiedyś zgubiłam się zbierając poziomki.) Przyszedł czas, gdy „mój" aniński las został podzielony na działki. Na jednej z nich stanął dom rodziców. Dzięki temu „mój" las pozostał mój.
Idąc z Wawra do Anina przechodziłam najpierw przez tory kolejki wąskotorowej, potem przez tory kolei, a następnie przez tory tramwaju konnego. Kolejka jeździła z Karczewia do Jabłonny i stanowiła najwygodniejsze połączenie z Pragą; kolej szerokotorowa obsługiwała linie dalekobieżne i podmiejskie; tramwaj konny jeździł z Kaczego Dołu do Zbójnej Góry. Kto pamięta ciągnięty przez konia wagonik, w zimie zamknięty, a w lecie nieobudowany, z ławeczkami, z których można było obserwować całą trasę?
Program klasy pierwszej i drugiej szkoły podstawowej przerabiałam w domu. Do trzeciej klasy chodziłam z Wawra do Anina na ul. IX Poprzeczną. Szkoła mieściła się w willi doktora Szalli. Obecnie dom ten jest objęty nadzorem konserwatora zabytków. Pięknie odnowiony, otoczony zadbanym ogrodem jest, moim zdaniem, najładniejszym domem w Aninie, bo jest z nim zrośnięty swoją historią i nie ma pretensji do pseudopałacowości. Życie towarzyskie moich rodziców, jak już wspomniałam, było ściśle związane z Aninem. Wawer nie był towarzysko atrakcyjny, natomiast społeczność anińska stanowiła zżyte grono, skupione wokół Kasyna.

Wejście do Kasyna - ul. V Poprzeczna róg Rzeźbiarskiej
Kasyno stało na terenie dużego placu, ograniczonego ulicami: Królewską (obecnie Kajki), V Poprzeczną, Parkową (obecnie Rzeźbiarska) i terenem kościoła. Był to budynek ustawiony frontem do narożnika V Poprzecznej i Parkowej. Wchodziło się przez taras do dwóch pomieszczeń. Duże - było kawiarnio-restauracją z bufetem i kilkoma stolikami, mniejsze - był to tak zwany pokoik brydżowy. Za bufetem kawiarni królował pan Wiweger, zawsze miły, uśmiechnięty i dbający o kameralną atmosferę tego miejsca. Z kawiarni schody wiodły na antresolę, gdzie stał bilard. Było to miejsce, gdzie zazwyczaj „urzędowała" starsza młodzież anińska. Pokoik brydżowy był (poza funkcją określoną nazwą) siedzibą Towarzystwa Przyjaciół Anina. Tylną częścią budynku Kasyna - duża sala z estradą. Odbywały się tam bale, spektakle teatralne, koncerty a czasem również wyświetlano filmy. Na ścianach pamiętam rysunki Jerzego Zaruby. Od strony ul. Kajki stał drewniany domek, w którym mieszkała rodzina państwa Wiwegerów.

Na fotografii przed Kasynem stoją od lewej: dr Stanisław Wilatowski, Eugenia Wojciechowska, Jerzy Zaruba, Zdzisław Wojciechowski, Jan Zawistowski, p. Kon, Jan Gosławski.
Na tyłach Kasyna były korty tenisowe. Najpierw jeden - betonowy, a potem obok drugi - ziemny. Pamiętam, jak go budowano, bo w tym czasie moja mama była sekretarzem, czy skarbnikiem Towarzystwa i z jej inicjatywy i pod jej nadzorem powstawał ten nowy kort.
Od strony ulicy Kajki usypana została górka saneczkowa. Zjeżdżało się do wykopu, na końcu którego była strzelnica. Można zapytać po co było ją usypywać, skoro w Aninie w tym czasie były dostępne naturalne wzniesienia, z których zimą zjeżdżało się na sankach. Ale te górki porośnięte były sosnami i co roku zdarzały się nieszczęśliwe wypadki. Tak zwana górka Delmaka nie była wtedy dostępna.
Piszę o kasynie, kortach, bowiem nie ma przedwojennego Anina bez Kasyna i bez Towarzystwa Przyjaciół Anina. Przyjacielskie wzajemne stosunki anińskich rodzin, tam nawiązane, trwały i owocowały przez długie lata, nawet do dziś.
O niezwykłym klimacie Anina mówi też fakt, że ciągnęli do niego artyści, Przecież to tu mieszkał Jerzy Zaruba, Konstanty Ildefons Gałczyński, Julian Tuwim, Władysław Walentynowicz (pianista), tu miał swoją działkę Zbyszko Sawan (aktor), wakacje spędzała Maria Gorczyńska (aktorka), mieszkała przed wojną Helena Korf-Kawecka (śpiewaczka), a na wypoczynek - ostatnio - przyjeżdżał ksiądz Jan Twardowski.

Na stanowisku sędziego od lewej: Leon Gąssowski, Tasia Gąssowska, Zofia Wojciechowska (Górzyńska), siedzi Eugenia Wojciechowska; stoi Jana Gąsowska, za nią - Jan Gosławski.
Wojnę i okupacje przeżyłam w Aninie. Aniński okres okupacji związał przyjaźnią wiele młodzieży. Tajne nauczanie i działalność rodziły różne sytuacje - groźne, silnie wiążące, a czasem śmieszne nawet. Wreszcie przeszła przez Anin ofensywa, nastał czas powrotu do nauki. Zdałam maturę i rozpoczęłam studia. I ówczesne warunki komunikacyjne zmusiły mnie do czasowego zamieszkania w Warszawie. Musiałam się rozstać z Aninem. Czułam się w mieszkaniach warszawskich, jak w klatce. Na szczęście w wolne chwile zawsze mogłam wpaść do Anina. Ten okres banicji nie trwał bardzo długo. Wróciłam, gdy tylko poprawiły się warunki komunikacji z Warszawą, bo nie wyobrażałam sobie mieszkania poza Aninem.
Obecnie Anin jest już Warszawą, ale jadąc „do miasta" zawsze mówię, że jadę do Warszawy, bo Anin to jest dalej Anin. Bardzo chcę, by moje osiedle modernizowało się, ale jednocześnie, by zachowało swój specyficzny charakter. Nie łudzę się, by mógł powrócić charakter przedwojennego, przyjacielskiego Anina, ale bardzo cieszą mnie starania grupy entuzjastów, aby po nadaniu mu miana Osiedla Poetów nadać także taki charakter, który wyróżni nasz Anin spośród innych warszawskich osiedli.
***
Zamykam oczy, jak na filmie przesuwają się różne anińskie wspomnienia. Zadaję sobie pytanie: czy Anin jest mój, czy też ja jestem jego...
Chyba nie rozwiążę tego problemu.
________________________________________

21 maja 2008

NOWINY

W dniu 24.04.2008 r. przy frekwencji około 80 osób odbyło się zapowiadane przez MNA spotkanie w bibliotece przy ulicy Trawiastej z prezesem Iskier Wiesławem Uchańskim – relacja w następnym (2/2008) numerze MNA. Numer ten w przeważającej mierze poświęcony jest sprawom sportu i rekreacji w Aninie i jako zajawkę przesyłamy artykuł Byledobiec Roberta Celińskiego.

_________________________________________


Robert Celiński


Byledobiec Anin


Niewielu aninian zdaje sobie pewnie sprawę, że w naszej dzielnicy działa klub, który w pewnym środowisku znany jest w całej Polsce, a nawet na świecie. Chodzi o „Byledobiec Anin” - jak łatwo się domyślić, klub biegowy.
Wszystko zaczęło się w wakacje 2003 roku, kiedy przeczytałem krótką notatkę w gazecie na temat Maratonu Warszawskiego. Na przygotowanie do przebiegnięcia morderczego dystansu 42195 metrów miałem niecałe 2 miesiące, ale postanowiłem spróbować. Udało mi się ukończyć ten bieg i zostałem maratończykiem. W rubryce „klub” miałem wpisaną nazwę mojej uczelni – SGH, której byłem świeżo upieczonym absolwentem. Zacząłem się zastanawiać nad założeniem amatorskiego klubu, który mógłbym reprezentować. Uznałem, że nazwa powinna być skromna, a jednocześnie wskazująca na miejsce, skąd pochodzę. W czasie biegu często motywowały mnie w myślach dwa słowa „byle dobiec”. Złączyłem je w jedną nazwę i powstał klub „Byledobiec Anin”. Za datę założenia uznaje się oficjalnie 14 września 2003, kiedy to na ostatnich kilometrach maratonu wielokrotnie powtarzałem te słowa.
Przez pierwsze dwa lata klub był jednoosobowy. Wyróżniał się głównie oryginalną nazwą, choć moje wyniki sportowe stopniowo się poprawiały. Przełom nastąpił 30 lipca 2005 roku, kiedy miałem startować w Biegu Powstania Warszawskiego na 10 kilometrów. Mój brat Alex miał mi tylko kibicować, ale na niecałe dwie godziny przed zawodami postanowił, że weźmie w nich udział. Bez żadnego przygotowania pokonał cały dystans w niecałą godzinę, w ekstremalnie niesprzyjających warunkach atmosferycznych (było ponad 30 stopni). W ten sposób klub zyskał nowego zawodnika, a wkrótce dołączyli kolejni.
Obecnie klub reprezentuje kilkanaście osób, z czego pięć pochodzi z Anina: Robert, Alex i Marek Celińscy oraz Maciek Chodorek i Michał Najberg. Specjalizujemy się głównie w biegach długich. Dla większości z nas zawody na 5 km, to krótki spacerek, na który nie warto w ogóle zakładać butów. Nie jesteśmy zarejestrowaną organizacją, nie płacimy składek członkowskich, nie mamy sponsora. Występujemy pod nazwą jednej drużyny i razem bawimy się bieganiem. Przy okazji tej „zabawy” zawodnicy klubu osiągnęli wiele sukcesów indywidualnych i drużynowych.
Alex jest znakomitym długodystansowcem, liczącym się w ogólnopolskich zawodach biegowych. Jego ostatni wynik w Półmaratonie Warszawskim (1:14) budzi podziw wielu amatorów biegania. W tym roku zdominował rywalizację w kultowym dla warszawskich biegaczy cyklu biegów górskich w Falenicy. Ja nie biegam tak szybko jak Alex, ale mogę pochwalić się kilkoma osiągnięciami na najdłuższych dystansach. Ukończyłem do tej pory 35 maratonów, trzykrotnie zwyciężyłem w przełajowym maratonie w Starej Miłosnej. Biegałem już na wszystkich siedmiu kontynentach, a sukcesem mojego życia jest zwycięstwo i rekord kontynentu w tegorocznym maratonie na Antarktydzie.
Największym sukcesem drużynowym klubu jest zwycięstwo i rekord trasy w najtrudniejszym biegu w Polsce – organizowanym w Bieszczadach Biegu Rzeźnika. Mordercza trasa liczy 75,2 km, ale największą przeszkodą są na niej niesamowite przewyższenia - 3200 m podbiegów i 3100 m zbiegów. W 2006 roku pokonaliśmy z Alexem wydłużoną do 105 km trasę biegu z Komańczy do Wołosatego, w 2007 zwyciężyliśmy na regulaminowym dystansie do Ustrzyk Górnych, ustanawiając jednocześnie rekord trasy. W tym roku na Rzeźnika wybierają się Maciek i Michał z naszego klubu. „Byledobiec Anin” wygrał też 100 km sztafetę Wesoła Stówa, a najświeższym osiągnięciem jest 3. miejsce w klasyfikacji drużynowej Półmaratonu Warszawskiego.
Klub nie dysponuje stadionem lekkoatletycznym. Aninianie z „Byledobiec” przeważnie trenują na ścieżkach Mazowieckiego Parku Krajobrazowego, a często biegamy po prostu po okolicznych ulicach. Jeżeli zobaczycie w okolicy jakiegoś szybkobiegacza, może to być jeden z reprezentantów „Byledobiec”.

Strona internetowa klubu:

www.byledobiec.pl

Załączona fotografia:

Robert (1. miejsce) i Alex na podium maratonu w Szczytnie

3 kwietnia 2008

Styczeń Luty 2008




____________________________



_________________________________

Anna Francman

WNĘTRZE

W letniej szacie dom jest ukryty w zieleni. Te okna na górze, to mieszkanie Jerzego Zaruby. Byłam tam zaledwie kilka razy. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie wielki, jak mi się wtedy wydawało, kominek. W pokoju było pełno wszystkiego; był półmrok, kuchni jakoś zupełnie nie pamiętam, natomiast z boku była ciągnąca się wzdłuż całego domu wąska i też ciemna spiżarnia.

Częściej widywałam artystę u nas w domu. Jego wizyty były rytuałem. Przywoził często pieczarki, zasiadał na fotelu, długie godziny rozmawiali z mamą o sztuce, z tatą o samochodach, oglądali telewizję, sączyli zacną herbatę, której był znawcą. Kiedyś dostałam od niego lalkę pacynkę, nazywała się Petronela, miała czerwoną sukienkę w czarne grochy, rudy koński ogon z karbowanej włóczki i nosek z węzełka. Mam w pamiętniku z lat 60-tych wyblakły już, wzruszający rysunek Jerzego Zaruby z podpisem kochanej Ani od wujcia Jurka-Zaruba-58 r. Na rysunku Św. Mikołaj i Dziadek Mróz z pięcioramienną gwiazdą przy czapie, zgodnie niosą choinkę.

Tata zawsze pomagał sąsiadom, reperował telewizory i co tylko się im popsuło. Ostatni raz, gdy Zaruba był ciężko chory, pojechaliśmy do niego. Tata reperował mu radio.





Ewa Borkowska-Domańska
(prawie aninianka)

PAMIĘTAM GO

Pamiętam Go. Starszego Pana, przyjeżdżającego codziennie wieczorem do Alicji i Wieśka Francmanów, u których spędzaliśmy wakacje. Wtaczał się do góry stromymi schodami i zasiadał w "swoim" fotelu tuż przy kominku. (Do dziś nazywamy go fotelem Zaruby). Fotel był niski, z drewnianymi poręczami. Sypiał na nim Bakun - wilczur, który na widok Jerzego zawsze schodził
z fotela, ustępując go gościowi. Zaruba siadał, wyciągał fajkę, ale dziwne, bo nie pamiętam zapachu amfory, a przecież pamiętam wszystkie zapachy dzieciństwa, w tym zwłaszcza zapachy Anina. Czyżby więc pan Zaruba nie palił fajki, tylko trzymał ją w ustach?
Trzeba by zapytać
Alicję.

Wyciągnąwszy fajkę, wyciągał też małą piersióweczkę z jakimś trunkiem. Z jakim? Nie mnie wiedzieć. Miałam w końcu zaledwie 8 lat i nie był to wiek, w którym interesowały mnie trunki.
Któregoś dnia pan Zaruba nie przyjechał. Okazało się potem, że złamał nogę i to na dodatek przez pomyłkę, a konkretnie - przez pomyłkę telefoniczną.
Późno w nocy obudził go telefon. Wstał zaspany i nie zauważywszy jakichś kabli, przewrócił się. Poczuł ostry ból, ale nie zważając nań doczołgał się do telefonu, odebrał go, żeby dowiedzieć się, że to pomyłka, ktoś źle wykręcił numer.

Przez jakiś czas Zaruba nie przyjeżdżał do Francmanów. Brakowało go nam. Tylko Bakun wydawał się być zadowolony. Mógł wieczorami wylegiwać się na fotelu, nie musiał go ustępować panu Zarubie.

A potem, po zdjęciu gipsu, zaczęła się rechabilitacja. Lekarz zalecił masaż wodny. Wiesiek stwierdził, że najlepszy masaż, to masaż w popularnej pralce wirowej, Frani. Pan Zaruba przychodził więc, siadał na wysokim stołku, nogę wsadzał do pralki, włączało się ją, pralka ruszała, zaczynał się leczniczy masaż wodny. Dozór techniczny sprawował Wiesiek i mój tata - inżynier elektryk. Tymczasem Alicja z moją mamą przygotowywały coś do zjedzenia.
Po masażu, zwłaszcza wodnym, zawsze przecież zaostrza się apetyt.

_____________________________________

Alicja Francman

MÓJ ANIN




Oczywiście, że Anin jest mój "jeszcze sosnowy i brzozowy". Czasem trzeba na niego ponarzekać, zawsze kochać. Ponieważ ogłoszono w naszym piśmie, że ten rok jest Anińskim Rokiem Zaruby, przedstawiam Anin w suchorycie, który on lubił.




Podarowałam go Zarubie z okazji pewnych zamierzchłych imienin. Podpisałam "Najmilszemu z Jerzych-Anin i Alicja". Zaruba zawiesił sobie tę grafikę nad swoim biurkiem i przetrwała tam całe lata.





Mój mąż zrobił kiedyś zabawne zdjęcie z kameralnego spotkania u Zaruby. Na pierwszym planie miły, jedzeniowy bałagan: na drewnianym stole filiżanki, saska patera z owocami, cynowe talerze i raki. Ja jestem uśmiechnięta i skupiona na smakowitym dłubaniu, szeroko roześmiany Zaruba prawą dłonią obejmuje mnie serdecznie, a w uniesionej- lewej demonstruje wielkiego raka trzymanego za szczypce. W tle kwiaty, biurko z pędzlami i rządkiem słoiczków temper, a nad biurkiem - moja anińska grafika, którą widać na zamieszczonym zdjęciu. (red.: Niestety, mało wyraźne, ale jest jej reprodukcja).

Od czasu do czasu, kiedy Zarubie spiętrzały się propozycje zawodowe, miałam okazję trochę zarobić, pomagając mu w pracy. Wyglądało to mniej więcej tak: telefon-masz czas? Słuchaj, jest mi potrzebna ropucha, sieczkarnia i pchła. Poszperaj w encyklopediach, narysuj w różnych ujęciach (DUŻE!) i przywieź. Jak najprędzej!

Zaruba miał wspaniałą, lekką kreskę. Jego "machnięte"rysunki jakby powstawały same, ale widziałam, że jeśli zdarzyło się, że jakiś drobny fragment nie podobał mu się, to rysował go wielokrotnie, po czym urządzał swoisty konkurs prac; po dłuższym zastanowieniu wybierał najlepszą wersję. Często za jego lekkimi rysunkami kryła się bardzo ciężka praca.

______________________________________________

Antoni Wiweger

PIERWSZY ANINIANIN
JERZY ZARUBA


Jerzy Zaruba nie był pierwszym, ani jednym z pierwszych mieszkańców Anian, ale nikt przed nim nie został w równie uroczysty sposób nazwany "aninianinem". A było to tak. Jest rok 1953, rok wielkich odejść. W marcu umarł Stalin. Jest kwiecień, Jerzy Zaruba obchodzi w Aninie swoje imieniny w gronie przyjaciół. Nikt nie przeczuwał, że znakomici przyjaciele Jerzego, Gałczyński i Tuwim, mają przed sobą już tylko kilka miesięcy życia. Tuwim daje Zarubie napisany specjalnie dla solenizanta i jemu dedykowany wiersz Lament Aniński, będący pod pozorem utyskiwań poety na płeć piękną wirtuozowską zabawą z wyrazem "Anin". Warto zacytować fragment tego wiersza:

O, nie pytaj, czemu męczę się w Aninie!...
Ani dawniej nie znosiłem,
ani ninie
Znieść nie mogę kakofonii. ...
................................................
Ani nikt mnie nie rozumie, ani mnie nie
Wytłumaczy, że to przejdzie, że to minie:
Tych babsztylów wieczny najazd i lafirynd
I ten dźwięków dziki chaos i labirynt
Ani starzy aninianie, ani nowi,
Ani ty, mój Jerzy, wierny Aninowi

Niech ta skarga pozostanie między nami,
Między nami, aninianinami:
Nie mów o niej ani Mani, ani niani,
Ani mamie, ani Ninie, ani Ani,
Ani innym, czy to paniom, czy
to panom,
Przede wszystkim- ani słowa aninianinanom,
Bo obrazić się na Lament mój gotowi...
Aninianin aninianinowi.

Szkoda, że w wydane przez PIW w roku 2003 książce: Juliana Tuwima, Nowy wybór poezji zacytowany tu wiersz uległ drobnej, ale istotnej modyfikacji. W linijce 4. od końca zamiast "paniom, czy to pannom" czytamy "panom, czy to paniom", a w linijce 3. od końca zamiast "aniniannom" jest "aninianom". W ten sposób uległa zakłóceniu wewnętrzna logika wiersza
i wyeliminowany został zabawny, tuwimoski neologizm "aninianna", znaczy tyle, co "panna z Anina".

Budzący czasem kontrowersje i kłopotliwy w wymowie tytuł naszego pisma jest właśnie cytatem z tego wiersza.

W życiorysie Pierwszego Aninianina są pewne dane niepewne. Niepewne zdaje się być jego miejsce urodzenia. Encyklopedie podają, że Jerzy Zaruba, karykaturzysta, rysownik, malarz i scenograf, urodził się 17 lipca 1891 roku w Radomiu. Jego wspomnienia Z pamiętników bywalca (1958) milczą na ten temat, ale sugerują, że dzieciństwo spędził w rodzinnym domu gdzieś na Podolu. Więc skąd Radom? W czasach, gdy spisywał te wspomnienia, nie było mile widziane, ani nawet bezpieczne, publicznie przyznawać się
do tego, że się jest potomkiem szlachty kresowej. Do roku 1910 uczył się w Kijowie, tam ukończył szkołę średnią, a w latach 1908 - 1910 uczęszczał do kijowskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Następnie studiował przez dwa lata w Warszawie w Szkole Sztuk Pięknych u Stanisława Lenza. W latach 1912-1915 przebywał w Paryżu, gdzie wystawiał z grupą Młoda Sztuka i warszawską Grupą Formistów. Gdy Europę ogarnęła pierwsza wojna światowa przedostał się do rodziny na Ukrainę, skąd powrócił do Warszawy w roku 1919. Uprawiał malarstwo, grafikę, rysunek satyryczny, karykaturę polityczną i obyczajową, scenografię i twórczość literacką. Współpracował z wieloma pismami, wykonywał ilustrację do książek i czasopism, projektował kukiełki do szopek politycznych, jako scenograf współpracował
z teatrami Ateneum i Małe Qui Pro Quo. W roku 1930 zamieszkał w podwarszawskim Aninie, gdzie z pewnymi przerwami przebywał aż do śmierci.


Mimo licznych zajęć nie żałował czasu dla Anina - jego dekoracje zdobiły salę anińskiego Kasyna. Chociaż byłem wtedy ośmioletnim dzieckiem, dobrze pamiętam jego karykatury umieszczane za ścianach sali tuż przed wybuchem wojny. Moją uwagę młodocianego entuzjasty lotnictwa przykuwał duży wizerunek nieprzyjacielskiego samolotu, który na skrzydłach miał wymalowane... czerwone gwiazdy.

Żoną Jerzego Zaruby była Szkotka, Flora MacPherson, uwieczniona w wierszu Gałczyńskiego jako : "szkocka kuzynka Flora". Na kilka tygodni przed wybuchem drugiej wojny wobec pogarszających się stosunków międzynarodowych wyjechała do rodziny do Londynu. Do Polski nigdy nie powróciła. Zaruba pozostał w kraju. Małżonkowie rozdzieleni wojną utrzymywali żywy kontakt korespondencyjny, również
przez krótki okres po wojnie, ale ostatecznie, po wizycie Zaruby w Anglii, małżeństwo rozpadło się.

Zaruba nie był wielbicielem PRL, ale zdaniem wielu wykazywał przesadny konformizm w stosunku do władzy ludowej. Wszystko wskazuje na to, że tego samego zdania była jego szkocka żona Flora. Był postacią niejednoznaczną, ale lubianą przez wszystkich, którzy go znali. Tworzył bardzo ostre karykatury polityczne, a jednocześnie czytywał Chestertona. Kiedyś zachęcił mnie do przeczytania książki
Chestertona o świętym Tomaszu z Akwinu. Książkę tę mam do dziś w mojej bibliotece.

Jerzy Zaruba umarł 11 stycznia 1971 roku i został pochowany na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

_______________________________________

Jadwiga Teresa Szymczak

POMOST CZYLI ANINIANIE U "BYWALCA"


W żadnej ze znanych mi książek Anin nie jest opisany z taką czułością, jak w "Pamiętniku bywalca".
Tam Anin pojawia się już na pierwszej stronie. W
Zamiast przedmowy określone jest
miejsce, w którym książka powstała: Anin w czerwcu 1957 roku.
Nie sposób wyliczyć wszystkich stronic, na których Zaruba wspomina ten ukochany Anin. Swoim anińskim przyjaciołom, Gałczyńskiemu i Tuwimowi, poświęca osobne rozdziały. Warto przytoczyć fragment, dotyczący jego pierwszego tu pobytu. Był to rok 1928:

Zacząłem kwękać. Do objawów przepracowania dołączyło się uczucie nudy i zdegustowania życiem wielkomiejskim. Doszło do tego, że zacząłem się ukrywać przed "kompanami" aż
w Aninie. Parodniowa
na początku wizyta moja w miejscowym pensjonacie pani Rudzińskiej przedłużyła się. Zasmakowała mi tutejsza kuchnia i uwiodły zapachy leśne. No i cisza. W jesieni roku 1930 przeniosłem się na stale do Anina. Wynająłem pokój w typowym "drewniaku"
i zacząłem się powoli zagospodarowywać.

W rok później przeniosłem się na piętro tej willi, gdzie miałem już dwie werandy, kominek, psa
i klucz do lasu. Najładniejsza część lasu była wtedy jeszcze nietknięta, dziewicza, zagrodzona
i na kłódkę zamknięta.


Wydaje się, że to Zaruba pierwszy odkrył uroki anińskich nocy, o których poemat napisze Gałczyński. Bo oto, co pan Jerzy pisze w Wiadomościach Literackich w 1934 r.:

Rzecz prosta, że gdy się mieszka w otoczonym sosnami drewniaku, ma się wspaniałe (weekendowe, że tak powiem) powietrze na co dzień, a co wieczór widzi się na własne oczy, jak oszołomiona ciszą
i zapachami powstaje ogromna noc, miasto wydaje się zwariowanym, wrzaskliwym i cuchnącym "pociejowem"
[...].

Na łamach książki pojawiają się osoby i nazwiska obecnych mieszkańców, ich przyjaciół, a nawet - członków redakcji MNA. Bo kim jest młoda, zdolna malarka, Alicja F ?. Opisał Zaruba dowcip, jaki z okazji jubileuszu zrobiła mu m.in. "nasza" pani Alicja Francman. Były to śmieszne depesze od ważnych osobistości.

Cytując w książce treść tych depesz, pisze Zaruba:
Choć paski z aparatu telegraficznego były naklejone przepisowo na blankietach ozdobnych Poczty Polskiej, jasne było, że były fałszowane. Podejrzewałem nawet Eryka Lipińskiego. Okazało się,że autorem ich była młoda, zdolna malarka, żona mojego sąsiada anińskiego, Alicja F.

Wspomina tez słynną restaurację, należącą do ojca naszego redakcyjnego kolegi, Antoniego Wiwegera.

Przed jakimś miesiącem od opisywanego wypadku patrol żandarmerii przy Gocławku zatrzymał motocykl i pod zarzutem przekroczenia przepisów kazał inżynierowi jechać ze sobą do komendy ruchu. Inżynier J., nie tracąc animuszu, zapytał:
- Do komendy? A co tam będziemy robić? Jedźmy lepiej do Wiwegera.
-
A kto to jest Wiweger? I co tam będziemy robić? - zapytali z ciekawością szkopy.
- Wiweger - to jest doskonała knajpa w Wawrze, a robić nie będziemy nic poza piciem sznapsa i jedzeniem dobrych zakąsek.
A o ojcu autora recenzji w naszym MNA, Zbigniewie Mitznerze, pisze Zaruba:
Przyjaciel mój, były redaktor Szpilek i znakomity publicysta Zbigniew Mitzner, pisząc wstęp do wydanego po długich a ciężkich cierpieniach przez WAG złego albumu moich złych karykatur; cytuje - zmieniony zresztą nieco przez niego - fragment mojego felietonu drukowanego w swoim czasie w "Wiadomościach Literackich", podając w skrócie motywy mojej przedwojennej ucieczki z warszawy do Anina: Na próżno Syrena mrugała na mnie z daleka swymi reklamami... Dostałem miastowstrętu... (i później) traktowałem stolicę jako teren łowiecki i panopticum zarazem. Objeżdżałem redakcję, zawoziłem rysunki, inkasowałem honoraria i ... tyle mnie widziano. Było to zresztą tak blisko. Warszawa leżała na peryferiach Anina...

W taki oto sposób nasz "niecodziennik" przerzuca pomost między dawnymi a nowymi czasy.


_________________________________________

Maria Chodorek

NASZA KLASA


Portal Nasza-klasa staje się coraz bardziej popularny i budzi duże emocje... To nasunęło mi pomysł napisania o "mojej" klasie.
Już wiele absolwentek i absolwentów anińskiej SP nr. 218 oraz XXVI LO „Kuby” zarejestrowało się w portalu i nawiązało kontakty klasowe i pozaklasowe. Zamieszczane w portalu fotografie inspirują do spekulacji: czy „x” prezentują własną rezydencję i gromadkę dzieci? Czy „y” mógł stać się Harley'owcem? Czy „z-ka” słusznie czyni podając namiary na firmę kosmetyczną, którą założył? Ale to tylko margines tej arcyciekawej korespondencji! Największą radość sprawia kompletowanie listy obecności – odnajdywanie się czasem bardzo daleko, a czasem bardzo blisko. Nie należą do rzadkości przypadki, że dawne przyjaciółki albo bliscy koledzy, którzy od lat nie mieli ze sobą kontaktu, mieszkają w Anglii, Kalifornii czy Kanadzie "o rzut beretem" od siebie... Tematy forum tak klasowego, jak i szkolnego są na ogół swojskie i dotyczą np. Górki Delmacha, Kukułki albo lubianych i nielubianych nauczycieli.
Z nauczycieli XXVI LO odezwali się dotąd-np chemiczka Joanna Skarbek, łacinnik Józef Tur, matematyk Eugeniusz Kucewicz (Genio).

Na żywo

Pozostawiam temat portalu osobom bardziej kompetentnym, ponieważ moja klasa kontaktuje się najczęściej "na żywo". To klasa, z którą zdawałam egzamin dojrzałości w Państwowej Szkole Ogólnokształcącej stopnia licealnego w Aninie, mieszczącej się wówczas w pałacyku Więcka. W skutek reformy szkolnictwa, w dwunastym roku nauki nagle znaleźliśmy się w klasie jedenastej. Jej wychowawcą został Wacław Krauze, dyrektor w szkole od sierpnia 1950 r. Maturę – w mojej XIA, uczącej się już „tylko” jedenaście lat, egzaminy pomyślnie złożyło 18 osób. Świadectwa wręczono nam 26 maja 1956 roku; na wyższe uczelnie – od Politechniki Warszawskiej, Uniwersytetu, Akademii Medycznej po SGGW – dostali się wszyscy absolwenci XIA. Nasze drogi rozeszły się.

Po raz pierwszy „gremialnie” skrzyknęliśmy się w 1956 r., 5 lat od daty naszej matury. Rok był burzliwy i brzemienny w skutki polityczne. Część naszej klasy zmieniła kierunek studiów, ktoś opuścił uczelnię – poszedł do pracy. Zaczęliśmy zakładać rodziny.

Uroczysty, pełny zjazd dla klas „A” i”B” zorganizował w 20 rocznicę matury Jędrzej Kowalski. Spotkanie rozpoczęło się w domu Więcka i stąd pochodzą obie prezentowane fotografie (czarno białe). Są na nich nasze nauczycielki: Henryka Markiewiczowa, Łucja Dryżałowska i Halina Szalewicz. Po „oficjalnych” spotkaniach przenieśliśmy się na Stare Miasto do Rycerskiej, gdzie bawiliśmy się fetując spotkanie do rana...

Jubileusz

Na jubileusz 55-lecia szkoły średniej w Aninie, obchodzonym w XXVI LO zjawiła się garstka osób z mojej klasy. Na kolorowym zdjęciu z maja 2000 r. jest nas dziesięcioro. W tek grupie większość stanowią inżynierowie (5), w tym dwóch z tytułem naukowym profesora zwyczajnego w dziedzinie chemii. Pozostali to absolwenci wydziałów budownictwa lądowego i elektryczności. Jest geograf
i chemik z wykształceniem uniwersyteckim. Wśród lekarzy medycyny znajduje się ortopeda traumatolog z tytułem profesora zwyczajnego nauk medycznych, lekarz specjalista
z zakresu okulistyki oraz epidemiolog znany ze zwalczania chorób wirusowych w Indiach i „rogu” Afryki.
Absolwentkami tej klasy są również lekarz weterynarii oraz biolog – wychowawczyni
i nauczycielka młodzieży uczęszczającej do XXVI LO.
W 2001 r. obchodziliśmy 50-lecie naszej matury – w zjeździe wzięło udział 25 osób (z obu klas).
Jak będzie z 60-tą rocznicą?


__________________________________




ANIŃSKI ROK JERZEGO ZARUBY.

Nie jest to żaden jubileusz Jerzego Zaruby, żadna "równa" rocznica; 117 lat minęło od jego urodzin, 37 - od roku jego śmierci.

Uczciliśmy pamiątkowymi tablicami pamięć tych wielkich poetów, których on do Anina zachęcił, więc chcemy uczcić pamięć o człowieku, który Anin przez to wprowadził do polskiej literatury
i Aninowi był najwierniejszy.

Dwie są ważne przyczyny, że to właśnie rok 2008: dom, w którym mieszkał Jerzy Zaruba, może wkrótce przestanie istnieć w dawnym kształcie, a "Iskry" w 2007 r. wznowiły Jego książkę
"Z pamiętnika Bywalca".

Chcemy ocalić ślady, wspomnienia, dokumenty.
Prosimy o współpracę z biblioteką, z redakcją.

Oddział Anin TPW

_________________________________________


O NOWYM / STARYM MNA.

Ale nas obgadują! Cieszymy się, bowiem - jak to powiadają, nie ważne, dobrze, czy źle, ważne, że mówią.
Niektórych nowy numer "niecodziennika" wprawił w stan smutku, wręcz melancholii: za mało w nim młodości, nowych trendów, świeżości, za mało światłych przemyśleń. Innych zdenerwowała monotematyczność (za dużo o bibliotece, czytaniu, poezji). Nie podobał się niektórym "obcy" styl numeru: zdecydowanie woleli dawny, zgrzebny, szary niecodziennik, bardziej swojski, bardziej aniński. Zastanowiło nas to: dlaczego szary i zgrzebny - skoro Anin jest taki zielony, a kiedy rozkwitną ogrody - taki kolorowy!

Większość jednak naszych wiernych czytelników zmianę powitała z radością, czemu dawali wyraz w telefonach i - prośbach o dodatkowe numery dla przyjaciół. Odezwali się też Aninianie rozproszeni po świecie - z Kanady, z Anglii, ze Stanów. Cieszyli się, że Anin buduje nie tylko nowe rezydencje, ale i bibliotekę, i obiekty sportowe, że grupa przyjaciół przez złośliwych nazwana kółkiem wzajemnej adoracji stara się podtrzymać tradycje "kulturalnego Anina".

Otrzymaliśmy też miły telefon od kogoś, kto w audycji Polskiego Radia usłyszał wypowiedź:
Wpadło w nasze ręce urokliwe pismo anińskie, którego tytułu jednak nie próbuję nawet wymówić.
Oczywiste! Nawet nam, przywykłym do niego, trudno go wyartykułować bez potknięcia. Cóż, winien temu Tuwim.

Dziękujemy tym wszystkim, którzy potrudzili się, żeby przekazać nam krytyczne uwagi.
Może uczynią one nasze pismo lepszym?

Redakcja





13 marca 2008


________________________________________________


Kira Gałczyńska

MÓJ ANIN

Mam dla tego miejsca na ziemi wiele serdeczności, sporo tkliwości
i jednakowy zachwyt. Biorą się one z zawsze mnie wzruszających wierszy K.I.G. powstałych tutaj i opisujących te miejsca.
Odżywają pełne ciepłych obrazów opowieści mamy, która Anin,
i zwykły (kiedyś tak typowy dla tej miejscowości) nieistniejący dziś drewniak uważała za swój pierwszy, prawdziwy dom, miejsce, do którego później tęskniła przez wiele lat.. I wspominała z jednakowym
skurczem serca. A ojciec - w niewoli, kiedy wspominał świat utracony, świat książek, muzyki, natury, przywoływał właśnie swoją anińską pracownię i wysmukłe sosny zza okna.

A potem z mojej pamięci wyłania się gościnny dom Jerzego Zaruby, cudowni ludzie często bywający u tego "mistrza Kpinek", wspaniała herbata, gromadząca przy stole młodego Janka Lenicę, moich rodziców i ciekawe małżeństwo: Eugeniusza Cękalskiego
z młodą piękną żoną, Krystyną. On był reżyserem Strachów, według znanej książki Marii Ukniewskiej, filmu z roku 1937, uważanego przez wielu za pierwszy artystyczny film polski, z niezapomnianą rolą Osterwy, z dialogami K.I. Gałczyńskiego. Ja - siedzę, popijam herbatę i słucham zafascynowana. Takie rozmowy - lekkie, dowcipne - mogły się toczyć tylko w kilku znanych mi domach. Wśród nich była i anińska "posiadłość" Jerzego. Kochana przez niego,
wybrana, niezapomniana. A potem Jerzy przerywał rozmowę, nastawiał patefon i zaczynały się tańce...

Miałam więc chyba prawo nazwać tych kilka słów "Moim Aninem", choć dla wielu osób zabrzmi to w sposób kategorycznie zawłaszczający. Mój Anin to przeszłość, ale także i teraźniejszość. Poza najwcześniejszym dzieciństwem nigdy tu nie mieszkałam, przyjeżdżałam nie tak znowu często, choć to się w ostatnich latach zmieniło. I te właśnie ostatnie lata sprawiły, że moja jakby irracjonalna sympatia dla Anina została ugruntowana ostatecznie i nagle otrzymała całkiem konkretny wymiar. A wszystko, jak w moim życiu zdarza się często, sprawił przypadek.

Dzięki niemu spotkałam tu grupę uroczych ludzi, aninian, którzy dla poety i jego anińskich śladów mieli i mają sporo serca. Zaczęliśmy się spotykać w maleńkiej, ciasnej, ale ze swoją charakterystyczną atmosferą bibliotece, usytuowanej w pobliżu dawnego domu, gdzie powstał m.in. Noctes Aninenses. Biblioteka na Trawiastej i wielki ogród wokół niej stały się miejscem
miłych spotkań, rozmów o poecie, o jego nieistniejącym, ale żyjącym w wierszach domu; wśród gości biblioteki odnalazłam bliskich krewnych - Antoniego i Halinkę, wielu oddanych czytelników wierszy K.I.G.

Naszym spotkaniom towarzyszyła zawsze niewymuszona serdeczność, bezpośredniość, wdzięk; zacieśniały się one z każdym rokiem - biblioteka na Trawiastej otrzymała imię poety, potem w ogrodzie pojawił się kamień, upamiętniający mocne związki Konstantego Idefonsa z tym czarownym miejscem; dbała o to Teresa Szymczak i sympatyczne, lokalne pismo Między nami Aninianinami.


Przed kilku laty od pani dyrektor Barbary Szpindy usłyszałam, że na Trawiastej powstanie nowa biblioteka. I powstała. Jest wspaniała, obszerna, szeroko otwarta na nowych czytelników, nowe książki, wystawy, koncerty i spotkania... Można ją śmiało nazwać biblioteką nowego wieku, który od siedmiu lat nam panuje. Za to atmosfera w niej taka jak dawniej, spotykają się tu ludzie w jakiś sposób bliscy sobie. Łączy ich książka, poeta, jego wiersze, a także przekonanie, że Anin jest
i pozostanie miejscem wyjątkowym.


Miło mi patrzeć, po wejściu do holu, na zdjęcia i rysunki Jerzego Zaruby, który przecież mieszkał po sąsiedzku. Dobrze jest żyć ze świadomością, że nie wszystko należy do odchodzącej przeszłości. W anińskiej bibliotece czas dzisiejszy i ten miniony stanowi jedność. Cementuje ją książka.
I ludzie.


________________________________________________

Maria Chodorek

LUDZIE ANINA Janina Zdanowiczowa

Autorka cieszącej się dużym zaintresowaniem wystawy „Malarskie cytaty”, otwartej 17.10.2007 r. w nowym budynku Biblioteki Wawerskiej przy Trawiastej zamieszkuje w Aninie od 1942 roku. To wtedy 20-letnia Dzidka-Janina Cieszańska została żoną równie młodego Jana Zdanowicza, mieszkańca naszego Osiedla, zapalonego tenisisty. I właśnie na kortach tenisowych anińskiego Kasyna – ośrodka życia towarzyskiego w owych czasach – poznali się latem 1939 roku. Dzidka spędzała tu wakacje z matką i siostrą, bowiem letnosko Anin jak magnes przyciągało wielu Warszawiaków...

RODZICE
Matka – Romana Cieszańska, magister farmacji, prowadziła własne laboratorium Farmaceutyczno – Kosmetyczne przy ul. Chmielnej 33 – punkt na starym planie Warszawy oznaczony jako „Dom Kino Atlantic”. Kremy pani Romy były cenione w kraju, eksportowane do Francji, sypkie pudry uznano za najlepsze w Warszawie. Starsza córka, Mirosława, studiowała również farmację, zaś Dzidka chciała w przyszłości zostać chirurgiem plastycznym. Na razie uczęszczała do szkoły im. Marii Taczanowskiej, gdzie potem, w latach wojny uzyskała konspiracyjną maturę.
Ojciec – Mieczysław Cieszański, geodeta mierniczy przysięgły, był postacią dobrze znaną
w przedwojennym Aninie. Na zlecenie hr. Adama Branickiego w 1934 r. sporządził plan parcelacji terenu na wschód od ówczesnej ul. Królewskiej (dziś M.Kajki) pod budowę nowego Anina. W jego biurze geodezyjnym „Delta” (ściślej: Biurze Mierniczo – Parcelacyjnym) przy ul. Trębackiej 4 opracowano mapę tego projektu. Została ona przekazana przez Oddział Anin TPW autorowi rozdziału Dawny Wawer i opublikowana w książce Wawer i jego osiedla – plansza 18. Biuro „Delta” spłonęło we wrześniu 1939 r., spaliło się też mieszkanie, ale przewidujący ojciec rodziny
„z głową” ulokował pozostałą fortunę w surowce do laboratorium żony. Ta inwestycja zapewniła egzystencję wszystkim przez całą okupację, a po upadku powstania stała się zaczątkiem nowego laboratorium.

NIEMIECKA OKUPACJA
Ślub Janiny Cieszańskiej i Jana Zdanowicza odbył się 17 marca 1942 roku w kościele na Kamionku, przy ul. Grochowskiej, w czasie jednej z ulicznych łapanek. Młoda para dotarła do kościoła tramwajem, z którego szczęśliwie tym razem nie wygarnęli pasażerów. Małżonkowie zamieszkali w drewnianym domu rodziny Zdanowiczów przy ul. IV Poprzecznej w Aninie. Nim przyszła na świat córeczka Krystyna, pani Dzidka dojeżdżała do pracy w laboratorium matki
i wyprawiała się do Pilawy, a stąd na wieś po żywność. Kwitł handel zamienny: za słoninę chętnie przyjmowano pantofle na obcasach itp. Jan Zdanowicz od stycznia 1941 r. brał udział
w konspiracji AK, ukończył w sierpniu 1943 r. tajną podchorążówkę, jako kapral-podchorąży „Dzid”. Czyli Dzid i Dzidka jak Kaj i Kaja?

POWSTANIE WARSZAWSKIE
Udziałem Janiny Zdanowiczowej podczas powstania stała się tułaczka z małą Krysią na ręku
w grupie mieszkańców Anina wysiedlonych z domów i przegnanych na Grochów. Tam, pewnego dnia, tylko ucieczka z pomocą teścia uratowała młodą kobietę przed rozstaniem z dzieckiem
i wywózką na roboty. Po powrocie do Anina, w którym spłonęło kilka domów – w tym rodzinny drewniak – w wyniku ostrzału rakietami typu „Katiusza”, Zdanowiczowie kilkakrotnie zmieniali miejsce zamieszkania. Ostatecznie dostali przydział na dom przy Ukośnej 3, gdzie trzeba było przeprowadzić generalny remont, a przedtem posprzątać po stacjonujących tam poprzednio żołnierzach wojsk radzieckich. Gdy tylko można było dotrzeć do Warszawy, Janina Zdanowiczowa przeprawiła się przez zamarzniętą Wisłę. W piwnicy ocalały firmowe opakowania od kosmetyków i „ugotowane” pod wpływem wysokiej temperatury powstańczej pożogi – lanolina i inne surowce używane w laboratorium. Trzeba było kilkakrotnie przekraczać Wisłę, by znalazły się one
w Aninie.

LABORATORIUM W ANINIE
Laboratorium znalazło lokum, przy ul. Wydawniczej. Surowiec do produkcji kupowano na bazarze Różyckiego, gdzie handlowano towarem, o którego przeznaczeniu sprzedający często nie mieli pojęcia. Z czasem w laboratorium zatrudniono 15 osób. Pani Dzidka prowadziła własny gabinet kosmetyczny – najpierw na Przeskok, potem przy ul. Ukośnej, jednak w latach 50-tych, po domiarach podatkowych, zarówno firmę kosmetyczną, jak i gabinet, trzeba było zlikwidować.

MĄŻ I CÓRKI
Jan Zdanowicz po kapitulacji Powstania Warszawskiego, w którym walczył na Mokotowie,
w pułku „Baszta” - dostał się do niewoli. Gdy Stalag XI-A Altengrabow został wyzwolony przez Amerykanów, zaciągnął się do II Korpusu WP, gdzie służył w Semigalii we Włoszech. W Rzymie przeniósł się do ośrodka akademickiego Korpusu i rozpoczął studia architektoniczne z zamiarem kontynuowania ich w Polsce, do której powrócił w styczniu 1947 roku. Jak wspomina jego rodzina, przywiózł w żołnierskim worku: ciężkie, oprawne tomy z zakresu architektury i historii sztuki oraz czekoladę. Wkrótce podjął studia na wydziale architektury Politechniki Warszawskiej.
Zdanowiczowie mieli już jedną córkę, teraz przyszły na świat: Maria, która zmarła w wieku sześciu miesięcy, Anna i Teresa.

PRACA ZAWODOWA
Janina Zdanowiczowa podejmowała się kolejno różnych zajęć równolegle z prowadzeniem domu. Odpowiadała za poradnictwo kosmetyczne w redakcji Kobieta i życie, przez 15 lat była zatrudniona przez Polskie Towarzystwo Ekonomiki Gospodarstwa Domowego, pisała do Biuletynu EKODOM.
Prowadziła szkolenia kosmetyczne z całej Polski, jako inspektor do spraw higieny i kosmetyki wizytowała gabinety kosmetyczne i ośrodki masażu etc.
Dbała o spokój męża – zdolnego architekta, autora ponad stu zrealizowanych w kraju i zagranicą obiektów. Jan Zdanowicz wygrał również w konkursie na projekt naszego kościoła w Aninie,
o czym zdecydowała warszawska kuria. Zarzucono ten projekt (na rzecz zaprojektowanego przez Zygmunta Stępińskiego) pewnie, dlatego, że kościół wg projektu Zdanowicza miał pozostać drewniany...

OSTATNIE LATA
Jan i Janina nie obchodzili hucznie swoich złotych godów, które miały miejsce w 1992 roku. 3 lata później w bardzo upalny dzień, śmierć zabrała Jana. Jego aktywności zawodowej do ostatnich chwil towarzyszyła druga pasja – tenis. Uprawiał go na kortach CWKS Legia w Warszawie, był tam prezesem Koła Seniorów. Pani Janina od lat szkolnych pasjonowała się rysunkiem i sztuką – parę lat temu zaczęła „grę w kolory”. Córka podarowała mamie pastele, w tej technice czuje się najlepiej. Byliśmy świadkami otwarcia pierwszej wystawy prac pani Zdanowiczowej – dochód
z ich sprzedaży zasili Hospicjum Domowe, które otacza wszechstronną nieodpłatną opieką zwłaszcza chorych w ostatnim stadium choroby nowotworowej. Pani Janina martwi się, czy zdąży podołać wykonaniu w umówionym terminie prac, zamówionych na wernisażu.

Na fotografii autorka wystawy „Cytaty malarskie” Janina Zdanowicz (przy mikrofonie) przeznaczyła cały dochód ze sprzedanych obrazów na Hospicjum Domowe Księży Marianów.
____________

Artykuł opublikowany na stronie dziesiątej 63 numeru pisma Między Nami Aninianinami
z listopada 2007 roku.