3 kwietnia 2008

Styczeń Luty 2008




____________________________



_________________________________

Anna Francman

WNĘTRZE

W letniej szacie dom jest ukryty w zieleni. Te okna na górze, to mieszkanie Jerzego Zaruby. Byłam tam zaledwie kilka razy. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie wielki, jak mi się wtedy wydawało, kominek. W pokoju było pełno wszystkiego; był półmrok, kuchni jakoś zupełnie nie pamiętam, natomiast z boku była ciągnąca się wzdłuż całego domu wąska i też ciemna spiżarnia.

Częściej widywałam artystę u nas w domu. Jego wizyty były rytuałem. Przywoził często pieczarki, zasiadał na fotelu, długie godziny rozmawiali z mamą o sztuce, z tatą o samochodach, oglądali telewizję, sączyli zacną herbatę, której był znawcą. Kiedyś dostałam od niego lalkę pacynkę, nazywała się Petronela, miała czerwoną sukienkę w czarne grochy, rudy koński ogon z karbowanej włóczki i nosek z węzełka. Mam w pamiętniku z lat 60-tych wyblakły już, wzruszający rysunek Jerzego Zaruby z podpisem kochanej Ani od wujcia Jurka-Zaruba-58 r. Na rysunku Św. Mikołaj i Dziadek Mróz z pięcioramienną gwiazdą przy czapie, zgodnie niosą choinkę.

Tata zawsze pomagał sąsiadom, reperował telewizory i co tylko się im popsuło. Ostatni raz, gdy Zaruba był ciężko chory, pojechaliśmy do niego. Tata reperował mu radio.





Ewa Borkowska-Domańska
(prawie aninianka)

PAMIĘTAM GO

Pamiętam Go. Starszego Pana, przyjeżdżającego codziennie wieczorem do Alicji i Wieśka Francmanów, u których spędzaliśmy wakacje. Wtaczał się do góry stromymi schodami i zasiadał w "swoim" fotelu tuż przy kominku. (Do dziś nazywamy go fotelem Zaruby). Fotel był niski, z drewnianymi poręczami. Sypiał na nim Bakun - wilczur, który na widok Jerzego zawsze schodził
z fotela, ustępując go gościowi. Zaruba siadał, wyciągał fajkę, ale dziwne, bo nie pamiętam zapachu amfory, a przecież pamiętam wszystkie zapachy dzieciństwa, w tym zwłaszcza zapachy Anina. Czyżby więc pan Zaruba nie palił fajki, tylko trzymał ją w ustach?
Trzeba by zapytać
Alicję.

Wyciągnąwszy fajkę, wyciągał też małą piersióweczkę z jakimś trunkiem. Z jakim? Nie mnie wiedzieć. Miałam w końcu zaledwie 8 lat i nie był to wiek, w którym interesowały mnie trunki.
Któregoś dnia pan Zaruba nie przyjechał. Okazało się potem, że złamał nogę i to na dodatek przez pomyłkę, a konkretnie - przez pomyłkę telefoniczną.
Późno w nocy obudził go telefon. Wstał zaspany i nie zauważywszy jakichś kabli, przewrócił się. Poczuł ostry ból, ale nie zważając nań doczołgał się do telefonu, odebrał go, żeby dowiedzieć się, że to pomyłka, ktoś źle wykręcił numer.

Przez jakiś czas Zaruba nie przyjeżdżał do Francmanów. Brakowało go nam. Tylko Bakun wydawał się być zadowolony. Mógł wieczorami wylegiwać się na fotelu, nie musiał go ustępować panu Zarubie.

A potem, po zdjęciu gipsu, zaczęła się rechabilitacja. Lekarz zalecił masaż wodny. Wiesiek stwierdził, że najlepszy masaż, to masaż w popularnej pralce wirowej, Frani. Pan Zaruba przychodził więc, siadał na wysokim stołku, nogę wsadzał do pralki, włączało się ją, pralka ruszała, zaczynał się leczniczy masaż wodny. Dozór techniczny sprawował Wiesiek i mój tata - inżynier elektryk. Tymczasem Alicja z moją mamą przygotowywały coś do zjedzenia.
Po masażu, zwłaszcza wodnym, zawsze przecież zaostrza się apetyt.

_____________________________________

Alicja Francman

MÓJ ANIN




Oczywiście, że Anin jest mój "jeszcze sosnowy i brzozowy". Czasem trzeba na niego ponarzekać, zawsze kochać. Ponieważ ogłoszono w naszym piśmie, że ten rok jest Anińskim Rokiem Zaruby, przedstawiam Anin w suchorycie, który on lubił.




Podarowałam go Zarubie z okazji pewnych zamierzchłych imienin. Podpisałam "Najmilszemu z Jerzych-Anin i Alicja". Zaruba zawiesił sobie tę grafikę nad swoim biurkiem i przetrwała tam całe lata.





Mój mąż zrobił kiedyś zabawne zdjęcie z kameralnego spotkania u Zaruby. Na pierwszym planie miły, jedzeniowy bałagan: na drewnianym stole filiżanki, saska patera z owocami, cynowe talerze i raki. Ja jestem uśmiechnięta i skupiona na smakowitym dłubaniu, szeroko roześmiany Zaruba prawą dłonią obejmuje mnie serdecznie, a w uniesionej- lewej demonstruje wielkiego raka trzymanego za szczypce. W tle kwiaty, biurko z pędzlami i rządkiem słoiczków temper, a nad biurkiem - moja anińska grafika, którą widać na zamieszczonym zdjęciu. (red.: Niestety, mało wyraźne, ale jest jej reprodukcja).

Od czasu do czasu, kiedy Zarubie spiętrzały się propozycje zawodowe, miałam okazję trochę zarobić, pomagając mu w pracy. Wyglądało to mniej więcej tak: telefon-masz czas? Słuchaj, jest mi potrzebna ropucha, sieczkarnia i pchła. Poszperaj w encyklopediach, narysuj w różnych ujęciach (DUŻE!) i przywieź. Jak najprędzej!

Zaruba miał wspaniałą, lekką kreskę. Jego "machnięte"rysunki jakby powstawały same, ale widziałam, że jeśli zdarzyło się, że jakiś drobny fragment nie podobał mu się, to rysował go wielokrotnie, po czym urządzał swoisty konkurs prac; po dłuższym zastanowieniu wybierał najlepszą wersję. Często za jego lekkimi rysunkami kryła się bardzo ciężka praca.

______________________________________________

Antoni Wiweger

PIERWSZY ANINIANIN
JERZY ZARUBA


Jerzy Zaruba nie był pierwszym, ani jednym z pierwszych mieszkańców Anian, ale nikt przed nim nie został w równie uroczysty sposób nazwany "aninianinem". A było to tak. Jest rok 1953, rok wielkich odejść. W marcu umarł Stalin. Jest kwiecień, Jerzy Zaruba obchodzi w Aninie swoje imieniny w gronie przyjaciół. Nikt nie przeczuwał, że znakomici przyjaciele Jerzego, Gałczyński i Tuwim, mają przed sobą już tylko kilka miesięcy życia. Tuwim daje Zarubie napisany specjalnie dla solenizanta i jemu dedykowany wiersz Lament Aniński, będący pod pozorem utyskiwań poety na płeć piękną wirtuozowską zabawą z wyrazem "Anin". Warto zacytować fragment tego wiersza:

O, nie pytaj, czemu męczę się w Aninie!...
Ani dawniej nie znosiłem,
ani ninie
Znieść nie mogę kakofonii. ...
................................................
Ani nikt mnie nie rozumie, ani mnie nie
Wytłumaczy, że to przejdzie, że to minie:
Tych babsztylów wieczny najazd i lafirynd
I ten dźwięków dziki chaos i labirynt
Ani starzy aninianie, ani nowi,
Ani ty, mój Jerzy, wierny Aninowi

Niech ta skarga pozostanie między nami,
Między nami, aninianinami:
Nie mów o niej ani Mani, ani niani,
Ani mamie, ani Ninie, ani Ani,
Ani innym, czy to paniom, czy
to panom,
Przede wszystkim- ani słowa aninianinanom,
Bo obrazić się na Lament mój gotowi...
Aninianin aninianinowi.

Szkoda, że w wydane przez PIW w roku 2003 książce: Juliana Tuwima, Nowy wybór poezji zacytowany tu wiersz uległ drobnej, ale istotnej modyfikacji. W linijce 4. od końca zamiast "paniom, czy to pannom" czytamy "panom, czy to paniom", a w linijce 3. od końca zamiast "aniniannom" jest "aninianom". W ten sposób uległa zakłóceniu wewnętrzna logika wiersza
i wyeliminowany został zabawny, tuwimoski neologizm "aninianna", znaczy tyle, co "panna z Anina".

Budzący czasem kontrowersje i kłopotliwy w wymowie tytuł naszego pisma jest właśnie cytatem z tego wiersza.

W życiorysie Pierwszego Aninianina są pewne dane niepewne. Niepewne zdaje się być jego miejsce urodzenia. Encyklopedie podają, że Jerzy Zaruba, karykaturzysta, rysownik, malarz i scenograf, urodził się 17 lipca 1891 roku w Radomiu. Jego wspomnienia Z pamiętników bywalca (1958) milczą na ten temat, ale sugerują, że dzieciństwo spędził w rodzinnym domu gdzieś na Podolu. Więc skąd Radom? W czasach, gdy spisywał te wspomnienia, nie było mile widziane, ani nawet bezpieczne, publicznie przyznawać się
do tego, że się jest potomkiem szlachty kresowej. Do roku 1910 uczył się w Kijowie, tam ukończył szkołę średnią, a w latach 1908 - 1910 uczęszczał do kijowskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Następnie studiował przez dwa lata w Warszawie w Szkole Sztuk Pięknych u Stanisława Lenza. W latach 1912-1915 przebywał w Paryżu, gdzie wystawiał z grupą Młoda Sztuka i warszawską Grupą Formistów. Gdy Europę ogarnęła pierwsza wojna światowa przedostał się do rodziny na Ukrainę, skąd powrócił do Warszawy w roku 1919. Uprawiał malarstwo, grafikę, rysunek satyryczny, karykaturę polityczną i obyczajową, scenografię i twórczość literacką. Współpracował z wieloma pismami, wykonywał ilustrację do książek i czasopism, projektował kukiełki do szopek politycznych, jako scenograf współpracował
z teatrami Ateneum i Małe Qui Pro Quo. W roku 1930 zamieszkał w podwarszawskim Aninie, gdzie z pewnymi przerwami przebywał aż do śmierci.


Mimo licznych zajęć nie żałował czasu dla Anina - jego dekoracje zdobiły salę anińskiego Kasyna. Chociaż byłem wtedy ośmioletnim dzieckiem, dobrze pamiętam jego karykatury umieszczane za ścianach sali tuż przed wybuchem wojny. Moją uwagę młodocianego entuzjasty lotnictwa przykuwał duży wizerunek nieprzyjacielskiego samolotu, który na skrzydłach miał wymalowane... czerwone gwiazdy.

Żoną Jerzego Zaruby była Szkotka, Flora MacPherson, uwieczniona w wierszu Gałczyńskiego jako : "szkocka kuzynka Flora". Na kilka tygodni przed wybuchem drugiej wojny wobec pogarszających się stosunków międzynarodowych wyjechała do rodziny do Londynu. Do Polski nigdy nie powróciła. Zaruba pozostał w kraju. Małżonkowie rozdzieleni wojną utrzymywali żywy kontakt korespondencyjny, również
przez krótki okres po wojnie, ale ostatecznie, po wizycie Zaruby w Anglii, małżeństwo rozpadło się.

Zaruba nie był wielbicielem PRL, ale zdaniem wielu wykazywał przesadny konformizm w stosunku do władzy ludowej. Wszystko wskazuje na to, że tego samego zdania była jego szkocka żona Flora. Był postacią niejednoznaczną, ale lubianą przez wszystkich, którzy go znali. Tworzył bardzo ostre karykatury polityczne, a jednocześnie czytywał Chestertona. Kiedyś zachęcił mnie do przeczytania książki
Chestertona o świętym Tomaszu z Akwinu. Książkę tę mam do dziś w mojej bibliotece.

Jerzy Zaruba umarł 11 stycznia 1971 roku i został pochowany na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

_______________________________________

Jadwiga Teresa Szymczak

POMOST CZYLI ANINIANIE U "BYWALCA"


W żadnej ze znanych mi książek Anin nie jest opisany z taką czułością, jak w "Pamiętniku bywalca".
Tam Anin pojawia się już na pierwszej stronie. W
Zamiast przedmowy określone jest
miejsce, w którym książka powstała: Anin w czerwcu 1957 roku.
Nie sposób wyliczyć wszystkich stronic, na których Zaruba wspomina ten ukochany Anin. Swoim anińskim przyjaciołom, Gałczyńskiemu i Tuwimowi, poświęca osobne rozdziały. Warto przytoczyć fragment, dotyczący jego pierwszego tu pobytu. Był to rok 1928:

Zacząłem kwękać. Do objawów przepracowania dołączyło się uczucie nudy i zdegustowania życiem wielkomiejskim. Doszło do tego, że zacząłem się ukrywać przed "kompanami" aż
w Aninie. Parodniowa
na początku wizyta moja w miejscowym pensjonacie pani Rudzińskiej przedłużyła się. Zasmakowała mi tutejsza kuchnia i uwiodły zapachy leśne. No i cisza. W jesieni roku 1930 przeniosłem się na stale do Anina. Wynająłem pokój w typowym "drewniaku"
i zacząłem się powoli zagospodarowywać.

W rok później przeniosłem się na piętro tej willi, gdzie miałem już dwie werandy, kominek, psa
i klucz do lasu. Najładniejsza część lasu była wtedy jeszcze nietknięta, dziewicza, zagrodzona
i na kłódkę zamknięta.


Wydaje się, że to Zaruba pierwszy odkrył uroki anińskich nocy, o których poemat napisze Gałczyński. Bo oto, co pan Jerzy pisze w Wiadomościach Literackich w 1934 r.:

Rzecz prosta, że gdy się mieszka w otoczonym sosnami drewniaku, ma się wspaniałe (weekendowe, że tak powiem) powietrze na co dzień, a co wieczór widzi się na własne oczy, jak oszołomiona ciszą
i zapachami powstaje ogromna noc, miasto wydaje się zwariowanym, wrzaskliwym i cuchnącym "pociejowem"
[...].

Na łamach książki pojawiają się osoby i nazwiska obecnych mieszkańców, ich przyjaciół, a nawet - członków redakcji MNA. Bo kim jest młoda, zdolna malarka, Alicja F ?. Opisał Zaruba dowcip, jaki z okazji jubileuszu zrobiła mu m.in. "nasza" pani Alicja Francman. Były to śmieszne depesze od ważnych osobistości.

Cytując w książce treść tych depesz, pisze Zaruba:
Choć paski z aparatu telegraficznego były naklejone przepisowo na blankietach ozdobnych Poczty Polskiej, jasne było, że były fałszowane. Podejrzewałem nawet Eryka Lipińskiego. Okazało się,że autorem ich była młoda, zdolna malarka, żona mojego sąsiada anińskiego, Alicja F.

Wspomina tez słynną restaurację, należącą do ojca naszego redakcyjnego kolegi, Antoniego Wiwegera.

Przed jakimś miesiącem od opisywanego wypadku patrol żandarmerii przy Gocławku zatrzymał motocykl i pod zarzutem przekroczenia przepisów kazał inżynierowi jechać ze sobą do komendy ruchu. Inżynier J., nie tracąc animuszu, zapytał:
- Do komendy? A co tam będziemy robić? Jedźmy lepiej do Wiwegera.
-
A kto to jest Wiweger? I co tam będziemy robić? - zapytali z ciekawością szkopy.
- Wiweger - to jest doskonała knajpa w Wawrze, a robić nie będziemy nic poza piciem sznapsa i jedzeniem dobrych zakąsek.
A o ojcu autora recenzji w naszym MNA, Zbigniewie Mitznerze, pisze Zaruba:
Przyjaciel mój, były redaktor Szpilek i znakomity publicysta Zbigniew Mitzner, pisząc wstęp do wydanego po długich a ciężkich cierpieniach przez WAG złego albumu moich złych karykatur; cytuje - zmieniony zresztą nieco przez niego - fragment mojego felietonu drukowanego w swoim czasie w "Wiadomościach Literackich", podając w skrócie motywy mojej przedwojennej ucieczki z warszawy do Anina: Na próżno Syrena mrugała na mnie z daleka swymi reklamami... Dostałem miastowstrętu... (i później) traktowałem stolicę jako teren łowiecki i panopticum zarazem. Objeżdżałem redakcję, zawoziłem rysunki, inkasowałem honoraria i ... tyle mnie widziano. Było to zresztą tak blisko. Warszawa leżała na peryferiach Anina...

W taki oto sposób nasz "niecodziennik" przerzuca pomost między dawnymi a nowymi czasy.


_________________________________________

Maria Chodorek

NASZA KLASA


Portal Nasza-klasa staje się coraz bardziej popularny i budzi duże emocje... To nasunęło mi pomysł napisania o "mojej" klasie.
Już wiele absolwentek i absolwentów anińskiej SP nr. 218 oraz XXVI LO „Kuby” zarejestrowało się w portalu i nawiązało kontakty klasowe i pozaklasowe. Zamieszczane w portalu fotografie inspirują do spekulacji: czy „x” prezentują własną rezydencję i gromadkę dzieci? Czy „y” mógł stać się Harley'owcem? Czy „z-ka” słusznie czyni podając namiary na firmę kosmetyczną, którą założył? Ale to tylko margines tej arcyciekawej korespondencji! Największą radość sprawia kompletowanie listy obecności – odnajdywanie się czasem bardzo daleko, a czasem bardzo blisko. Nie należą do rzadkości przypadki, że dawne przyjaciółki albo bliscy koledzy, którzy od lat nie mieli ze sobą kontaktu, mieszkają w Anglii, Kalifornii czy Kanadzie "o rzut beretem" od siebie... Tematy forum tak klasowego, jak i szkolnego są na ogół swojskie i dotyczą np. Górki Delmacha, Kukułki albo lubianych i nielubianych nauczycieli.
Z nauczycieli XXVI LO odezwali się dotąd-np chemiczka Joanna Skarbek, łacinnik Józef Tur, matematyk Eugeniusz Kucewicz (Genio).

Na żywo

Pozostawiam temat portalu osobom bardziej kompetentnym, ponieważ moja klasa kontaktuje się najczęściej "na żywo". To klasa, z którą zdawałam egzamin dojrzałości w Państwowej Szkole Ogólnokształcącej stopnia licealnego w Aninie, mieszczącej się wówczas w pałacyku Więcka. W skutek reformy szkolnictwa, w dwunastym roku nauki nagle znaleźliśmy się w klasie jedenastej. Jej wychowawcą został Wacław Krauze, dyrektor w szkole od sierpnia 1950 r. Maturę – w mojej XIA, uczącej się już „tylko” jedenaście lat, egzaminy pomyślnie złożyło 18 osób. Świadectwa wręczono nam 26 maja 1956 roku; na wyższe uczelnie – od Politechniki Warszawskiej, Uniwersytetu, Akademii Medycznej po SGGW – dostali się wszyscy absolwenci XIA. Nasze drogi rozeszły się.

Po raz pierwszy „gremialnie” skrzyknęliśmy się w 1956 r., 5 lat od daty naszej matury. Rok był burzliwy i brzemienny w skutki polityczne. Część naszej klasy zmieniła kierunek studiów, ktoś opuścił uczelnię – poszedł do pracy. Zaczęliśmy zakładać rodziny.

Uroczysty, pełny zjazd dla klas „A” i”B” zorganizował w 20 rocznicę matury Jędrzej Kowalski. Spotkanie rozpoczęło się w domu Więcka i stąd pochodzą obie prezentowane fotografie (czarno białe). Są na nich nasze nauczycielki: Henryka Markiewiczowa, Łucja Dryżałowska i Halina Szalewicz. Po „oficjalnych” spotkaniach przenieśliśmy się na Stare Miasto do Rycerskiej, gdzie bawiliśmy się fetując spotkanie do rana...

Jubileusz

Na jubileusz 55-lecia szkoły średniej w Aninie, obchodzonym w XXVI LO zjawiła się garstka osób z mojej klasy. Na kolorowym zdjęciu z maja 2000 r. jest nas dziesięcioro. W tek grupie większość stanowią inżynierowie (5), w tym dwóch z tytułem naukowym profesora zwyczajnego w dziedzinie chemii. Pozostali to absolwenci wydziałów budownictwa lądowego i elektryczności. Jest geograf
i chemik z wykształceniem uniwersyteckim. Wśród lekarzy medycyny znajduje się ortopeda traumatolog z tytułem profesora zwyczajnego nauk medycznych, lekarz specjalista
z zakresu okulistyki oraz epidemiolog znany ze zwalczania chorób wirusowych w Indiach i „rogu” Afryki.
Absolwentkami tej klasy są również lekarz weterynarii oraz biolog – wychowawczyni
i nauczycielka młodzieży uczęszczającej do XXVI LO.
W 2001 r. obchodziliśmy 50-lecie naszej matury – w zjeździe wzięło udział 25 osób (z obu klas).
Jak będzie z 60-tą rocznicą?


__________________________________




ANIŃSKI ROK JERZEGO ZARUBY.

Nie jest to żaden jubileusz Jerzego Zaruby, żadna "równa" rocznica; 117 lat minęło od jego urodzin, 37 - od roku jego śmierci.

Uczciliśmy pamiątkowymi tablicami pamięć tych wielkich poetów, których on do Anina zachęcił, więc chcemy uczcić pamięć o człowieku, który Anin przez to wprowadził do polskiej literatury
i Aninowi był najwierniejszy.

Dwie są ważne przyczyny, że to właśnie rok 2008: dom, w którym mieszkał Jerzy Zaruba, może wkrótce przestanie istnieć w dawnym kształcie, a "Iskry" w 2007 r. wznowiły Jego książkę
"Z pamiętnika Bywalca".

Chcemy ocalić ślady, wspomnienia, dokumenty.
Prosimy o współpracę z biblioteką, z redakcją.

Oddział Anin TPW

_________________________________________


O NOWYM / STARYM MNA.

Ale nas obgadują! Cieszymy się, bowiem - jak to powiadają, nie ważne, dobrze, czy źle, ważne, że mówią.
Niektórych nowy numer "niecodziennika" wprawił w stan smutku, wręcz melancholii: za mało w nim młodości, nowych trendów, świeżości, za mało światłych przemyśleń. Innych zdenerwowała monotematyczność (za dużo o bibliotece, czytaniu, poezji). Nie podobał się niektórym "obcy" styl numeru: zdecydowanie woleli dawny, zgrzebny, szary niecodziennik, bardziej swojski, bardziej aniński. Zastanowiło nas to: dlaczego szary i zgrzebny - skoro Anin jest taki zielony, a kiedy rozkwitną ogrody - taki kolorowy!

Większość jednak naszych wiernych czytelników zmianę powitała z radością, czemu dawali wyraz w telefonach i - prośbach o dodatkowe numery dla przyjaciół. Odezwali się też Aninianie rozproszeni po świecie - z Kanady, z Anglii, ze Stanów. Cieszyli się, że Anin buduje nie tylko nowe rezydencje, ale i bibliotekę, i obiekty sportowe, że grupa przyjaciół przez złośliwych nazwana kółkiem wzajemnej adoracji stara się podtrzymać tradycje "kulturalnego Anina".

Otrzymaliśmy też miły telefon od kogoś, kto w audycji Polskiego Radia usłyszał wypowiedź:
Wpadło w nasze ręce urokliwe pismo anińskie, którego tytułu jednak nie próbuję nawet wymówić.
Oczywiste! Nawet nam, przywykłym do niego, trudno go wyartykułować bez potknięcia. Cóż, winien temu Tuwim.

Dziękujemy tym wszystkim, którzy potrudzili się, żeby przekazać nam krytyczne uwagi.
Może uczynią one nasze pismo lepszym?

Redakcja