15 listopada 2008

MNA wrzesień 2008

Zapraszamy na uroczyste otwarcie Galerii na Trawiastej
Sobota 22.11.2008 godz. 14.00 Warszawa Anin ul. Trawiasta 10
Zaczynamy wernisażem wystawy karykatur Jerzego Zaruby.

__________________



Całe pismo do czytania lub pobrania w pdf Kliknij Tu

MÓJ ANIN
Dariusz Osiński
Anin przez szosę

Nie mieszkałem w Aninie, ale w latach mojego dzieciństwa raczkowało się po piaskach marysińskich w jego stronę, bo tam cień, bo tam zapach sosen...
Kino Wrzos „Zaczarowany ołówek”, „Koziołek matołek”, rozchichotani rówieśnicy i rodzice, którzy porankiem w kinie podkreślali dzień świąteczny. Dwa kilometry... co to za odległość w czasach, kiedy do tramwajowej pętli na Gocławku pokonywało się (na rękach rodziców) chyba pięć.
Ociec kupił pierwszy samochód Opel Olimpia rocznik 43 z przytwierdzoną na stałe odznaką niemieckiego spadochroniarza na desce rozdzielczej. Pierwsze testowe jazdy odbywaliśmy właśnie uliczkami Anina. Z tamtych jazd pamiętam dom (chyba na Trawiastej) z czerwoną tabliczką „Sołtys” i moje zdziwienie, że tu u nas, w Warszawie, jest Sołtys.
Ten pierwszy w rodzinie samochód był taki sam, jak samochód Mistrza Zaruby. Pamiętam okazjonalne dyskusje na temat wyższości świetnej, niemieckiej marki, nad furmanką. Nawet kiedyś doszło do rywalizacji na kostce bazaltowej traktu brzeskiego pomiędzy kierowcą z Anina i kierowcą z Marysina, obaj ze stajni Opel Olimpia. Kto wygrał, nie pamiętam, ale przypuszczam, że rozsądek.
Te auta miały bagażnik otwierany od środka przez położenie oparcia i w związku z tym my, dzieciaki, robiliśmy z nudów dowcipy przechodniom raz chowając się do bagażnika, a raz elegancko i ostentacyjnie siedząc na tylnym siedzeniu.
Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że w momencie sprzedaży tego pierwszego samochodu jako jeden z klientów pojawił się u nas właśnie Zaruba. Kazał sobie samochód wprowadzić na kanał i z chirurgiczną dokładnością, uzbrojony w gwóźdź, udowadniał kruchość przeżartego rdzą podwozia, tym samym schodząc z ceną prawie do zera. Nie kupił, ale pokrytykował.
Mam to szczęście, że mieszkam całe życie w jednym miejscu. Nawet urodziłem się w domu, w którym mnie odbierała położna, mieszkająca przy tej samej ulicy, czyli przy dawnej Armii Czerwonej.
Przedszkole i podstawówkę zaliczyłem oczywiście u Sióstr Felicjanek, z tą małą poprawką, że w czasie wakacji, między 2 a 3 klasą, szkołę naszą upaństwowili i z elitarnej stała się ona rejonową.
W tamtych czasach krążyły opowieści, kto to do szkoły zakonnic nie chodził! Zapamiętałem jedną, o „hrabiance” Tyszkiewiczównie... Modne wtedy były lusterka ze zdjęciami aktorek i oczywiście zdjęcie młodziutkiej aktorki Tyszkiewiczówny musiało się stać ilustracją do tej opowieści. Dopiero w tym roku dowiedziałem się, ze „hrabianką” u Sióstr Felicjanek była moja późniejsza wychowawczyni z anińskiego liceum, pani Maria Chodorek z domu Tyszkiewicz.
W moich latach szkolnych XXVI LO twardą ręką rządził dyrektor Krauze, o którym krążyły mrożące krew w żyłach historie. Czuło się respekt. Po latach, tuż przed jego śmiercią w pewien sposób zaprzyjaźniłem się z Panem Dyrektorem i okazał się on niesamowicie przyjaznym człowiekiem.
Kiedyś do szkoły przyszedł sam premier Jaroszewicz. Uciekł mu ukochany wilczur i prosił wszystkich o pomoc w znalezieniu go. Każdego ranka Jaroszewicz ruszał z Anina do pracy, a ja z bratem na motorze MZ podczepialiśmy się do jego dworu i tym samym pokonywaliśmy szybko i bezkolizyjnie 10 km dzielące nas od centrum miasta. Któregoś poranka z anińskimi przyjaciółmi, Kasią i Tomkiem Kowalskimi, umówiłem się na ulicy Kajki przy Bronisława Czecha. Jechali oni dużym fordem consulem. Zobaczyli mnie z daleka i mrugnęli światłami. Ryk motorów, syreny policyjne, na skrzyżowaniu zawierucha niesamowita. Koledzy podjechali, ja wsiadłem i dopiero po chwili dotarło do nas, że jedziemy w rządowej eskorcie, bo mrugnięcie najwyraźniej było sygnałem, używanym przez premiera...
Na Osiedlu IBJ mieszkało sporo osób z mojej klasy. Kiedy niedawno byłem w jego centrum, zauważyłem, że zwyczaj chadzania na przerwie do sklepu, pozostał.
Tutejsze lasy były naszym naturalnym sprzymierzeńcem w momentach autorskich dni wolnych czyli wagarów. Wsiadałem do autobusu na ulicy Czecha przy Trawiastej. Tam, tuż przed dzisiejszą kładką rósł rozwidlony klon. W tym rozwidleniu kolega z osiedla przy Marysińskiej w zależności od humoru, pogody czy ostrożności przetrzymywał teczkę z książkami albo z kocem i piłką, oczekując na kumpli z Marysina. Każdy miał prawo wyboru, ale w ciepłe dni siedzieć w sztywnej szkole, to przecież przesada...
Wagarowaliśmy najchętniej w okolicach górki Delmaka, ale czasami do marysińskiego rezerwatu też nas zagnało.
Przy kinie Wrzos był kiosk; sprzedawano tam papierosy na sztuki. No nie był to towar dla nauczycieli...
Przy ulicy Kajki, na górce, była kawiarenka. Starszych wagarowiczów można było tam spotkać radujących się kuflem piwa. Miejsce było pod względem „migania się od szkoły” - niebezpieczne. Pamiętam naloty pedagogów z panem Kucewiczem na czele. Ja tam „tylko czytałem książkę”, ale jak to wytłumaczyć, że akurat w godzinach szkolnych?
Boisko XXVI LO też było swoistym centrum szczególnie w czasie meczów nauczycieli z uczniami, kiedy to nawet brutalnie faulowany gracz drużyny ”słabszej” nie mógł dochodzić swoich racji, bo mu się to po prostu w ogólnym bilansie nie opłaciło...
Bywałem też czasami w drewnianym kościółku przy Rzeźbiarskiej. W porównaniu z naszym, wawerskim, był on bardzo przytulny i kameralny. Szczególną atrakcją niedzielnych mszy były oczywiście piękności z naszego LO, za którymi ciągnęło się wzrokiem aż do bólu.
W czasach mojej nauki w szkole średniej rozpoczęto budowę nietypowego domu (UFO). Budowa z różnych powodów była zatrzymywana, a my korzystaliśmy z gościny miejsca i przez dziurę w siatce schodziliśmy się na obrady „okrągłego stołu” pod półkulistym, betonowym zjawiskiem.
Co to jeszcze „łączy” nasze osiedla? Oczywiście autobusy 115 i F oraz pociąg.
Stacja Wawer przecież jest w Aninie. Zaraz o krok od niej była biblioteka, do której chodziłem ze starszym rodzeństwem w poszukiwaniu lektur. Czyli nawet lektury całe życie czerpałem z Anina.
Zimą wracając pieszo ze szkoły lubiliśmy wstępować do baru Pyzińskiej przy IV Poprzecznej. Nie pijałem wtedy piwa, ale nauczyłem się tam jeść na rozgrzewkę pyszne mocno przyprawiane flaki. Któregoś razu latem przemierzając Anin w celach pozaszkolnych, ale oczywiście w godzinach lekcyjnych, zobaczyłem Mistrza Zarubę na balkonie. W naciągniętym na piżamę garniturze krzątał się z konewką wśród kwiatków. Jakoś nie pasował mi ten obraz wyluzowanego człowieka do artysty przedstawianego w szkole. Cóż, prywatne życie to prywatne życie.
W Aninie przy Marysińskiej u kolegi w piwnicy składaliśmy nasz wspólny nabytek, motocykl Harley Indiana 500. Wypatrzyliśmy ten pojazd w ogłoszeniu prasowym i udało nam się go kupić za 500 złotych z koszem i pilotką. To było coś pięknego. Żeby obniżyć koszty remontu wracaliśmy ze szkoły pieszo wypatrując zgubionych śrub, ale wszystkie znajdowane były oczywiście metryczne
a nasze cacko było przecież calowe... Dbałem wtedy o linię z premedytacją, bo pieniądze otrzymywane od rodziców na obiady szkolne oczywiście szły w motor. Cierpiała na tym lodówka kolegi, no bo przecież u niego był nasz garaż. Cierpieli też mieszkańcy bloku osiedla przy Marysińskiej... Kilka razy, dobrze po północy szczęśliwi, że udało nam się silnik złożyć, uruchamialiśmy te nasze szczęście i to bez tłumika. Trzęsący się budynek musiał robić wrażenie na budzących się mieszkańcach.... Przyszedł dzień próby generalnej. Czterech nas zasiadło na tym dwukołowym monstrum i na jedynym biegu z szybkością marszu mknęliśmy dumnie pod górkę za szkołą przy I Poprzecznej.
Przez cały ogólniak trzymaliśmy się paczką czterech; dwóch z Anina, dwóch z Marysina.
Po LO trafiłem jako poborowy do Marynarki Wojennej. Do samej Ustki odprowadził mnie kolega z Marysińskiej. Po wojsku razem zwiedzaliśmy Kaszuby, bo ja tam zaraziłem się ceramiką od wielopokoleniowego garncarza Ryśka Necla z Chmielna.
Smutne lata osiemdziesiąte rzuciły kolegę z IBJ, Piotra Konecznego, do Londynu, kolegę z Marysińskiej, Andrzeja Rożkiewicza, do Australii, kolegę z Marysina, Kazika Nazarewicza, na Marymont i tylko ja zostałem wśród zmieniających się krajobrazów anińsko marysińskich.

Nowe czasy przyniosły sporo zmian. Z optymizmem obserwuję co też się przy naszym moskiewskim trakcie dzieje. Czasami córki z żoną wyciągają mnie na rowerową wycieczkę po Aninie żeby pobyć chwilę w charakterystycznym klimacie. Jadę bardzo chętnie bo ja przecież Anin znam, bo ja stąd jestem.

_______________________________


Antoni Wiweger
Stary zeszyt i zarubiańskie reminiscencje.

Wspaniały prezent sprawiło aninianom wydawnictwo „Iskry" wznawiając po latach książkę Jerzego Zaruby „Z pamiętników bywalca". Czytelnicy nie pozostali wobec niej obojętni wyrażając bardzo różne opinie. Jedni cenią jej pogodny humor i umiejętność autora wynajdywania zabawnych elementów nawet w sytuacjach bardzo smutnych, inni starają się wykryć między wierszami książki dowody podejrzanej przeszłości autora, który z niejasnych rzekomo powodów wstąpił do utworzonego przez Stalina tzw. ludowego wojska polskiego.
Moim zdaniem snucie takich przypuszczeń jest zupełnie nieuzasadnione i wypływa z nieznajomości realiów tamtego okresu i pomylenia kolejności ważnych historycznych wydarzeń.
Do zabrania głosu w tej sprawie upoważnia mnie fakt, że przeżycia Zaruby opisane na kilku końcowych stronicach rozdziału jego książki zatytułowanego „Okupacja" były równocześnie moimi przeżyciami. Tak się dziw
nie złożyło, że podczas działań wojennych na terenie Wawra, Anina i Pragi w lipcu, sierpniu i wrześniu 1944 r znajdowałem się w tym samym czasie w tych samych miejscach, co Zaruba.
Podrozdział książki Zaruby zatytułowany trochę krotochwilnie „Jak zostałem Murzynem" opisuje fakty dobrze mi znane, których byłem świadkiem i współuczestnikiem i do których wracam pamięcią niechętnie jak do straszliwego okrutnego snu. Relacja Zaruby odznacza się wielką precyzją i rzetelnością, choć zgodnie z koncepcją książki pozostawia w cieniu fakty drastyczne
i wstrząsające. Opisując swój pobyt w piwnicach bloków przy ulicy Podskarbińskiej w czasie szturmu Pragi przez wojska sowieckie wypowiada Zaruba następujące znamienne zdanie: „Widok tych zatłoczonych piwnic na Podskarbińskiej pozostanie mi w pamięci do końca życia."
Ja też tam byłem i w piwnicach bloków na Podskarbińskiej spędziłem dwanaście koszmarnych dni. Miałem wtedy trzynaście lat. Po przebytej tuż przed wybuchem wojny chorobie Heine-go-Mediny nie mogłem chodzić i poruszałem się wyłącznie na wózku inwalidzkim. To, że udało mi się przeżyć wojnę, graniczy z cudem.
Przez pół roku znajdowałem się praktycznie na pierwszej linii frontu, dwa miesiące po stronie niemieckiej i cztery miesiące po stronie sowieckiej.
Dwa wydarzenia z tego okresu były dla mnie szczególnie dramatyczne i obydwa zostały opisane
w książce Żaruby.
Pierwsze wydarzenie dotyczyło ewakuacji przez Niemców anińskiego „getta", czy raczej obozu pracy, to znaczy zagrodzonego drutami obszaru w rejonie III Poprzecznej, na którym stłoczeni zostali przede wszystkim ci mieszkańcy Anina i Wawra, którzy pracowali dla Niemców, głownie kopiąc rowy. Zaruba opisuje, jak w początkach września 1944 roku pod eskortą Kałmuka - własowca opuszczał Anin. Ja znalazłem się w takiej samej sytuacji dwa dni wcześniej, gdyż Zaruba, jako potrzebny Niemcom fachowiec-malarz mógł zostać w Aninie nieco dłużej. Mój własowiec przywiązał linką wózek inwalidzki, w którym siedziałem, do furmanki i ciągnął mnie ulicami Płowiecką i Grochowską aż do chwili, gdy wskazując ręką na płonącą Warszawę powiedział, że dalej nie pojedzie, bo tam „strelajut".
Następnie odczepił mój wózek od furmanki, wyrzucił tobołki mojej rodziny i współtowarzyszy tułaczki na bruk i odjechał.
Drugie wydarzenie dotyczyło właśnie pobytu na Podskarbińskiej i w relacji Zaruby wyglądało tak: „Nagle huknęło gdzieś zupełnie blisko, dom się zachwiał i w tym samym momencie tuż nad moją głową otworzyły się małe drzwiczki od przewodu kominowego i dobre wiadro sadzy
wylądowało na mojej gębie... w ciągu sekundy zostałem Murzynem. O myciu się nie było mowy,
o każdą kroplę wody trzeba było walczyć, a wyjście na podwórko do pompy groziło śmiercią."
W krytycznej chwili wielkiego wybuchu pobliskiego składu amunicji, prawdopodobnie celowo wysadzonego w powietrze przez wycofujących się Niemców, leżałem w piwnicywciśnięty zakamarek pod rurami kanalizacyjnymi. Wydawało mi się, że za chwilę chwiejące się stropy runą i że pozostało nam już tylko kilka sekund życia. Solidnie zbudowane bloki jednak wytrzymały, ale ofiary były. W wybuchu zginął na miejscu mały chłopczyk należący do
rodziny, która udzieliła nam schronienia. Tuż przy mnie położono w piwnicy rannego ojca, któremu gdzieś w okolicach wątroby utkwił kawałek rozbitej czaszki synka... Do dziś mam przed oczami to sześcioletnie dziecko. Był bardzo życzliwy dla wygnańców i w miarę swoich skromnych możliwości starał się uprzyjemnić nam życie. Kilka dni wcześniej przyniósł nam do pokazania największy skarb, jaki posiadał — była to żywa biała myszka.
Z pobytu na Podskarbińiskiej utkwiły mi w pamięci jeszcze dwa epizody.
Na kilka dni przed wielkim wybuchem opuściłem na krótki czas nasze schronienie i znalazłem się na moim wózku inwalidzkim na zasłanej gruzami wysadzanych fabryk ulicy, aby osobiście wstawić się u niemieckiego komendanta w sprawie Geni, pracownicy mojej mamy, młodej energicznej dziewczyny, którą Niemcy postanowili wysłać do pracy do Niemiec, a która była dla nas wielką pomocą w czasie wojennej tułaczki. Ta dość ryzykowna misja zakończyła się pełnym sukcesem, a po powrocie piwnica na Podskarbińskiej wydała mi się miejscem przytulnym i wspaniałym. Genia była z nami do końca działań wojennych.

Drugi epizod miał miejsce niedługo po wielkim wybuchu. Gdy leżałem w piwnicy na posłaniu obok rannego nieszczęsnego ojca chłopczyka z białą myszką, wyczerpany, przerażony i otępiały, usłyszałem dźwięki harmonii i jakieś poruszenie. W panującym półmroku ujrzałem ciemną postać grającą na harmonii, która otoczona przez kilka innych postaci równym krokiem przeszła przez piwnicę i znikła. Trwało dłuższą chwilę, zanim dotarło do mojej świadomości, że był to sowiecki żołnierz, pierwszy jakiego widziałem w życiu. Wyruszyliśmy w drogę powrotną do Anina możliwie najszybciej. Mój wózek inwalidzki nosił ślady odłamków, ale na szczęście zasadnicze elementy jego konstrukcji nie były uszkodzone. Moi towarzysze niedoli szli pieszo niosąc tobołki
i popychając wózek, na którym siedziałem niezbyt wygodnie, gdyż oprócz mojej osoby były na nim upchane różne paczki. Droga była urozmaicona widokiem wielu zabitych zwierząt, głównie psów i koni, co bardzo utrudniało przejazd wózka. Od czasu do czasu natrafialiśmy na leżące na poboczu zwłoki zabitych ludzi. Na jednym z ocalałych małych domków przy ulicy
Płowieckiej zawieszona była biało-czerwona flaga. Nad naszymi głowami latały samoloty sowieckie i niemieckie tocząc walki powietrzne.
Gdy dotarliśmy żywi i cali do Anina, przeżyliśmy podobny wstrząs, jaki opisał Zaruba w
następujący sposób: „Kiedy znalazłem się u siebie (byłem jednym z pierwszych mężczyzn, którzy wrócili do Anina) zastałem dom częściowo rozwalony, dwa spalone czołgi w ogrodzie, a w mieszkaniu tłumy szabrowników. Właśnie jacyś kolejarze krajali brzytwą mój wielki stary dywan perski, a potulny kmiotek ze wsi Las mocował się ze skórą cielęcia, którą był obity mój słynny fotel kanadyjski... Część mebli była już roztaszczona, książki podarte i popalone, obraz nędzy i rozpaczy... Hienobydlaki!"
Nasze mieszkanie przy ulicy Weteranów (obecnie Wierchów) w Wawrze było kompletnie zdewastowane, podobnie jak to opisał Zaruba. Dlatego pierwszą noc po powrocie z tułaczki spędziłem w mojej uprzedniej kwaterze na terenie anińskiego obozu pracy Tak samo jak Zaruba.

(w umieszczonej
na końcu zeszytu wersji skróconej): „Gdy ujrzałem dom zdawało mi się, że to piękny sen. Właściwie nie był on taki piękny, gdyż w Barze pocisk wybił sporą dziurę, a nasze mieszkanie pokrywał kobierzec śmieci, książek, fotografii i brudu. Nie było ani jednej szyby. Zegar zabrany, lustra potłuczone, na łóżkach tylko nagie sprężyny. Tak przedstawiał się obraz mieszkania, gdy pierwszy raz znaleźliśmy się w nim po jednomiesięcznej wędrówce."
Obraz Anina i Wawra po wyparciu Niemców dobrze określa zaczerpnięty z Ewangelii według św. Mateusza zwrot „brzydota spustoszenia". Cały Anin wyglądał jak jedno wielkie pobojowisko. Na ulicach „mnóstwo pokręconych drutów, niewypałów, wybojów i gruzu" (to znów cytat z mojego zeszytu). Coś z klimatu tamtych dni oddaje napisana kilka lat później i odnosząca się do nieco innego kontekstu „Piosenka o porcelanie" Czesława Miłosza:

Różowe moje spodeczki,

Kwieciste filiżanki,
Leżące na brzegu rzeczki
Tam kędy przeszły tanki.


Ziemia, gdzie spojrzysz, zasłana
Bryzgami kruchej piany.
Niczego mi proszę pana
Tak nie żal jak porcelany.


Anin końca roku 1944 nie był zasłany potłuczoną porcelaną, lecz ogromną ilością pocisków rakietowych wystrzelonych ze słynnych sowieckich „Katiusz". Siały one popłoch wśród Niemców, ale poniszczyły sporo domów i spowodowały ofiary śmiertelne wśród mieszkańców Anina. Te pociski, które nie wybuchły, były nadal śmiertelnym zagrożeniem, ale większość wybuchła i pozostały po nich leje w ziemi i korpusy rakiet — długie rury z lotkami. Aninianie nauczyli się wykorzystywać ten złom w swoich gospodarstwach. Moja ciocia, siostra mojej mamy, zastosowała rury rakiet do wzmocnienia połamanych słupków naszego ogrodzenia.

Nikt przytomny — niezależnie od poglądów politycznych — nie może twierdzić, że Zaruba postąpił haniebnie zaciągając się do armii Berlinga, skoro działo się to dokładnie w tych samych dniach, gdy żołnierze tej armii walczyli i masowo ginęli na lewym brzegu Wisły usiłując nieść pomoc gasnącemu Powstaniu Warszawskiemu. Prawdą jest, że podkomendni generała NKWD Iwana Sierowa od początku rozpoczęli podstępną akcję przeciwko żołnierzom Polski Podziemnej, której najstraszliwszym symbolem był fakt, że ujawniających się żołnierzy AK osadzano w poniemieckim obozie w Majdanku (o pewnych szczegółach można przeczytać w wydanej w roku 1999 przez Urząd Gminy Warszawa-Wawer książce Henryka Wierzchowskiego „Zerzeń i jego historia"). Władze sowieckie robiły jednak wszystko, by tę akcję ukryć i zafałszować. Wielu nie chciało wierzyć pogłoskom, inni łudzili się nadzieją, że są to chwilowe wybryki dzikiego sprzymierzeńca, który będzie musiał zrezygnować ze swoich pomysłów w obliczu nacisków ze strony potężnych zachodnich aliantów. Trzeba pamiętać, że był to wrzesień 1944 roku. Dopiero w pięć miesięcy później odbyła się osławiona konferencja w Jałcie, na której Roosevelt i Churchill oddali Polskę Stalinowi.
Pierwsze zatknięcie z armią sowiecką stwarzało złudne wrażenie, że w gruncie rzeczy jest ona słaba, a jej siłą jest intensywna pomoc amerykańska. Powszechnie używane przez wojsko sowieckie samochody ciężarowe ZIS-5 robiły wrażenie rachitycznych i przestarzałych w porównaniu z amerykańskimi Studebakerami, na których zamontowane były sowieckie „Katiusze". Obecność amerykańskiej pomocy była widoczna na każdym kroku. Zaruba pisze w swych wspomnieniach, że we wrześniu 1944 roku opuszczał zdewastowany Anin jadąc z żołnierzami do Lublina Willysem, czyli słynnym amerykańskim jeepem. Tym sowieckim żołnierzom, których widziałem wówczas w Aninie wyraźnie brakowało zaopatrzenia w mundury. Poubierani byli rozmaicie, czasem w zdobyczne mundury niemieckie z oderwanymi hitlerowskimi dystynkcjami. A jednak była to armia skuteczna. Szczególnie jeden obraz utkwił mi głęboko w pamięci. Z okna mojego pokoiku w Wawrze widziałem dobrze dwa sąsiednie domy: mniejszy państwa Żaboklickich i większy, piętrowy, pana Jagiełły. Na dachu większego umieszczone było działko przeciwlotnicze, a w mniejszym zakwaterowana była jego załoga złożona z samych kobiet. Prawdopodobnie te artylerzystki miały jakieś mundury, ale w obejściu krzątały się w strojach cywilnych. Gdy pojawiał się niemiecki samolot, wybiegały z budynku jak stały, w pstrokatych kolorowych kieckach, wbiegały do sąsiedniego domu i po małej chwili pojawiały się na dachu nastawiając armatkę i oddając serie strzałów. Wychowany na obrazach paradnych ułanów i na kolekcjach ołowianych żołnierzyków ze zdumieniem patrzyłem na to dziwne wojsko.
Stary zeszyt leżał spokojnie w moim archiwum aż do chwili, gdy w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia profesor Jan Tyszkiewicz zaczął zbierać materiały do przygotowywanej przez niego publikacji o działaniach wojennych w roku 1944 w podwarszawskiej gminie Wawer. Przepisałem wtedy treść starego zeszytu na maszynie i przekazałem maszynopis profesorowi. Około roku 1990 dostałem od autora odbitkę wydrukowanej jego pracy. Niestety odbitka ta gdzieś mi zaginęła i mimo poszukiwań nie zdołałem do niej dotrzeć. Opracowanie profesora
Tyszkiewicza cytuje redaktor naczelna naszego pisma Maria Chodorek we wspomnieniowym artykule „Pamiętam do dziś drut kolczasty" (MNA Nr 8/9 (52-53), sierpień/wrzesień 2004). Szkoda, że tego •opracowania nie ma w naszej bibliotece.

_______________

Galeria na Trawiastej

Oddział Anin TPW, ogłaszając w MNA nr 2/08 rok 2008 ANIŃSKIM RO­KIEM JERZEGO ZARUBY, zapowiedział zorganizowanie galerii jego karykatur w pobli­żu domu, w którym zamieszkiwał przez 40 lat, czyli prawie przez połowę swego życia. Dyrekcja Biblioteki Dzielnicy Wawer wyraziła zgodę na współpracę z Oddziałem ANIN TPW w stworzeniu takiej stałej Galerii w budynku przy ul. TRAWIASTEJ. Podjęliśmy wspólnie starania o uzyska­nie jego prac z Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego. Pewnego wrześniowego, wietrznego dnia trzy panie z Anina udały się na ul. Kozią, aby przy pomocy Grażyny Gordzijewskiej — kustosza M.K. dokonać wyboru 87 karykatur z zasobu Muzeum, liczącego ok. 500 prac Za-ruby. Znalazły się wśród nich ciekawe portrety aktorów, literatów, dziennikarzy.
Nasza Biblioteka na Trawia­stej podjęła się trudu wydru­kowania zeskanowanych przez Muzeum Karykatury prac, oprawienia ich i eks­ponowania na specjalnej wystawie, której otwarcie planuje się na koniec listo­pada lub początek grudnia.

Maria Chodorek
Prezes Oddziału Anin Towarzystwa Przyjaciół Warszawy


Henryk Lissowski, senior znanej,
anińskiej rodziny. Zmarł w 1951 r.


Scena rodzajowa Anin 44.

Całe pismo do czytania lub pobrania w pdf Kliknij Tu