18 grudnia 2009

Ppłk dr STANISŁAW WILATOWSKI


MIĘDZY NAMI ANINIANINAMI – Grudzień 2009
PEŁNY TEKST w PDF dzięki Bibliotece Wawer

____________________________________

Ppłk dr STANISŁAW WILATOWSKI
(1895 - 1940)

Urodził się 15 sierpnia 1895 roku w Niedróżu Młodym w powiecie sierpeckim. Syn Teofila i Antoniny ze Zdunowskich. Dr nauk medycznych - internista. Miał praktykę lekarską w Aninie, w domu rodzinnym żony z Janikowskich - przy ul. Leśnej 7. Był lekarzem Sióstr Felicjanek w Wawrze. Znany jako autor patentu na strzykawkę izolowaną od otaczającego ją powietrza.

Początkowo uczęszcza do gimnazjum w Siedlcach, a następnie do Gimnazjum Wojciecha Górskiego w Warszawie. Będąc uczniem działa w POW na terenie Okręgu Warszawskiego. Po maturze podejmuje studia na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Warszawskiego, które przerywa po zaliczeniu siedmiu semestrów, gdyż 11 listopada 1918 roku zgłasza się na ochotnika do Wojska Polskiego. W 11 pp. Legionów w Warszawie odbywa przeszkolenie rekruckie, po zakończeniu, którego bierze udział w walkach pod Lwowem, a następnie na terenie Wołynia.

Na początku września 1919 roku Stanisław Wilatowski zostaje odkomenderowany na kurs medyków przy Uniwersytecie Warszawskim, który kończy praktykami w Szpitalu Epidemiologicznym na Grochowie. W trakcie kursu zostaje mianowany podchorążym, a po zakończeniu praktyki zostaje komendantem sekcji higieny przy dowództwie 2., a potem 3. armii. W tym czasie uczestniczy w walkach pod Białą Cerkwią, Fastowem, Berdyczowem, Karosteniem i Kowlem.

Następnie służy w Grupie Operacyjnej Jazdy gen. Sawickiego i w szpitalu polowym nr 201 przy 20 DP. l października 1920 roku zostaje mianowany podporucznikiem, a 18 marca 1921 roku Stanisław Wilatowski zostaje bezterminowo urlopowany w celu dokończenia studiów.

W życiu Stanisława Wilatowskiego w roku 1921 zachodzi jeszcze jedno ważne wydarzenie - bierze ślub z Wacławą Janikowską i od tego czasu jego losy są już związane z Aninem. 20 grudnia 1924 roku otrzymuje dyplom lekarza. Specjalizował się w zwalczaniu gruźlicy. W trakcie odbywania studiów zostaje l października 1922 roku mianowany porucznikiem. Od tej chwili łączy służbę wojskową z powołaniem lekarskim. Stanisława Wilatowskiego odkomenderowano do szpitala wojskowego w Równem na funkcję ordynatora oddziału internistycznego, a następnie pełni funkcję lekarza w Centralnym Zakładzie Służby Łączności w Warszawie i w l Oddziale Służby Intendentury. W maju 1927 roku przeniesiony do l pułku artylerii przeciwlotniczej w Warszawie na stanowisko naczelnego lekarza pułku, a w 1931 roku pełni takie same stanowisko w l pułku lotniczym. Rok później przeniesiony do CWSan., gdzie odbywa dalszą specjalizację na internie i z dniem l stycznia awansowany na stopień kapitana.

Jednocześnie Stanisław Wilatowski podejmuje współpracę z Zakładem Fizycznym Politechniki Warszawskiej, gdzie zajmuje się fizycznymi metodami wykrywania gazów bojowych w polu, oraz w dziedzinie biofizyki. Wyniki swych badań publikuje na VI Zjeździe Fizyków Polskich w Warszawie. Podjęta przez kapitana Wilatowskiego praca naukowa zostaje dostrzeżona przez Departament Zdrowia Ministerstwa Spraw Wojskowych, gdyż zostaje odkomenderowany z dniem 7 listopada 1932 r. do pracy w Wojskowym Instytucie Przeciwgazowym w Warszawie (ul. Ludna) na stanowisko eksperymentatora, a potem na kierownika pracowni. Tam pracuje już do wybuchu wojny w 1939r. W marcu 1939 roku zostaje mianowany majorem. Wybuch wojny zastaje Stanisława Wilatowskiego w WlP-gaz i wraz z nim zostaje ewakuowany do Lwowa.

13 września Instytut zostaje podzielony na trzy grupy. Grupa majora Wilatowskiego zostaje wycofana w rejon Dubna, a po 17 września wycofuje się przez Demidowkę, Beresteczko i Drużkopól. W dniu 20 lub 21września zostaje rozbrojona przez Ukraińców, a 23 września w okolicach Porycka cała grupa dostaje się do niewoli sowieckiej. Zostaje uwięziony w obozie NKWD w Kozielsku, skąd zostaje wywieziony jednym z pierwszych transportów do Lasu Katyńskiego i tam zamordowany.

W dniu 9-10 listopada 2007 roku został pośmiertnie awansowany na stopień podpułkownika. W czasie służby wojskowej został odznaczony:
13 marca 1919 roku - Odznaką honorową „ORLĄT" za przebyte boje w obronie Lwowa.
16 marca 1937 roku - Medalem Niepodległości.
11 listopada 1937 roku - Srebrnym Krzyżem Zasługi.
11 listopada 1938 roku - Srebrnym Medalem za Długoletnią Służbę oraz Medalem Dziesięciolecia Odzyskania Niepodległości.

Stanisław Wilatowski pozostawił żonę Wacławę z Janikowskich i córkę Janinę.
___________________

Źródło: Jan Kiński Wojskowy Przegląd Historyczny - artykuły z cyklu PRO MEMORIA z 1992 r. i informacje uzyskane od Wojciecha Przyłuskiego .

29 października 2009

MNA 70



________________________


MOJA OKOLICA
Marcin Wolski


Zaczarowane miejsca, małe ojczyzny. Moją, z trudem można wpasować w granice administracyjne. Mieści się w niej Anin, Wawer, Marysin, Międzylesie, łąki miedzy Zastowem a Lasem, (na których spędziłem mnóstwo czasu jako wagarowicz) Gocław i Gocławek... Kolejno świat dziecka, uczniaka, młodego mężczyzny, autora....
Tu działy się rzeczy dla mnie najważniejsze, tu były moje szkoły - podstawówka na Minerskiej, której już nie ma, prywatna szkoła sióstr Felicjanek, ogólniak na Kajki, później na Alpejskiej. Moja parafia, cmentarz z grobami bliskich, wspomnienia, uczucia, inspiracje.
Opisałem ten pejzaż widziany z lotu ptaka w „Miejscu dla dwojga" gdy dusza mego bohatera pozbawionego ciała szybuje nad swoją rodzinna okolicą. W drewniaku wzniesionym w stylu świdermajer umieściłem inicjację erotyczną Adama Szareckiego bohatera „Bogów jak ludzi". Na pobliskim Grochowie, na poddaszu zaadaptowanym na studio muzyczne Maciek Podlaski, narrator „Nieprawego łoża" kochał się ze swoją uczennicą Martą, nieświadomy że 35 lat wcześniej na wawerskich łąkach, w pierwszym dniu powstania warszawskiego jego autentyczny ojciec AK-owiec Maciej Kamienicki zabił jego „ojca nominalnego" czyli komunistycznego bojówkarza Eugeniusza Podlaskiego, a na skraju rezerwatu im. Króla Jana Sobieskiego Sowieci pozorowali śmiertelny wypadek jego matki - Róży. Również tu zachodzi na cmentarz na Glinkach, prowadzić monologi ze swym przedwcześnie zmarłym kolegą szkolnym. Z kolei w „Nobliście" finałowe sceny umieszczam w domku letniskowym nad Świdrem, na stacji benzynowej za Starą Miłosną, i w ukrytej gdzieś w okolicznych lasach rezydencji medialnego oligarchy a przy okazji agenta KGB... Zaś w trzecim tomie cyklu „Trylogia Optymistyczna", zatytułowanym -„Kaprys historii" cofając się do lat 20 w karczmie Wawer (obecnym Motelu Napoleon) doprowadzam do śmiertelnej potyczki białogwardzisty Olega Dobrolubowa, z wysłanymi w ślad za nim siepaczami.
Ale nie koniec z „anininianami" i „wawernikami" w moich powieściach. Jedną z zabawniejszych scen „Alterlandu" ulokowałem w latach 60 w rejonie górki Del-maka. W optymistycznym wariancie historii, w której Polska jest suwerennym mocarstwem, działa tam letni teatrzyk - występują gwiazdy Międzywojnia z pospołu z artystami, którzy zadebiutowali po wojnie, tyle, że nie w PRL-u bo taki nie powstał. Jarosy prowadzi konferansjerkę z Wiktorczy-kiem, a Mrozek jest tam kelnerem.
W„Ekspiacji", w której ksiądz i małolata stawiają czoła pogrobowcom PRL-u, sensacyjna akcja rozpoczyna się zabójstwem proboszcza w wiejskim kościół¬ku, bardzo podobnym do urokliwej drewnianej świątynki w Miłosnej. Następnie wartka akcja toczy się na Marysinie i Wygodzie. Gdzieś w Aninie ma willę szlachetny opozycjo¬nista, a w istocie Tajny Współpracownik SB i jej pogrobow-ców -Artur Liwski...
Pisze się zazwyczaj o tym co się zna. Lubi bądź nie¬nawidzi. Bohaterowie moich kilkudziesięciu ksią-żek przemierzają cały świat przy czym nie jest dla nich przeszkodą czas teraźniejszy, jednak najchętniej wracają właśnie tu. Jak Marek Kazimierzak, bohater „Antybaśni" i „Włóczęgów czasoprzestrzeni", którego mieszkanie stano¬wi syntezę domu wzniesionego przez mego dziadka w kolo¬nii tramwajarzy i samotnej kamienicy na Gocławku, kiedyś stojącej w szczerym polu, a obecnie utopionej w pawilonach na Gocławku. Właśnie tam jest magiczny narożny pokój i właz do alternatywnych światów.
Nawet kiedy umieszczam moich bohaterów w innych podwarszawskich osiedlach, nikogo nie po-winno to zmylić, jeśli pociągnie dobrze nosem poczuje się zapach anińskich sosen, woń świeżo skoszonej trawy na łąkach, na których w moich czasach pasły się krowy, żyły bażanty, a nad ich głowami przelatywały samoloty startujące z lotniska na Gocławiu, po którym ślad pozostał jedynie w „lotniczych" nazwach ulic.
Najwięcej tych klimatów jak dotąd umieściłem w „Drugim życiu", opowieści o dzieciństwie i staro¬ści, która się dopiero ukaże. I wprawdzie teoretycznie dom mojego bohatera znajduje się w Falenicy (ale nadal w admi¬nistracyjnych granicach dzielnicy Wawer) ale jest to Faleni¬ca wymyślona, która równie dobrze mogłaby być Radością, Międzylesiem, lub Aninem właśnie.
Przeżyłem tu blisko 60 lat. Nigdy nie korciło mnie żeby emigrować, a przeprowadzać się? Po roku spędzonym w centrum Warszawy w betonowym bloku, mój organizm zaprotestował i zacząłem chorować. Wróciłem na stare śmiecie. I w prawdzie objechałem już kilkakrotnie kulę ziemską zwiedzając blisko setkę krajów, tak naprawdę pokonałem około 20 metrów. Tyle bowiem dzieli dom mego dzieciństwa, od tego który zbudowałem dla siebie. Obok starej morwy. Przed wojną był tu inny domek, trafiony jedną z pierwszych bomb, które we wrześniu 39 roku spadły na Wawer. Ale podobno najbezpieczniej jest w leju po bombie. Więc zaryzykowałem.

16 września 2009

MNA 69



__________________________________




MÓJ ANIN
Jerzy Kozieł

Sprowadziłem się w sierpniu 1964 roku jako młody, szczęśliwy pracownik Instytutu Badań Jądrowych, któremu przydzielono kawalerkę na ulicy Zorzy w budynku, będącym własnością IBJ. W śród pięknych lasów wybudowano mieszkania ładne,choć dzisiaj powiedzielibyśmy, że zdecydowanie małe.
Wówczas tak nie sądziłem i byłem szczęśliwy wobec możliwości zamieszkania w nowym lokalu z tzw. wygodami. Ponieważ dzieciństwo i młodzieńcze lata spędziłem w Otwocku, Anin nie był dla mnie miejscowością obcą. Należał już do Wielkiej Warszawy. Szczęścia przysparzał więc fakt, że automatycznie otrzymałem warszawskie zameldowanie.
Dzisiaj to może wydawać się dziwactwem, ale wówczas to było coś bardzo upragnionego. W sąsiedztwie mego bloku dumnie wyróżniała się willa Tuwima, którą w niedziele odwiedzała pani Tuwimowa ze swoją piękną córką Ewą. Pamiętam z tego okresu fotografię Ewy Tuwim na okładce „Radaru” – było takie pismo. W osiedlu nie było sklepu, Borowika także jeszcze nie było, więc zakupy przeważnie robiłem w Międzylesiu lub w Warszawie, czasem w sklepie na V Poprzecznej, naprzeciwko ówczesnej poczty, obok restauracji, która funkcjonowała
pod hasłem „Tu się jada jak u mamy”.
W krótce linię warszawskiego autobusu wydłużono do kina „Wrzos”, co znakomicie poprawiło połączenie ze stolicą, chociaż i tak głównym środkiem transportu do centrum Warszawy były pociągi elektryczne.
Ogród willi Tuwima był otoczony pięknym, dębowym lasem; było to miejsce niezapomnianych spacerów, podczas których bez specjalnego trudu zbierało się borowiki. W krótce jednak wszystko zaczęło się zmieniać.
W osiedlu, zwanym (do dzisiaj zresztą) osiedlem IBJ, decyzją władz państwowych powołano spółdzielnię mieszkaniową. Jako pracownik naukowy w resorcie atomistyki bywałem na Zachodzie, znałem trochę tamtejsze realia; rozumiałem, że mieszkanie powinno być własne albo spółdzielcze, a budowanie domów i ich utrzymywanie przez zakład pracy nie ma sensu. Byli jednak tacy, którym to się nie podobało, stąd do dzisiaj Instytut Energii Atomowej – jeden ze „spadkobierców” IBJ – ma niemałe kłopoty.
Chętnych do zamieszkania w Aninie, a pracujących w naszym resorcie zebrano i zaproponowano powołanie Międzyzakładowej Spółdzielni Mieszkaniowej ANIN. Wyrosły
nowe domy; stare, będące do dziś częściowo własnością notarialną IEA, są kosztownym
i zbędnym obciążeniem Instytutu. Niestety, procedura przekazania tej niechcianej własności we władanie Dzielnicy Wawer postępuje opieszale.
Znaczną część mieszkań Instytut odsprzedał ich lokatorom, dzięki czemu powstały samorządne wspólnoty mieszkaniowe, ale nie ma już jednego gospodarza Osiedla.
Anin stał się mój od pierwszej chwili, gdy tu zamieszkałem i moim pozostał. W pierwszych latach istnienia spółdzielni mieszkaniowej byłem działaczem jej Zarządu, czuję się z nią związany do dziś.
Ciągle pracuję w „moim ibejocie”, więc mieszkanie w Aninie bardzo mi odpowiada i nie zamieniłbym go na inne miejsce. Pasją moją jest prywatne oraz publiczne prostowanie
bzdur, wypowiadanych na temat zagrożeń pochodzących z atomistyki. Jakże często jestem pytany o to, czy elektrownie atomowe będą bezpieczne. Proponuję wszystkim pytającym,
by rozejrzeli się dookoła naszych granic i zastanowili się, czy wszyscy, wokoło są nienormalni? A może to my.
Nie ma już dębowego lasu po drugiej stronie ulicy Zorzy, na jego miejscu stoi znakomity Instytut Kardiologii; do willi przy ulicy Zorzy nie przyjeżdża już pani Tuwimowa, (po Niej zamieszkał tam Piotr Jaroszewicz, a kto wie, kto mieszka tam dzisiaj), na pięknej polanie „przy kanałku” nie ma już miejsca plażowego, a stoi ogromna zabudowa; ale i tak Anin jest uroczym miejscem spokojnego zamieszkiwania i odpoczynku. Z awsze można pójść na sentymentalny spacer ulicą, przy której mieszkał Jerzy Zaruba, a idąc do sympatycznej
biblioteki przy ulicy Trawiastej można trafić na spotkanie z panią Kirą Gałczyńską, córką wielkiego Konstantego Ildefonsa…
Jak tu nie mieszkać w Aninie!
____________________

Minęło 45 lat
Jerzy Kozieł jest Zastępcą Dyrektora Instytutu Energii Atomowej w Świerku
do spraw Bezpieczeństwa Jądrowego. Na tym stanowisku pracował od dawna, choć
wraz ze zmianami organizacyjnymi różnie się ono nazywało. Był więc z-cą Dyrektora
do Spraw Reaktorów, Głównym Inspektorem Bezpieczeństwa Jądrowego i Ochrony
Radiologicznej zajmując się wciąż tym samym.

17 kwietnia 2009

Jubileusz Osiedla Anin: 1910-2010

Już niedługo powitamy rok, w którym nasze Osiedle będzie obchodziło jubileusz.
Kompleks dóbr wilanowskich, w skład których wchodziły lasy dóbr zastowskich po prawej stronie Wisły, w 1892 r. stały się własnością Ksawerego hrabiego Branickiego. Wkrótce (w 1904 r.) rozpoczął on parcelację gruntów i sprzedaż działek na terenie położonym pomiędzy koleją szerokotorową, Traktem Brzeskim i Kaczym Dołem (część obecnego Międzylesia).
Branicki podpisał akt rejentalny parcelacji naszego Osiedla w 1910 r. nadając mu nazwę od imienia żony Anny. Tę datę uznano w przedwojennym Aninie za początek Osiedla, w konsekwencji czego powstał Komitet Obchodu XXV-lecia Anina, który w sierpniu 1935 r. zorganizował stosowne uroczystości. Między innymi podczas akademii wygłoszono następujące referaty:
1. Historia Anina - Antoni Gosławski
2. Potrzeby gospodarcze - Walerian Wołodźko
3. Potrzeby administracyjne - Henryk Lissowski
Referaty te zostały wydane w formie broszury nakładem Zrzeszenia Właścicieli Nieruchomości w Aninie (1935 r.). Ciekawe, iż niektóre problemy, zasygnalizowane w tych wypowiedziach są aktualne do dzisiaj. Są wśród nich:
• wymieranie sosen decydujących o unikalnym mikroklimacie Anina
• istniejący dalej „system dołów kloacznych wchłonnych"
• zaniedbania dotyczące nawierzchni ulic.
Cytat z referatu W.Wołodźko „ułożenie chodników i wybrukowanie jezdni jest jedną z pierwszych potrzeb naszego osiedla (...). Na większości ulic podczas suszy przechodnie brną w piaskach a podczas deszczów i roztopów mamy sadzawki niekiedy na całej szerokości ulicy". W tym temacie zmniejszyła się tylko skala problemów.
Tyle o historii. Wracamy do roku 2009.

W dniu 11 lutego b.r. zebrał się zespół, zwołany z inicjatywy organizacji pozarządowych (Oddział Anin TPW, Rada Osiedla Anin i Stowarzyszenie Właścicieli Nieruchomości w Aninie). Jego celem było - w porozumieniu z dyrekcją Klubu Kultury Anin oraz Biblioteki Wawerskiej - przygotowanie ram organizacyjnych obchodów stulecia Anina. Postanowiono, iż pracą zespołu organizatorów będzie kierował przewodniczący Rady Osiedla Anin, Janusz Gałda oraz jego zastępcy - Maria Chodorek i Michał Nowacki, prezesi organizacji anińskich.
Przewiduje się powołanie KOMITETU HONOROWEGO OBCHODÓW
Powstaje Kalendarium jubileuszu. Zapraszamy do zgłaszania pomysłów i zachęcamy do współpracy.
Podajmy telefony kontaktowe:
Maria Chodorek (022) 812 11 82
Michał Nowacki (022) 613 02 70
Janusz Gałda O 600 199 017

Prezes Oddziału Anin TPW
Maria Chodorek

(Artykuł uakazał się w 1/2009 numerze MNA)

8 kwietnia 2009

WESOŁYCH ŚWIĄT

CIEKAWA SPRAWA FINANSOWA

W trakcie kolportażu ostatniego MNA przedstawiciele naszej redakcji dotarli do Domu Mody 5thAVENUE przy ul.V Poprzecznej w Aninie. Przyjęła nas włascicielka pani Małgorzata Wąsowska. W ciekawej rozmowie poruszyła min gorący problem kanalizacji w Dzielnicy i przekazała nam bardzo interesujący artykuł opublikowany już dość dawno w Rzeczpospolitej. Proszę przeczytać.

WŁAŚCICIEL SIECI KANALIZACYJNEJ ZAPŁACI ZA CZĘŚĆ PRZYŁĄCZA.
Izabela Lewandowska
(Rzeczpospolita. Wtorek. 18 września 2007. Prawo Cywilne)

Nie ulega przedawnieniu.
Roszczenie osoby, która własnym sumptem wybudowała urządzenia wodociągowe i kanalizacyjne, o zawarcie umowy o przejęciu tych urządzeń i zwrot wydatków, majace oparcie w art. 31 ustawy, jest bezterminowe. Nie ulega ono przedawnieniu. Dlatego po przedstawionej uchwale Sądu Najwyższego z żądaniem zwrotu wydatków na wykonanie tej części przewodu kanalizacyjnego, która znajduje się poza ich działką, będą mogli występować właściciele nieruchomości, którzy wykonali je pięć, dziesięć czy też piętnaście lat temu. Może to być dla przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych, będących z reguły spółkami komunalnymi, bardzo kosztowne.

Właściciele nieruchomości mogą żądać od przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjnego by zwróciło im pieniądze za cząść przewodu kanalizacyjnego prowadzącą od granicy ich działki do głównej magistrali.

Tak jednoznacznie wynika z uchwały Sądu Najwyższego z 13 września 2007 r. Właściciela obciąża zatem tylko koszt tej części przewodu kanalizacyjnego, która znajduje się na jego działce czy pod jej powierzchnią.

Dziewięć metrów przewodu poza granicą działki.

Sprawę, na której tle SN podjął tę uchwałę, wszczęli małżonkowie P. Za własne pieniądze przyłączyli swój dom do sieci kanalizacyjnej, a całkowity koszt tego przedsięwzięcia wyniósł 8 065 zł. Domagali się od przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjnego zwrotu kosztów 9 m przyłącza spozagranicy ich działki, tj. 5 tyś. zł.
Jako podstawę tego żądania wskazali art. 31 ustawy z 7 czerwca 2001 r. o zbiorowym zaopatrywaniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków (DzU z 2006 r. nr 123, poz. 858). Zapisano w nim, że osoby, które wybudowały z
własnych środków urządzenia wodociągowe i kanalizacyjne, mogą przekazać je odpłatnie gminie albo przedsiębiorstwu wodno-kanalizacyjnemu na warunkach uzgodnionych w umowie.
Przedsiębiorstwo odmówiło zawarcia umowy o przejęcie i zwrotu żądanej kwoty. Argumentowało, że odcinek przewodu kanalizacyjnego znajdujący się poza granicą działki małżonków P. także jest przyłączem, a koszt jego budowy stosownie do art. 15 ust. 2 ustawy z 2001 r. obciąża osobę ubiegającą się o przyłączenie do sieci kanalizacyjnej czy wodociągowej. Nie ma więc obowiązku zawarcia umowy, o której mowa w art. 31 tej ustawy.

Pytanie prawne do Sądu Najwyższego

Małżonkowie P. wnieśli sprawę do sądu o pokrycie szkody wyrządzonej odmową zawarcia umowy o odpłatnym
przejęciu. Stanowi ją kwota 5 rys. zł, jaką otrzymaliby, gdyby umowa została zawarta.
Sąd pierwszej instancji uwzględnił ich żądanie. Sąd drugiej instancji dostrzegł natomiast w tej sprawie istotną wątpliwość prawną i przed-stawiłją do rozstrzygnięcia SN.
Sprowadza się ona do pytania, czy odcinek przewodu kanalizacyjnego między granicą nieruchomości a siecią
przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjnego jest urządzeniem kanalizacyjnym, o którym mowa w art. 31 ust. 1 ustawy, a
więc czy przedsiębiorstwo obowiązane jest zawrzeć umowę o jego odpłatnym przejęciu, czyli zwrócić koszty budowy.

Winna zmiana definicji

Pełnomocniczka przedsiębiorstwa tłumaczyła, że przyczyną tych wątpliwości jest zmiana definicji przyłącza zamieszczonej w art. 2 ust. i pkt 5 ustawy z 2001 r.
- Definicja została zmieniona w 2005 r. Przedtem było jasne, że przyłącze, którego budowa obciąża osobę ubiegającą się o przyłączenie, to odcinek przewodu kanalizacyjnego od granicy nieruchomości do sieci. Teraz jest nim odcinek od urządzeń wewnętrznych do granicy nieruchomości lub do pierwszej studzienki, licząc od strony budynku - wyjaśniała pełnomocniczka.
Budowa sieci niewątpliwie obciąża przedsiębiorstwo. Nie wiadomo jednak, kto ma płacić za odcinek przewodu między granicą działki a siecią. Ponieważ służy on wyłącznie zaspokajaniu potrzeb właściciela nieruchomości, tenże - zdaniem pełnomocniczki - powinien ponosić koszty jego budowy.
Treść uchwały oznacza, że argumenty te Sądu Najwyższego nie przekonały. Przedsiębiorstwa wodono-kanalizacyjne
będą więc musiały płacić za tę część przewodu kanalizacyjnego, która znajduje się poza granicą nieruchomości albo za pierwszą studzienką (sygn. III CZP 73/07).

Masz pytanie do autorki, e-mail: i.lewandowska@rzeczpospolita.pl

25 marca 2009

WOJCIECH ADAMCZYK - Mój Anin

Image
strony 1, 2, 3, 4, 5, 6-7, 8-9, 10, 11, 12-13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20, 21, 22, 23, 24
_____________________________
Wojciech Adamczyk
MÓJ ANIN

Bardzo mi miło znaleźć się na stronach anińskiego periodyku. Jako pacholę jeździłem z rodzicami z Grochowa do Anina pooddychać świeżym powietrzem, a w niedzielę uczestniczyć we mszy pod gołym niebem. Kościół aniński był naonczas nieduży, dodatkowe ławki znajdowały się na zewnątrz budynku pod drzewami i praktyki religijne w takim otoczeniu okazały się atrakcją dla zwykle nudzącego się podczas liturgii dziecka. Anin stał się symbolem czegoś niezwykłego, niecodziennego, lepszego i bardzo się cieszę, że obecnie jestem aninianinem już na co dzień, a nie tylko od święta.
Cóż ja mogę napisać o swojej pracy? Istnieje środowiskowe prawo, które nakazuje twórcy wypowiadać się wyłącznie poprzez realizowane dzieło. Próba komentowania, narzucania interpretacji lub tłumaczenia się z zamierzeń jest dowodem porażki zawodowej – bo widz przecież powinien zrozumieć zamysł artystyczny. Ostatnio, w czasach sprzyjających bardziej medialnemu ekshibicjonizmowi niż intelektualnej refleksji, niektórzy korzystają z różnych technik public relations, by zwrócić na siebie uwagę i przebić się na różne sposoby do świadomości widowni. Tym niechętniej opowiadam o sobie. Czy można się jednak oprzeć prośbie pani Chodorek?
Najbardziej znanym moim dzieckiem jest niewątpliwie serial „Ranczo” (do czasu, aż moje biologiczne potomstwo zacznie działać na różnych niwach). Wiele razy pytano mnie, dzięki czemu ten serial zyskał status kultowego, jaką mam receptę na dotarcie z sukcesem do tak ogromnej widowni. Z żalem odpowiadam, że takowego przepisu nie posiadam, bo gdybym posiadał, sprzedałbym go za grube miliony jakiejś stacji telewizyjnej i oddawał się spacerom po anińskich uliczkach, a także po barcelońskich, singapurskich, wellingtońskich… Pomimo naszych starań wszelkie działania artystyczne są wypadkową talentu, umiejętności zawodowych i przede wszystkim szczęśliwego splotu okoliczności. Nieodżałowany Gustaw Holoubek mawiał, że w sztuce tak wiele zależy od przypadku, że starajmy się zrobić to, na co mamy na pewno wpływ, na przykład zatroszczmy się o dobrą atmosferę w pracy, by chciało nam się codziennie spotykać ze sobą i rozpoczynać zmagania z materią sztuki lub scenariusza.
Szczęściem w przypadku „Rancza” było na pewno spotkanie się tej właśnie a nie innej grupy ludzi: scenarzystów, którzy wymyślili świat Wilkowyj, reżysera, który mając takie samo poczucie humoru i pogląd na rzeczywistość, jak scenarzyści, zobaczył i pokazał ten świat, aktorów, którzy – obdarzeni siłą komiczną i osobowościami – wcielili się w bohaterów… oraz producenta, który wszystkim wcześniej wymienionym zaufał. Tajemnica powodzenia tkwi też chyba w tym, że zdarzenia przedstawione w filmie są opowiedziane z dużą dawką ciepła, dzięki któremu nawet naganne postępki i wady postaci nie budzą obrzydzenia. Pozwalają przypatrzeć się z politowaniem i zrozumieniem wspólnym dla nas wszystkich ułomnościom.
Dlatego lubię reżyserować komedie. Woody Allen w swojej ostatniej książce zauważył, że komedia jest o wiele trudniejsza do zrobienia niż sztuka poważna, ale ma o wiele mniejszą siłę oddziaływania niż gatunki serio. Zapewne z tego powodu większość reżyserów i aktorów odżegnuje się od uprawiania lżejszych form. Komedia bywa uważana za coś gorszego, deprecjonującego twórcę. Reżyserowałem w życiu wiele dramatów, ale ostatnio zdecydowałem się na komedię z trzech powodów.
Po pierwsze – z powodów filozoficznych. Komedia jest równoprawnym gatunkiem, który ma pełne prawo opisywania i diagnozowania świata. Używa jednak to tego innej optyki niż – nazwijmy tak ogólnie teksty serio – tragedia. Współczesne sztuki lub filmy nader chętnie oddają brud, zło, okrucieństwo świata, ludzkie cierpienia i poczucie krzywdy. Nie oszukują, może czasami zbytnio skupiają się na oddaniu bezsensu istnienia, epatują obrazami przemocy. Siła przedstawionych wydarzeń może przygnębić widza, sprawić, że wyjdzie z teatru lub kina ze smutkiem, przybity poczuciem niemożności zmiany prawideł rządzących tym światem. Komedia równie dotkliwie może obnażyć zło, nawet mocniej je napiętnować – pamiętajmy, że najwięksi dyktatorzy bali się ośmieszenia. Najistotniejszy jest jednak fakt, że ukazanie zła przy użyciu filtru komediowego sprawia, iż zyskuje ono ludzki, nie irracjonalny wymiar. Śmiać możemy się tylko z człowieka, nie z idei lub abstrakcji. Zło wyśmiane to zło oswojone, więcej – przezwyciężone! Dzięki temu komedia w odróżnieniu od dzieł serio zawsze daje ludziom nadzieję: że może być lepiej. Że możemy sobie z problemami poradzić. A sztuka winna zawsze ludziom taka nadzieję dawać. Przynajmniej ja tak uważam.
Drugi powód to moja cecha charakteru: niecierpliwość. Komedia jest gatunkiem natychmiast i bezwzględnie weryfikowalnym: widownia albo się śmieje – albo nie. Nie można spojrzeć na publiczność z wieży z kości słoniowej, schować się za zasłoną dymną głębi intelektualnej lub eksperymentu artystycznego, podeprzeć analizami uczonych w mowie i piśmie krytyków. Rezultat jest zawsze dla wszystkich oczywisty. Wymaga to oczywiście większej odwagi i determinacji, ale jak mówi młodzież: „jest ryzyko, jest zabawa”.
Trzeci powód trochę wstydliwy, bo odsłania skrywaną moją próżność: nie każdy może wręczyć drugiemu człowiekowi dar śmiechu… Ja po prostu się cieszę, gdy moja widownia jest po seansie lub spektaklu odprężona, zadowolona, roześmiana. Mam wtedy poczucie, że pozwoliłem ludziom na chwilę zapomnieć o codziennych troskach i wlałem trochę otuchy w ich serca. Z tego powodu wysoko cenię moich aktorów, bo mają oni cechy, których żaden reżyser na świecie nie jest w stanie wyreżyserować: poczucie humoru, wdzięk oraz umiejętność podawania pointy, ten specyficzny „timing”, który sprawia, że ktoś ma siłę komiczną albo jest jej pozbawiony. Bez nich nie miałby kto przekazać tego podarunku.
Wybaczcie, jeśli Was znudziłem, ale już Chaplin zauważył, że komicy są generalnie ponurzy. Jeżeli chcecie, drodzy aninianie, żebym Was rozbawił, zasiądźcie w niedzielę wieczorem przed telewizorami. Spróbuję.
Wasz od półtora roku sąsiad
www.wojciechadamczyk.pl

20 stycznia 2009

JAN ŻYLICZ - Mój Anin

Grudzień 2008 Kwartalnik do pobrania w PDF
Strony 1, 2, 3, 4-5, 6-7, 8, 9, 10-11, 12-13, 14, 15, 16-17, 18, 19, 20, 21, 22, 23, 24

MÓJ ANIN


Jan Żylicz
Moja droga do Anina

W Aninie mieszkam od 41 lat. To tylko nieco więcej niż połowa mojego życia. Czy mogę się już uważać za prawdziwego aninianina? Może rodowici mieszkańcy tej pięknej miejscowości mnie zaakceptują. Muszę jednak uczciwie wyznać, że za swoją małą ojczyznę uważam wciąż Kaszuby. Z tego f aktu powinienem się chyba jakoś wytłumaczyć, łącząc wyjaśnienia z naszkicowaniem mojej drogi do Anina.

Urodziłem się przed wojną we wsi Góra, przepięknie położonej niedaleko Wejherowa. Cała nasza rodzina, choć nie miała korzeni kaszubskich, była z tą wsią i Kaszubami ogromnie uczuciowo związana. Jednak w lecie 1939 roku mój ojciec, inżynier rolnik, nie mając wątpliwości, że wojna się zbliża, zdecydował o naszym przeniesieniu się na Lubelszczyznę. Dzięki temu uniknęliśmy eksterminacji w lasach Piaśnicy (w pierwszych miesiącach wojny zamordowanych zostało tam, co najmniej kilka tysięcy Polaków).

Szkołę średnią zacząłem w Lublinie, ukończyłem w Olsztynie. Po maturze w 1950 roku podjąłem studia fizyki w Uniwersytecie Warszawskim. Planowałem, że po studiach będę mieszkać i pracować w Trójmieście. Stało się inaczej. Zdecydowałem się na specjalizację w zakresie fizyki jądrowej. Od 1953 roku, obok studiowania, pracowałem u profesora Andrzeja Sołtana. Po magisterium w 1955 roku otrzymałem nakaz pracy w nowoutworzonym Instytucie Badań Jądrowych. Z tego przydziału byłem zadowolony. Otworzyły się przede mną możliwości prowadzenia badań, które pozwoliły mi dojść do doktoratu w 1961 roku. Ponadto, dzięki pracy w IBJ, otrzymałem w Otwocku mieszkanie (dwupokojowe!), do którego mogłem ściągnąć rodziców.

W latach 1963-65 odbyłem staż naukowy w Danii. Pobyt w Kopenhadze odegrał w moim życiu bardzo ważną rolę. Pracowałem głównie w Instytucie Nielsa Bohra.

Prowadziłem badania w dobrze wyposażonym laboratorium. Byłem w kręgu oddziaływania wybitnych fizyków: prof. Bena Mottelsona i prof. Aage Bohra (którzy w 1975 roku otrzymali nagrodę Nobla). Zakończyłem zbieranie materiałów do habilitacji. Jeszcze ważniejsze było to, że spotkałem wówczas Elżbietę Krzyżanowską, która zechciała zostać moją żoną. W Kopenhadze urodził się nasz syn Piotr Olaf.

Elżbieta, urodzona w Sopocie, podziela mój sentyment do Wybrzeża. Jej ojciec był jednym z budowniczych Gdyni. Czas wojny przeżyła wraz z rodzicami w Polsce centralnej. Po wojnie ukończyła szkołę średnią w Gdyni, Wyższą Szkołę Handlu Morskiego w Sopocie, a później - Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Gdańsku. Do Kopenhagi pojechała na staż naukowy w Instytucie Onkologii.

Po powrocie do Polski szukaliśmy mieszkania. Po paru rozwiązaniach doraźnych, w 1967 roku otrzymaliśmy przydział M5 w bloku na osiedlu IBJ w Aninie. Bardzo się z tego cieszyliśmy. Nasze nowe lokum żona urządziła znakomicie. Chociaż powierzchnia tego mieszkania jest nieduża i jego standard odbiega od norm współczesnych, przez wiele lat nie myśleliśmy o zmianie. Dostrzegaliśmy wiele zalet życia w Aninie. Syn dobrze się czuł wśród rówieśników, z którymi chodził do szkoły podstawowej przy ul. Kajki, a potem do liceum przy ul.Alpejskiej. Z wszystkimi sąsiadami z naszej klatki schodowej łączą nas stosunki przyjazne, pełne wzajemnej życzliwości, a jednocześnie niekrępujące. Przyjaźnimy się również z wieloma innymi mieszkańcami osiedla. Odległość do sąsiednich domów jest stosunkowo znaczna. Między domami jest wiele drzew, które cieszą oko. Niedaleko jest piękny las - znakomity teren dla długich spacerów. Cieszy nas czystość powietrza i cisza, która tu panuje.

Ja kontynuowałem pracę w IBJ, w Świerku. Żona została zatrudniona tamże w Zakładzie Ochrony Zdrowia. Mieszkanie w Aninie miało tę dodatkową zaletę, że instytutowe autobusy dowoziły nas do pracy i z powrotem. Jadąc autobusem cieszyliśmy się widokiem wsi i pól uprawnych w różnych porach roku. W latach 1970. sytuacja się zmieniła. Pracownia żony została przeniesiona na Żerań. Żona, po obronieniu doktoratu z pogranicza medycyny i biologii, zakończyła pracę w IBJ. Ja natomiast w 1972 roku przyjąłem zaproszenie do pracy w Uniwersytecie. Początkowo byłem zatrudniony na stanowisku docenta. W 1974 r. zostałem profesorem.

W Instytucie Fizyki Doświadczalnej UW zorganizowałem od podstaw Zakład Spektroskopii Jądrowej. Kierowałem nim przez szereg lat, aż do objęcia stanowiska dyrektora Instytutu w 1994 roku. Za swoje główne osiągnięcie w Zakładzie uważam stworzenie warunków dla rozwoju naukowego moich młodszych kolegów. Kilku z nich należy obecnie do grona znanych w świecie specjalistów fizyki jądrowej. Są już wśród nich profesorowie.

Nasz syn ukończył studia psychologii i doktoryzował się w ATK. Obecnie jest adiunktem w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Namawia nas do opuszczenia Anina i przeniesienia się bliżej miejsca, gdzie mieszka z rodziną. Podobno starych drzew się nie przesadza! Rozumiemy jednak syna i synową, że chcieliby mieć nas blisko. Jeżeli do tego dojdzie, nasz długotrwały aniński etap życia będziemy z pewnością oboje z żoną wspominać z wielkim sentymentem.

Warszawa
26.10.2008