20 stycznia 2009

JAN ŻYLICZ - Mój Anin

Grudzień 2008 Kwartalnik do pobrania w PDF
Strony 1, 2, 3, 4-5, 6-7, 8, 9, 10-11, 12-13, 14, 15, 16-17, 18, 19, 20, 21, 22, 23, 24

MÓJ ANIN


Jan Żylicz
Moja droga do Anina

W Aninie mieszkam od 41 lat. To tylko nieco więcej niż połowa mojego życia. Czy mogę się już uważać za prawdziwego aninianina? Może rodowici mieszkańcy tej pięknej miejscowości mnie zaakceptują. Muszę jednak uczciwie wyznać, że za swoją małą ojczyznę uważam wciąż Kaszuby. Z tego f aktu powinienem się chyba jakoś wytłumaczyć, łącząc wyjaśnienia z naszkicowaniem mojej drogi do Anina.

Urodziłem się przed wojną we wsi Góra, przepięknie położonej niedaleko Wejherowa. Cała nasza rodzina, choć nie miała korzeni kaszubskich, była z tą wsią i Kaszubami ogromnie uczuciowo związana. Jednak w lecie 1939 roku mój ojciec, inżynier rolnik, nie mając wątpliwości, że wojna się zbliża, zdecydował o naszym przeniesieniu się na Lubelszczyznę. Dzięki temu uniknęliśmy eksterminacji w lasach Piaśnicy (w pierwszych miesiącach wojny zamordowanych zostało tam, co najmniej kilka tysięcy Polaków).

Szkołę średnią zacząłem w Lublinie, ukończyłem w Olsztynie. Po maturze w 1950 roku podjąłem studia fizyki w Uniwersytecie Warszawskim. Planowałem, że po studiach będę mieszkać i pracować w Trójmieście. Stało się inaczej. Zdecydowałem się na specjalizację w zakresie fizyki jądrowej. Od 1953 roku, obok studiowania, pracowałem u profesora Andrzeja Sołtana. Po magisterium w 1955 roku otrzymałem nakaz pracy w nowoutworzonym Instytucie Badań Jądrowych. Z tego przydziału byłem zadowolony. Otworzyły się przede mną możliwości prowadzenia badań, które pozwoliły mi dojść do doktoratu w 1961 roku. Ponadto, dzięki pracy w IBJ, otrzymałem w Otwocku mieszkanie (dwupokojowe!), do którego mogłem ściągnąć rodziców.

W latach 1963-65 odbyłem staż naukowy w Danii. Pobyt w Kopenhadze odegrał w moim życiu bardzo ważną rolę. Pracowałem głównie w Instytucie Nielsa Bohra.

Prowadziłem badania w dobrze wyposażonym laboratorium. Byłem w kręgu oddziaływania wybitnych fizyków: prof. Bena Mottelsona i prof. Aage Bohra (którzy w 1975 roku otrzymali nagrodę Nobla). Zakończyłem zbieranie materiałów do habilitacji. Jeszcze ważniejsze było to, że spotkałem wówczas Elżbietę Krzyżanowską, która zechciała zostać moją żoną. W Kopenhadze urodził się nasz syn Piotr Olaf.

Elżbieta, urodzona w Sopocie, podziela mój sentyment do Wybrzeża. Jej ojciec był jednym z budowniczych Gdyni. Czas wojny przeżyła wraz z rodzicami w Polsce centralnej. Po wojnie ukończyła szkołę średnią w Gdyni, Wyższą Szkołę Handlu Morskiego w Sopocie, a później - Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Gdańsku. Do Kopenhagi pojechała na staż naukowy w Instytucie Onkologii.

Po powrocie do Polski szukaliśmy mieszkania. Po paru rozwiązaniach doraźnych, w 1967 roku otrzymaliśmy przydział M5 w bloku na osiedlu IBJ w Aninie. Bardzo się z tego cieszyliśmy. Nasze nowe lokum żona urządziła znakomicie. Chociaż powierzchnia tego mieszkania jest nieduża i jego standard odbiega od norm współczesnych, przez wiele lat nie myśleliśmy o zmianie. Dostrzegaliśmy wiele zalet życia w Aninie. Syn dobrze się czuł wśród rówieśników, z którymi chodził do szkoły podstawowej przy ul. Kajki, a potem do liceum przy ul.Alpejskiej. Z wszystkimi sąsiadami z naszej klatki schodowej łączą nas stosunki przyjazne, pełne wzajemnej życzliwości, a jednocześnie niekrępujące. Przyjaźnimy się również z wieloma innymi mieszkańcami osiedla. Odległość do sąsiednich domów jest stosunkowo znaczna. Między domami jest wiele drzew, które cieszą oko. Niedaleko jest piękny las - znakomity teren dla długich spacerów. Cieszy nas czystość powietrza i cisza, która tu panuje.

Ja kontynuowałem pracę w IBJ, w Świerku. Żona została zatrudniona tamże w Zakładzie Ochrony Zdrowia. Mieszkanie w Aninie miało tę dodatkową zaletę, że instytutowe autobusy dowoziły nas do pracy i z powrotem. Jadąc autobusem cieszyliśmy się widokiem wsi i pól uprawnych w różnych porach roku. W latach 1970. sytuacja się zmieniła. Pracownia żony została przeniesiona na Żerań. Żona, po obronieniu doktoratu z pogranicza medycyny i biologii, zakończyła pracę w IBJ. Ja natomiast w 1972 roku przyjąłem zaproszenie do pracy w Uniwersytecie. Początkowo byłem zatrudniony na stanowisku docenta. W 1974 r. zostałem profesorem.

W Instytucie Fizyki Doświadczalnej UW zorganizowałem od podstaw Zakład Spektroskopii Jądrowej. Kierowałem nim przez szereg lat, aż do objęcia stanowiska dyrektora Instytutu w 1994 roku. Za swoje główne osiągnięcie w Zakładzie uważam stworzenie warunków dla rozwoju naukowego moich młodszych kolegów. Kilku z nich należy obecnie do grona znanych w świecie specjalistów fizyki jądrowej. Są już wśród nich profesorowie.

Nasz syn ukończył studia psychologii i doktoryzował się w ATK. Obecnie jest adiunktem w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Namawia nas do opuszczenia Anina i przeniesienia się bliżej miejsca, gdzie mieszka z rodziną. Podobno starych drzew się nie przesadza! Rozumiemy jednak syna i synową, że chcieliby mieć nas blisko. Jeżeli do tego dojdzie, nasz długotrwały aniński etap życia będziemy z pewnością oboje z żoną wspominać z wielkim sentymentem.

Warszawa
26.10.2008