16 września 2009

MNA 69



__________________________________




MÓJ ANIN
Jerzy Kozieł

Sprowadziłem się w sierpniu 1964 roku jako młody, szczęśliwy pracownik Instytutu Badań Jądrowych, któremu przydzielono kawalerkę na ulicy Zorzy w budynku, będącym własnością IBJ. W śród pięknych lasów wybudowano mieszkania ładne,choć dzisiaj powiedzielibyśmy, że zdecydowanie małe.
Wówczas tak nie sądziłem i byłem szczęśliwy wobec możliwości zamieszkania w nowym lokalu z tzw. wygodami. Ponieważ dzieciństwo i młodzieńcze lata spędziłem w Otwocku, Anin nie był dla mnie miejscowością obcą. Należał już do Wielkiej Warszawy. Szczęścia przysparzał więc fakt, że automatycznie otrzymałem warszawskie zameldowanie.
Dzisiaj to może wydawać się dziwactwem, ale wówczas to było coś bardzo upragnionego. W sąsiedztwie mego bloku dumnie wyróżniała się willa Tuwima, którą w niedziele odwiedzała pani Tuwimowa ze swoją piękną córką Ewą. Pamiętam z tego okresu fotografię Ewy Tuwim na okładce „Radaru” – było takie pismo. W osiedlu nie było sklepu, Borowika także jeszcze nie było, więc zakupy przeważnie robiłem w Międzylesiu lub w Warszawie, czasem w sklepie na V Poprzecznej, naprzeciwko ówczesnej poczty, obok restauracji, która funkcjonowała
pod hasłem „Tu się jada jak u mamy”.
W krótce linię warszawskiego autobusu wydłużono do kina „Wrzos”, co znakomicie poprawiło połączenie ze stolicą, chociaż i tak głównym środkiem transportu do centrum Warszawy były pociągi elektryczne.
Ogród willi Tuwima był otoczony pięknym, dębowym lasem; było to miejsce niezapomnianych spacerów, podczas których bez specjalnego trudu zbierało się borowiki. W krótce jednak wszystko zaczęło się zmieniać.
W osiedlu, zwanym (do dzisiaj zresztą) osiedlem IBJ, decyzją władz państwowych powołano spółdzielnię mieszkaniową. Jako pracownik naukowy w resorcie atomistyki bywałem na Zachodzie, znałem trochę tamtejsze realia; rozumiałem, że mieszkanie powinno być własne albo spółdzielcze, a budowanie domów i ich utrzymywanie przez zakład pracy nie ma sensu. Byli jednak tacy, którym to się nie podobało, stąd do dzisiaj Instytut Energii Atomowej – jeden ze „spadkobierców” IBJ – ma niemałe kłopoty.
Chętnych do zamieszkania w Aninie, a pracujących w naszym resorcie zebrano i zaproponowano powołanie Międzyzakładowej Spółdzielni Mieszkaniowej ANIN. Wyrosły
nowe domy; stare, będące do dziś częściowo własnością notarialną IEA, są kosztownym
i zbędnym obciążeniem Instytutu. Niestety, procedura przekazania tej niechcianej własności we władanie Dzielnicy Wawer postępuje opieszale.
Znaczną część mieszkań Instytut odsprzedał ich lokatorom, dzięki czemu powstały samorządne wspólnoty mieszkaniowe, ale nie ma już jednego gospodarza Osiedla.
Anin stał się mój od pierwszej chwili, gdy tu zamieszkałem i moim pozostał. W pierwszych latach istnienia spółdzielni mieszkaniowej byłem działaczem jej Zarządu, czuję się z nią związany do dziś.
Ciągle pracuję w „moim ibejocie”, więc mieszkanie w Aninie bardzo mi odpowiada i nie zamieniłbym go na inne miejsce. Pasją moją jest prywatne oraz publiczne prostowanie
bzdur, wypowiadanych na temat zagrożeń pochodzących z atomistyki. Jakże często jestem pytany o to, czy elektrownie atomowe będą bezpieczne. Proponuję wszystkim pytającym,
by rozejrzeli się dookoła naszych granic i zastanowili się, czy wszyscy, wokoło są nienormalni? A może to my.
Nie ma już dębowego lasu po drugiej stronie ulicy Zorzy, na jego miejscu stoi znakomity Instytut Kardiologii; do willi przy ulicy Zorzy nie przyjeżdża już pani Tuwimowa, (po Niej zamieszkał tam Piotr Jaroszewicz, a kto wie, kto mieszka tam dzisiaj), na pięknej polanie „przy kanałku” nie ma już miejsca plażowego, a stoi ogromna zabudowa; ale i tak Anin jest uroczym miejscem spokojnego zamieszkiwania i odpoczynku. Z awsze można pójść na sentymentalny spacer ulicą, przy której mieszkał Jerzy Zaruba, a idąc do sympatycznej
biblioteki przy ulicy Trawiastej można trafić na spotkanie z panią Kirą Gałczyńską, córką wielkiego Konstantego Ildefonsa…
Jak tu nie mieszkać w Aninie!
____________________

Minęło 45 lat
Jerzy Kozieł jest Zastępcą Dyrektora Instytutu Energii Atomowej w Świerku
do spraw Bezpieczeństwa Jądrowego. Na tym stanowisku pracował od dawna, choć
wraz ze zmianami organizacyjnymi różnie się ono nazywało. Był więc z-cą Dyrektora
do Spraw Reaktorów, Głównym Inspektorem Bezpieczeństwa Jądrowego i Ochrony
Radiologicznej zajmując się wciąż tym samym.