1 grudnia 2011

Darek Osiński KOT






Pełny tekst Proszę Kliknąć TU

_______________________

Dariusz Osiński
Kot

Czasy kiedy koty i psy domowe jadły resztki z pańskiego stołu już chyba bezpowrotnie minęły. Przynajmniej w miastach. Mój pierwszy kot Maciek radził sobie bez problemu w naszym domu z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku.
Chodził swoimi ścieżkami, ale zawsze był na posterunku i żadnej myszy nie przepuścił.
W albumie rodzinnym jest jego zdjęcie. Pozuje na wysokim słupku tuż przy domu.
Przebieraliśmy go czasami za pacjenta przychodni dziecięcej. Pozwalał założyć sobie niemowlęcą czapeczkę i kaftanik, ale w wózeczku nie dawał się wozić. Miał swoją godność. Czmychał w krzaki i wracał dopiero wieczorem, już bez czapeczki, i z kawałkiem kaftanika na szyi.
Był jak z elementarza. Można powiedzieć, że dzięki temu łatwiej było mojemu starszemu rodzeństwu i mnie uczyć się alfabetu. Ostatecznie mieliśmy swoją wtyczkę w tej pierwszej poważnej książce.
Ala ma kota… To chyba tak się zaczynało... Siostra dla ułatwienia musiała udawać Alę, a kota, jak wspomniałem,  mieliśmy autentycznego. Może to on był naszym prawdziwym nauczycielem…
W każdym razie przebrnęliśmy naukę czytania i pisania na tyle dobrze, że niektórzy z nas tę wiedzę przekazują już wnukom.
Maciek lubił mleko. Miał swoją miseczkę, ale przetworzone pokarmy wynosił na dwór w nieznane nam miejsca. Taki był delikatny. Pewnie uśmiałby się gdyby zobaczył kuwetę, całą gamę żwirków i spryskiwaczy łagodzących zapachy. Mam wrażenie, że przysmakami reklamowanymi w TV też by wzgardził.
Telewizję znał, ale wolał słuchać radia, albo patefonu nakręcanego precyzyjnie przez dziadka.
Z dziadkiem trzymali sztamę. Chyba najbardziej się rozumieli. Może to przez to, że jeden i drugi miał sumiaste wąsy… Pamiętam ich ostatnie wspólne chwile… To był czas umierania w domu… Maciek szybko zorientował się, że jego przyjaciel, uczestnik wojny rosyjsko – japońskiej, odchodzi i to bardzo daleko. Siadł przy jego łóżku i chyba pilnował żeby dziadek niczego nie zapomniał… Jeszcze kilka tygodni po pogrzebie siadywał w tym samym miejscu wspominając serdeczne głaskanie starszego pana.
Sam nie miał tyle szczęścia. Przed wakacjami, kiedy jechaliśmy całą  rodziną w odwiedziny do wujka w północnej Anglii, został wywieziony do ciotki na wieś. Podobno wyszedł na drogę za odjeżdżającym samochodem, popatrzył, posiedział, poszedł w krzaki i też odjechał, ale już na zawsze.
Teraz mamy w domu kotkę, która przeżyła z nami 17 lat. Świetnie się trzyma. Dalej potrafi wskakiwać na wysokie meble. Kocha sztuczną karmę, ale kawałkiem mięsa też nie pogardzi. W takie jesienne wieczory jak teraz, siada nam na kolana jakby wyczuwała, że ceny paliw idą w górę i trzeba oszczędzać. Daje nam dużo ciepła. Czy tyle co Maciek?
Pewnie tak, bo koty już takie są.