29 grudnia 2012

ALICJA DUTKIEWICZ - Cień wiatru



 

 

HOMO LEGENS

Alicja Dutkiewicz

CIEŃ WIATRU


Czy ktoś zastanawiał się, ile powstało książek?  Na pewno są to miliardy.. Jedne zostały dostrzeżone, zapamiętane i są czytane od pokoleń. Inne -  TE ZAPOMNIANE - może na to zasłużyły.  Jeszcze innym LOS odebrał tę szansę. Czy ktoś w takim razie myślał, co się z nimi stało? W powieści Carlosa Ruiza Zafona, Cień wiatru poznajemy miejsce, gdzie bezpiecznie spoczywają te właśnie książki.  Czekają, aż znajdzie się osoba, której sercem zawładną. To Cmentarz Zapomnianych Książek.
           
W pierwsze dni lata 1945 roku dziesięcioletni Daniel Sempere zostaje zaprowadzony, przez ojca księgarza, na Cmentarz Zapomnianych Książek. Chłopiec jest urzeczony wielkim labiryntem półek, uginających się pod tomami. Według zwyczaju, każdy, kto pierwszy raz odwiedza to miejsce, ma wybrać jedną książkę, którą ocali od zapomnienia. Daniel natrafia na Cień wiatru Juliana Caraxa. Zafascynowany powieścią, chce poznać inne dzieła tego autora, ale nikt o nim nie słyszał. Mijają lata, a główny bohater nadal stara się dowiedzieć czegoś więcej o nieznanym nikomu autorze. Docierając do różnych postaci, poznaje elementy tajemnicy. Okazuje się, że wszystkie pozostałe książki autora zostały spalone, a komuś bardzo zależy na zniszczeniu ostatniego egzemplarza. Daniel próbuje za wszelką cenę wyjaśnić te wszystkie wydarzenia, a powodem nie jest zwykła ciekawość. Nie przypuszcza nawet, jak ta historia zmieni jego życie.
           
Powieść Cień wiatru pełna jest nieoczekiwanych zwrotów akcji, przeklętych miłości, niezwykłych i emocjonujących zdarzeń oraz wielkich tajemnic. Akcja rozwija się powoli, dzięki czemu różne wątki są  dopracowane i przedstawione szczegółowo.
      
Poznajemy wiele barwnych i czasami zabawnych postaci.  Czytając tę książkę w domu, podziwiamy  przepiękną i nastrojową Barcelonę, w której rozgrywa się niesamowita akcja Myślę, że każdy jej czytelnik zapragnie odwiedzić to miasto.

Polecam tę książkę i zapewniam, że  nie będzie można się od niej oderwać. Cień wiatru został przetłumaczony na 40 języków i wydany w ponad 50 krajach. Sprzedano go w ponad 14 milionach egzemplarzy na całym świecie.
Jestem pewna, że nigdy nie trafi na Cmentarz Zapomnianych Książek.

 Alicja Dutkiewicz kl. I  XXI LO im. Hugona Kołłątaja
Dziękujemy pani Beacie Lewickiej za dotrzymanie słowa i szkolenie dla nas młodych talentów!   

                      



ROBERT NOWAKOWSKI - Razem dla Wawra


Robert Nowakowski
RAZEM DLA WAWRA

Grupa Inicjatyw Społecznych „RAZEM dla Wawra” to nieformalna grupa networkingowa, której celem jest utworzenie sieci wartościowych kontaktów, wymiany informacji oraz wzajemnego wsparcia między organizacjami pozarządowymi, władzami samorządowymi, firmami i indywidualnymi działaczami w warszawskiej dzielnicy Wawer, aby razem na lepsze zmieniać wawerską rzeczywistość.
Nie skupiamy się na jednym obszarze działania, ale dynamicznie reagujemy na potrzeby mieszkańców i ulepszamy te aspekty naszego lokalnego życia, w których dostrzegamy braki. Jest to więc zarówno kultura, sport i turystyka, jak i działania na rzecz osób niepełnosprawnych, na rzecz poprawy bezpieczeństwa w dzielnicy czy wreszcie mobilizowanie władz dzielnicy i miasta do przyspieszenia tych inwestycji, których brak najmocniej odczuwają mieszkańcy dzielnicy Wawer.

ZASADY:
- Jako wolontariusze pracujemy na zasadach non-profit, w myśl sentencji „Pro publico bono”;
- Nasza działalność ma charakter apolityczny. Integrujemy ludzi o rożnych poglądach, bez względu na wiek i doświadczenie w organizacjach pozarządowych;
- Grupa spotyka się raz na miesiąc, najczęściej w jego pierwszym tygodniu, za każdym razem w innym miejscu przygotowanym przez organizację/grupę/instytucję partnerską;
- Podejmowanie decyzji odbywa się zwykłą większością głosów;
- Pod koniec każdego spotkania ustala się datę, miejsce, godzinę, organizacje, moderatora i sekretarza następnego spotkania;
- Sekretarz w ciągu 7 dni od zakończenia debaty przesyła sprawozdanie do wszystkim osób obecnych na spotkaniu;
- Pomiędzy spotkaniami trwa dyskusja on-line na tematy realizacji bieżących i przyszłych działań.
- Odrzucamy demoralizujące polskie życie publiczne i społeczne myślenie roszczeniowego.

Grupa Inicjatyw Społecznych „Razem dla Wawra”

Więcej informacji na naszej stronie internetowej www.razemdlawawra.pl



12 grudnia 2012

ROZWAŻANIA SPOD CHUSTKI NA GŁOWĘ


         Gdyby przyjąć za motto słowa Pedro Calerona,  że „życie to wyrok” a my na tej ziemi jesteśmy za karę,  tekst Barbary Wizimirskiej  można by odczytać jako próbę uzasadnienia prawdziwości tej tezy. Wszystko na tej ziemi  jest okropne. Karą jest starość z ograniczeniami psychicznymi i fizycznymi, rodzina przez którą nie możemy rozwinąć skrzydeł, zwierzchnicy krępujący  rozwój zawodowy, czasy w których wszyscy  żrą się ze sobą  i skaczą  do gardeł wreszcie my sami rozpaczający nad zmarnowanymi szansami, niewykorzystanymi możliwościami, rozpamiętujący krzywdy wyrządzone innym itd., itd. Jednym słowem frustraci, którzy  podsumowując przeżyte lata, mogliby zwracać się z wyrzutem,  słowami  modlitwy, śpiewanej do Stwórcy……  „przecież nie jesteśmy tu za karę”. Ludzie zniewoleni nieszczęściem egzystencji, nie zdolni do twórczych działań. Po nich tylko proch i zgliszcza.
      Jednakże, gdyby teza postawiona przez autorkę  Rozważań spod kapelusza była prawdziwa, to jak wytłumaczyć stworzone przez człowieka nieprzemijającej wartości dzieła sztuki, miasta przyciągające miliony ludzi wspaniałą architekturą, dzieła literackie i muzyczne i całą kulturalną spuściznę pokoleń. Czyżby stworzyli ją ludzie skrępowani murami więzienia, z poczuciem odbywana kary za fakt znalezienia się na tym padole łez?  A co z miłością i wpływem na radość życia człowieka i to niezależnie od wieku. Dlaczego człowiek w wieku dojrzałym miałby spędzać czas na rozważeniach, a może i czekaniu tego co nieuchronne. Przeczą temu rosnące jak grzyby po deszczu najróżniejsze organizacje skupiające seniorów, którzy uwolnieni  od domowych obowiązków stają się grupą twórczych, radosnych,  zadowolonych i szczęśliwych ludzi. Ja od dawna obracam się w takim towarzystwie. A czasy w których przyszło nam żyć? Czy można sobie wyobrazić ciekawsze? Podbój kosmosu, kilkadziesiąt lat bez wojny w Europie, Unia skupiająca 27 państw europejskich i stopniowe niwelowanie różnic ekonomicznych, niespotykany rozwój techniki, wreszcie Papież Polak i jego rola w nieomalże bezkrwawej zmianie sił rządzących światem  A może na różne  spojrzenie, w kwestii o której mówimy, ma fakt czy zaliczani zostalibyśmy do grona wysublimowanych osobników, którym się wydaje, że jak przeżywać coś to tylko w zabarwieniu melancholii, głębokich a tragicznych przeżyć zabarwionych beznadzieją egzystencji, bo jedynie  oni z głowami pod kapeluszem mają zdolność prawdziwego odczuwania. A ci inni, w chustkach lub tylko zwykłych czapkach na głowie, to mniej wrażliwi prostaczkowie, zadowoleni z miski zupy, bez umiejętności autorefleksji, zwolennicy  prostej muzyki, seriali i masowych imprez. Seniorzy, którzy nie przyjmują do wiadomości albo nie chcą się przyznać do przeżywanych rozterek. Ja chodzę z gołą głową.
Imię i nazwisko autora do wiadomości Redakcji

1 listopada 2012

DARK OSIŃSKI - Przyjaciele

Darek Osiński
PRZYJACIELE

Usiadłem na ławce w cieniu kryjąc się przed ostrym słońcem.
Po parku snuli się jakby ciągle ci sami kuracjusze. Kolejny raz młody mężczyzna ubrany na czarno, z mickiewiczowską powagą, z książką w ręku, z szeptem na ustach i z zadumą na twarzy, zbierał punkty od obserwatorów.
- Podobno aktor, dopiero co po studiach, przyjechał role wkuwać…
- A ja słyszałam, że młody prawnik.
- Gdzie tam. Pomocnik w łaźni. Ma przerwę, to udaje inteligenta.
Starsze panie schowane pod parasolkami zmieniły temat, bo zza drzew wyłoniła się irytująca para. Duża pani z małym panem czubkiem głowy sięgającym jej pokaźnego biustu.
- Podobno zakochani w sobie do nieprzytomności...
- Widać to w ich maślanych spojrzeniach.
- Słyszałam, że w ciąży…
Alejką nadeszły trzy młode dziewczyny, którym towarzyszył młodzieniec wyraźnie utykający na lewą nogę. Co  by on nie powiedział,  one wybuchały śmiechem.
Spojrzałem w niebo. Żar rozlewał się bez przeszkód. Ani jednej chmurki. Nagle poczułem, że kamyczek przeturlał się po mojej stopie.
- Co, nudzimy się?
- Trochę…
- Staszek. Z Krakowa jestem. Założysz się, że mnie nie dogonisz?
Wystartowaliśmy w kierunku fontanny z Jasiem i Małgosią. Staszek poruszał się jak dzwonnik z Notre Dame, ale nie miałem żadnych szans. Zostałem w tyle zastanawiając się, o co się założyliśmy…
- Mówiłem! Nie załamuj się. Ćwiczę, bo muszę z Heinemedina walczyć. Na co się leczysz?
- Na nic. Przyjechałem z rodzicami odpocząć.
- Dlatego taki słaby… Masz jakieś plany na dzisiaj?
- Łazić, siedzieć, łazić, siedzieć, może lody, może woda sodowa i na kwaterę…
- Kończysz podstawówkę? Ja już zawodówkę. Będę zegarmistrzem. Mam zaklepany warsztat.
- Będziesz kukułki naprawiał?
- To też. Choć, poznam cię z przyjaciółmi. Przerwa obiadowa, powinni być w pokoju.
Wyszliśmy z parku. Skręciliśmy w szeroką aleję z zabytkowymi sanatoriami i po paru minutach weszliśmy do nowoczesnego budynku.
- Patrz! Moja piękna jedzie…
Od windy poruszała się na wózku dziewczyna o pięknej twarzy. Resztę ciała opanowała choroba.
- Podoba mi się, ale nie chce ze mną gadać. Może jeszcze zmięknie…
Staszek witał się z każdym, a wszyscy bardzo serdecznie na niego reagowali.
Pierwsze piętro. Koniec korytarza. Pukamy do drzwi. Cisza.
- Trzeba im dać chwile na ubranie się… To ja, Staszek!
- Właź!
Weszliśmy.  W fotelu wylegiwał się Marek. Jola przemknęła do łazienki z tajemniczym uśmiechem na ustach i stanikiem w ręku. Z pokoju obok przyszły Ula i Magda. Każdy coś miał, a właściwie nie miał: albo całej ręki, albo dłoni, albo stopy. Jedynie Ula, malutka, piękna istota, była kompletna. Z czasem okazało się, że urodziła się z sercem po prawej stronie i z tego powodu przebywała w sanatorium.

Moi nowi przyjaciele przez chwilę dziwili się, że jestem tu bez powodu, ale szybko przestało im to przeszkadzać, tak jak mnie ich fizyczne ułomności. Każdy dzień spędzaliśmy razem. Oprowadzili mnie po tężniach, zaprowadzili nad Wisłę, pokazali rąbek nocnego życia w restauracji z dancingiem przy osławionym grzybku, czyli leczniczej fontannie.

Któregoś razu poszliśmy na otwarty, solankowy basen. Było tak tłoczno, że szukając miejsca prawie wszedłem na protezę lewej ręki i prawej nogi. Staszek uśmiechnął się, rozejrzał i skinął głową w kierunku siedmiometrowej wieży do oddawania skoków. Po jej schodach podskakiwał właściciel obu protez. Kiedy stanął na szczycie, zaległa cisza. Skoczył. Kilku mężczyzn poderwało się w kierunku basenu, ale skoczek wynurzył się z wody i z wielką wprawą dopłynął do brzegu, by ponownie dostać się na szczyt i oddać kolejny skok.
- Przywykniesz.
Przywykłem i nie zapomniałem. Pamiętam tych moich przyjaciół, ten cały inny świat po dziś dzień.
Po 46 latach znalazłem się  we Włocławku na ceramicznym spotkaniu. Kolega rzucił od niechcenia:
- A może wstąpimy do Ciechocinka? To tylko 30 kilometrów…
Wstąpiliśmy  i choć miasteczko wypiękniało, to jednak odnalazłem w nim swoje wspomnienia.

Centrum Ciechocinka



29 października 2012

BARBARA WIZIMIRSKA - Refleksje spod kapelusza


PODYSKUTUJMY





Barbara Wizimirska
Refleksje spod  kapelusza      

    Niejaki Pedro Calderon słusznie zauważył, że „życie to wyrok, jaki człowiek musi odbyć za karę, że się urodził”. Zapewne doszedł do tego wniosku pod koniec swego żywota. Zanim  dogoni nas starość, my, ludzie rzadko dostrzegamy ściany swych celi i rozpoznajemy dozorców więziennych.  Starość to uświadomienie sobie rodzaju więzienia, w jakim zostaliśmy zamknięci. Dla niektórych to własne ciało, zaprogramowane przez geny – strażników tego więzienia. Bywają nim też ograniczenia umysłu, niezdolności, niepozwalające przekraczać barier. Wielu uważa za więzienie swoje czasy, swój kraj, swoich zwierzchników, czasem rodzinę, czyli wszystko, co ogranicza wolność. Wtedy ten wyrok wydaje się bardzo ciężki.
     Na starość można zwątpić, czy słuszna jest tendencja do gloryfikacji życia jako najcenniejszego skarbu człowieka. Czy ten „skarb” nie jest czasem przereklamowany? Bo już Owidiusz mówił, że „kiedy przekwitną róże życia, nie zostaje nic prócz kolców”. Róże czasem kwitną krótko. Lecz paradoksalnie, to nie brak „róż”, czyli zdrowia, urody lub sprawności stanowi o dokuczliwości kolców. Najbardziej dokuczliwym jest samoświadomość. Ten niewątpliwy objaw, a może nawet istota człowieczeństwa, na ogół rośnie (?) w miarę upływu lat, dopóki nie zmącą jej procesy chorobowe. Przez całe życie człowiek czyni wiele, by rozwijać świadomość (czyli siebie) poznając siebie i świat, przez mądre lektury i rozmowy, przeżuwanie przypadków losowych, przetrawianie doświadczeń. I co? W rezultacie tych trudów tylko boleśniej przeżywa schyłek życia. Widzi się już wtedy całą jego panoramę, ogarnia całość. Rozumie skutki swoich działań, mechanizmy podejmowania decyzji, rolę ludzi, którzy stanęli na jego drodze. Dostrzega błędy, zmarnowane szanse, złe decyzje, obrażonych lub pokrzywdzonych bliźnich.
     Dzięki świadomości rozrachunki z życiem bywają ciężką próbą dla ludzkiego ego, które chciałoby cieszyć się dobrym samopoczuciem, szacunkiem ludzi i nadzieją na szczery żal bliskich i dalszych znajomych po śmierci. I wówczas, dzięki dobrze utuczonej świadomości, dostrzegamy zalety głupoty, która niestety nie jest naszym udziałem, bo zawsze nią szczerze pogardzaliśmy. Teraz widzimy, że głupi cierpią  mniej.
     Pragniemy rozstać się z tym światem, bo liczymy, że może świadomość przestanie nas wtedy dręczyć. Kusząca perspektywa, ale  to nic pewnego, przynajmniej dla chrześcijan. Bo może dusza to właśnie owa świadomość? A jeżeli tylko ona ma przetrwać, to dziękuję bardzo. Chyba, że przetrwa tylko to, co w nas najlepsze. A ta niepewność będzie nam towarzyszyć aż do błogosławionej demencji.
Miłego dnia!


25 października 2012

Katarzyna Nowak JESIEŃ SZARZEJE




Jesień szarzeje w
październikowej mgle,
liście poczerwieniały,
z zimna drżą.

Jeszcze kołyszą się
niezdecydowane
zostać – odlecieć
w niepamięć.

Nie ma listu od Ciebie.
Może odleciał jak
październikowy liść
albo wiatr-listonosz
pomylił drzwi –
do innego serca
zaniósł Twoje słowa.

W Twoich dłoniach
kołyszą się już
inne sny...

Kto inny pije
Twój uśmiech gorący
jak kubek herbaty
ze słońcem cytrynowym.

Jesienna szarzeję w
październikowej mgle
...

21.10.2012


6 sierpnia 2012

Muzeum Literatury w Aninie



Siedziba Muzeum Literatury w Aninie przy ul. Trawiastej 29.
Zapraszamy na historyczny fotoreportaż z prac remontowych
udostępniony nam przez Muzeum.




20 kwietnia 2012

NASI NA SALONACH

NASI NA SALONACH
WYDARZENIE ARTYSTYCZNE


Och, jak miło bywać „na salonach”! Tym razem opowiem o w salonie artystycznym Renaty Kozerskiej, nie, nie w Aninie, ale z aninianinami w rolach głównych – w Wesołej Starej Miłosnie. Temat - kobiety twórcze. Słuchaliśmy o Agnieszce Osieckiej (i fragmentów jej niektórych „Listów na wyczerpanym papierze”) oraz słynnych już piosenek. Przygotowała to artystyczna rodzina Czajków.
Gościem honorowym wieczoru była Joanna Rawik – artystka sceny muzycznej, laureatka festiwali opolskich, autorka książek. Któż nie pamięta wyznania artystki: Kocham świat /za zasłoną szarych dni...z piosenki: Romantyczność, w której pobrzmiewa Szopenowski Polonez As-dur op.53. Z osobistym wspomnieniem o Władysławie Broniewskim i wierszami poświęconymi poecie wystąpiła  anińska poetka – znana i lubiana doktor Aldona Kraus.

Nadspodziewanie  ciekawy okazał się spektakl poetycki pt. „Odcienie miłości. Rzecz o jednej kobiecie” w autorskim wykonaniu Pauliny Cysak i Katarzyny Nowak – kolejnej anińskiej poetki [i naszej redakcyjnej koleżanki]. Obie młode twórczynie należą do Stowarzyszenia Autorów Polskich. Spektakl składał się z wierszy ich autorstwa. O namiętności, o pożądaniu, o tęsknocie za miłością. Męskim elementem spektaklu był  - milczący obojętnie Andrzej Bonifacy Fudali, również poeta. Publiczność zachwyciły nie tylko poetyckie teksty pełne gorącego uczucia i twórczej pasji, ale również pomysł choreografii i kostiumów. Jak na spektakl traktujący o miłości przystało – dominował kolor czerwony – symbol namiętności skontrastowany z czernią, która miała symbolizować tęsknotę i niespełnienie. Pomysłodawczynie i wykonawczynie widowiska spotkało gorące przyjęcie ze strony bywalców Wesołego Salonu oraz pochwała z ust Joanny Rawik, która występowała na niejednej polskiej i europejskiej scenie.

Gośćmi salonu byli również artystka-malarka  Lidia Snitko-Pleszko prezentująca swoje pastelowe portrety, poetka Monika Maciejczyk z Polanicy Zdroju oraz pieśniarka Teresa Kramarska. Wśród publiczności znaleźli się liczni reprezentanci SAP O/W-wa II wraz z jego prezes Wandą Stańczak.

Mirosław Perzyński – takoż aninianin, bo od lat …dziestu  pracuje w KKA -  wygłosił krótki wykład z pogranicza antropologii kultury, będący jednocześnie mową okolicznościową poświęconą kobietom twórczym w historii.

Uff, czy nie za wiele wrażeń, jak na jeden wieczór? Ale nigdy za wiele czegoś dobrego.

Pani w peruce


11 kwietnia 2012

KRZYSZTOF BRONIATOWSKI - Mój Anin



Krzysztof Broniatowski
MÓJ ANIN


Kiedy myślę – mój Anin – to myślę niejako o swej tożsamości. Mój Anin to poniekąd moja Mała Ojczyzna. Wprawdzie trzy pierwsze lata życia spędziłem „po drugiej stronie torów”, czyli w Wawrze, a jeszcze po ślubie przez prawie sześć lat mieszkałem, jak to się u nas mówi: „w Warszawie” (tzn. w Śródmieściu), ale wszystkie pozostałe lata (z ponad półwiecza) spędziłem w Aninie. Tu prowadzono mnie do przedszkola, tutaj chodziłem do szkoły podstawowej i do liceum. Stąd wyruszałem w świat, aby go poznawać – zarówno na studiach uniwersyteckich jak i w licznych wyjazdach i podróżach. Tutaj także z tych podróży powracałem. Tutaj jest mój dom. Tutaj mieszkają moi najbliżsi – moi rodzice i moje rodzeństwo (choć ściśle biorąc siostra mieszka „za torami”). W Aninie poznałem moją żonę, która też tutaj mieszkała i tutaj, po wspomnianym już kilkuletnim zamieszkaniu w Śródmieściu, powróciliśmy z własną rodziną powiększoną o dwóch synów.
Mój Anin to szczególne miejsce na Ziemi. Miejsce, które bardzo zmieniło się przez to półwiecze i którego zmiany mogłem na bieżąco obserwować. Obrazy z dawnych lat i miejsc, które już dziś całkowicie inaczej wyglądają, pozostały mi pod powiekami. Czasem to jest ścieżka przez lasek w drodze na skróty do szkoły, jakaś sosna przy tej ścieżce z korzeniami, na których zawsze wykręcały się nogi. Innym razem to przystanek, na którym wracając ze szkoły oczekiwało się na autobus, aby zapytać konduktora lub kierowcę, czy można przejechać jeden przystanek „na gapę”. To także śnieg skrzypiący pod butami i skrzący się milionami gwiazdeczek w świetle nielicznych lamp. Tamten Anin to ledwie kilka ulic z twardą nawierzchnią, to jeszcze drewniana charakterystyczna zabudowa, która w pewnym momencie zaczęła zbyt szybko znikać. Wtedy zrodził się pomysł albumu fotograficznego, w którym utrwalony miał być dla następnych pokoleń ten Anin odchodzący w zapomnienie. To dało z kolei impuls do powołania Towarzystwa Przyjaciół Anina. Dzisiejszy Anin cieszy porządnymi ulicami, licznymi zadbanymi posesjami, wśród których nie brak prawdziwych perełek.

Mój Anin to mieszkający tutaj ludzie – sąsiedzi, znajomi; często znajomi dlatego, że ich twarze spotykam na ulicy, w sklepie, w kościele, choć ich imiona ani nazwiska nie są mi znane. A pomimo tego, jest między nami jakaś tajemnicza więź, która powoduje, że wśród nich czuję się u siebie.

Wreszcie mój Anin, to nieuchwytna nić, która łączy tych ludzi, tutaj, obok mnie mieszkających, z tym miejscem, z tą ziemią i tym co się na niej znajduje. Pośrodku naszego osiedla, niemal w geometrycznym jego centrum stoi kościół parafialny. To dla mnie bardzo ważne miejsce. W tym kościele brali ślub moi rodzice a także rodzice mojej żony. W tym kościele zostałem ochrzczony, tutaj odbyłem pierwszą spowiedź i po raz pierwszy przystąpiłem do Komunii Świętej. Tutaj przyjąłem sakrament Bierzmowania i w tym kościele udzieliliśmy sobie z żoną sakramentu Małżeństwa. W tym kościele zostały także ochrzczone nasze dzieci. Dzięki zaangażowaniu w życie parafialne mojej babci a także moich rodziców, byłem zawsze dość blisko kościoła. Pamiętam ten kościół drewniany a potem budowę aktualnego. Dzięki babci miałem zaszczyt osobiście poznać projektanta nowego kościoła – pana inżyniera architekta ś.p. Zygmunta Stępińskiego, który był też projektantem mojego domu rodzinnego w Aninie. Pamiętam wszystkich kolejnych proboszczów i wielu księży, którzy w naszej parafii służyli. Pamiętam … .

Czytając te słowa, może ktoś sobie pomyśleć – ale zaścianek! Nic tylko wszystko w Aninie! Ja tego tak nie odczuwam. Zresztą jak sobie policzę, to w ciągu swego życia, co najmniej półtora roku przebywałem w różnych innych miejscach w Polsce i poza jej granicami. Więc nie tylko Anin!

Ale kocham Anin i czuję się tu dobrze! To chyba dobrze!


Wielkanoc, 2012    

2 kwietnia 2012

ZNANY REŻYSER - ŚWIETNY CZŁOWIEK

Bohaterem kolejnego PIĄTKU Z TOWARZYSTWEM w KKA był znany rezyser, a co najważniejsze - świetny człowiek. Oto opowieść (cz. 1.) o nim i o spotkaniu  
(cz. 2- w przygotowaniu)


Barbara Mildner
ZNANY REŻYSER - ŚWIETNY CZŁOWIEK (1)



Wojciech Adamczyk urodził się 4 lipca 1959 r. w Szczecinie, w artystycznej rodzinie tancerzy. Rodzice, Eleonora i Leszek Adamczykowie, niemal całe zawodowe życie spędzili na deskach Operetki Szczecińskiej, a następnie Operetki Warszawskiej (obecnie Teatr Muzyczny „Roma”).
Własne życie artystyczne rozpoczął od edukacji w Podstawowej Szkole Muzycznej.
Studia wyższe, zarówno Wydział Aktorski i pięć lat później, w 1987r. Wydział Reżyserii Warszawskiej PWST (dzisiaj: Akademia Teatralna w Warszawie) ukończył z wyróżnieniem.
Dwukrotnie został laureatem rocznego stypendium Ministra Kultury i Sztuki dla „wyróżniających się młodych twórców-studentów szkół artystycznych”, a jako stypendysta rządu francuskiego, mógł odbyć w paryskim Centre National Gennevilliers swój reżyserski staż.
Podczas studiów skupiał się nie tylko na nauce. Bardzo intensywnie działał społecznie w organizacjach studenckich, również jako członek Rady Wydziału i Senatu Uczelni.
Na macierzystą uczelnię powrócił w 1993 roku i do dnia dzisiejszego jest wykładowcą „przedmiotu głównego” na Wydziale Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej.
Kształcąc młodzież nie zaprzestał własnej edukacji. W maju 2000 r. obronił pracę doktorską, a w listopadzie 2005 r. przyznano mu tytuł doktora habilitowanego.
Od września 2002 r. pełnił funkcję dziekana, a następnie prodziekana Wydziału Reżyserii.
Od 1989 r. jest członkiem Stowarzyszenia MENSA.
Wyłącznie dzięki wrodzonym zdolnościom, pracowitości i umiejętności organizowania pracy może pochwalić się dzisiaj swoimi osiągnięciami, a jest ich naprawdę niemało.
Zanim całkowicie poświęcił się reżyserii, zagrał kilka ról filmowych (m.in. w „Godzinie W”, „Rodziców nie ma w domu”, „Dorastaniu”, „Na Wspólnej”, „Halo Hans! czyli nie ze mną te numery”), jednak zdecydowanie bardziej odpowiada mu praca reżysera. Na tym polu osiągnął najwięcej.
Na swoim koncie ma ponad 30 wyreżyserowanych sztuk teatralnych,
wystawianych na deskach teatrów w Polsce i za granicą (m.in. „Wizyta starszej pani” Friedricha Durrenmatta, „Lot nad kukułczym gniazdem” na podstawie powieści Kena Kesey’a, „Żołnierz królowej Madagaskaru” na podstawie farsy Stanisława Dobrzyńskiego i Juliana Tuwima, ”Dwoje na huśtawce” Wiliama Gibbona, „Balladyna” Juliusza Słowackiego, „Kariera Artura Ui” Bertolda Brechta, „Kolacja dla głupca” i „Co ja panu zrobiłem Pignon” Francisa Vebera
„Kiedy kota nie ma” Johna Mortimera i Briana Cooka i wiele, wiele innych).

Wojciech Adamczyk reżyserował również opery: „Pajace” Ruggero Leoncavallo, „Rycerskość wieśniaczą” Pietro Mascagniego i „I Capuleti e i Montecchi” Vincenzo Belliniego oraz operetki: „Księżniczkę czardasza” Emmericha Kalmana, „Zemstę nietoperza” Johanna Straussa, „Ptasznika z Tyrolu” Karla Zellera,  oraz „Boccaccio” Franza von Suple.

Ma w swym dorobku również kilkanaście wyreżyserowanych spektakli telewizyjnych, stworzonych głównie dla Teatru Telewizji Polskiej (m.in.: „Sędzia i jego kat” Friedricha Durrenmatta, „A gdzie ja się, biedniuteńki, podzieję” Joanny Papuzińskiej, „Zbrodnia z premedytacją” Witolda Gombrowicza, “Wariatka z Chaillot” Jeana Girardoux, “Świerszcz za kominem” Charlesa Dickensa, “Eskapada” Valerie Bonnier, czy „ Zwłoki” Gerarda Moona.).

Można śmiało powiedzieć, że niewiele jest polskich seriali, przy których nie pracowałby Wojciech Adamczyk.
Zaczynając od „Tata, a Marcin powiedział” (287 odcinków – 64 miejsce na liście 100 najlepszych programów w całej historii Telewizji Polskiej) i „Rodziców nie ma w domu” przez „Rodzinę zastępczą”, „Miodowe lata”, „Na Wspólnej”, „Tancerzy” i wielu, wielu innych, aż do kultowego już dzisiaj „Rancza”, wyreżyserował niezliczoną ilość odcinków dla polskiej telewizji.

Właśnie „Ranczo” przyniosło Wojciechowi Adamczykowi największą popularność i sławę.
Jest to przedsięwzięcie reżysersko bardzo trudne, ale realizowane po mistrzowsku. Nie dziwi więc fakt, że od 2007 roku bije rekordy oglądalności. Serial był wielokrotnie nagradzany, m.in. uhonorowany „Telekamerą Teletygodnia” w kategorii serial komediowy oraz „Supertelekamerą roku 2009”.

Deszcz nagród dla „Rancza”, to nie jedyne wyróżnienia w karierze reżysera. Otrzymał m.in. „Nagrodę Publiczności” za sztuki: „Dziwna Para” wystawianą w warszawskim teatrze „Capitol” i „Kolacja dla głupca” w teatrze „Ateneum” w Warszawie. Dużym sukcesem jest także nominacja w kategorii „sitcom” dla serialu „Halo, Hans” na 48 Międzynarodowym Festiwalu Twórczości Telewizyjnej „Rose d’Or” w Lucernie.

Wojciech Adamczyk, chociaż jest osobą znaną i popularną i chociaż, z racji wykonywanego zawodu, wciąż obraca się w trudnym przecież środowisku artystycznym, pozostaje sympatycznym, nie zmanierowanym człowiekiem.
Wysoko ceni sobie mądrość, wiedzę i kulturę osobistą. Sam mówi, że „w życiu nie ma nic lepszego, niż przyznanie rozumowi wiodącej roli”, a z równowagi wyprowadza go „chamstwo, głupota, cynizm, pazerność – w życiu publicznym; w kulturze zalew tandety i amatorszczyzny”.
Na pytanie jednego z dziennikarzy „czego ma za dużo?”, odpowiada „pokory”. Chociaż wobec siebie surowy i wymagający, dla innych ma dużo tolerancji i wyrozumiałości. Twierdzi „że nawet w bohaterach negatywnych tkwią pokłady dobra”.
Wojciech Adamczyk jest osobą z ogromnym poczuciem humoru, świetnym gawędziarzem, „duszą towarzystwa”, chociaż on sam twierdzi inaczej.
Znakomicie opowiada dowcipy, a pogodny i życzliwy jest „z natury”.
Ma wspaniałą rodzinę.
Żona Małgorzata perfekcyjnie godzi obowiązki pani domu z pracą twórczą. Jest uznaną, popularną autorką powieści dla dzieci, młodzieży i dorosłych, a jej trzytomowa saga pt.: „Cukiernia Pod Amorem” wciąż wysoko lokuje się na liście bestsellerów.
Synowie, absolwenci Wydziału Kulturoznawstwa SWPS w Warszawie, odziedziczyli talent po rodzicach.
Starszy syn, Maciej jest autorem i wykonawcą popularnej obecnie tzw. stand-up comedy, natomiast młodszy – Piotr,  jest muzykiem, perkusistą zespołu „Radio Error”.
Do rodziny Adamczyków należą również trzy „córeczki” – dwie czarne sznaucerki - Mamba i Nesca, oraz biała goldenka Milka. Ich głównym zadaniem, jest dbanie o dobre samopoczucie członków familii, głównie pana domu.




Teresa Szymczak
ZNANY REŻYSER - ŚWIETNY CZŁOWIEK (2)

Piękne, wawerskie osiedla zamieszkiwało – i nadal zamieszkuje - wielu wybitnych, bardziej lub mniej znanych twórców: uczonych, pisarzy, malarzy, aktorów, animatorów kultury. Być może – ktoś kiedyś, jakiś miłośnik lokalnej historii – pokusi się o zebranie informacji o tych ludziach w jednym opracowaniu – na chwałę uroków Wawra.

Oddział Anin TPW wespół z Klubem kultury Anin próbuje pokazywać ludzi współcześnie twórczych
z wawerskiego kręgu. W ostatni piątek marca doszło do skutku trzecie już spotkanie z cyklu „Ludzie Wawra”. Jego głównym bohaterem był Wojciech Adamczyk. Można powiedzieć po prostu: świetny człowiek.
Bo to nie tylko znakomity reżyser, znany z kultowego już serialu Ranczo, ale twórca o bogatym dorobku w teatrze i filmie. To przede wszystkim skromny, miły, serdeczny człowiek.
Żaden ze znanych mi wyżej wspomnianych wawerskich twórców tak szybko nie zżył się
z mieszkańcami swego osiedla, jak udało się to Wojciechowi Adamczykowi. Niewątpliwie duża w tym zasługa jego żony, Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, znanej pisarki, z wdziękiem zacieśniającej więzi sąsiedzkie.

Oni oboje po prostu znajdują czas na to, by spotkać się z ludźmi mieszkającymi obok, pogadać z nimi
o swojej pracy, wysłuchać problemów sąsiadów. Pomóc. I nie czynią tego dla sławy, tę bowiem już posiadają. Ani dla honorariów, bo czas swój ofiarowują bezinteresownie. Wnoszą przez swoje inicjatywy wiele nowego w utarte schematy działań kulturalnych Anina.

A teraz kilka słów o samym spotkaniu. Słusznie dyrekcja Klubu Kultury Anin przeznaczyła na nie największą swoją salę, która i tak nie pomieściła wszystkich przybyłych.

O „drodze do sławy” pana Wojciecha dowcipnie i sympatycznie opowiedziała przyjaciółka rodziny, Barbara Mildner. Zaś reżyser - zgodnie ze scenariuszem organizatorów - zagrał samego siebie. Uraczył zebranych nie tylko szklaneczką Mamrota, lecz przede wszystkim licznymi anegdotami o swojej pracy na planach filmowych. Jego „gra” przerywana była co chwila wybuchami śmiechu.

Motorem działań w życiu Wojciecha Adamczyka – jak przyznał sam w pewnym momencie - jest chęć sprawienia radości innym. Czyni to między innymi w realizowanych przez siebie komediach. Kiedy się człowiek śmieje, to jest oczywiste, że coś sprawiło mu radość…
W dobie panoszącego się patosu taki niosący uśmiech człowiek jest na wagę złota.

Wystąpienie  reżysera uzupełnił pokaz jego dorobku artystycznego.

Jak wymarzyli sobie inicjatorzy spotkania, na sali znaleźli się nie tylko członkowie Oddziału Anin TPW (w tym przedstawicielki ZG TPW), lecz przede wszystkim -  rodzina pana Wojciecha: powitana oklaskami jego matka, Eleonora Adamczyk, żona Małgorzata, synowie, liczni przyjaciele i sąsiedzi. Gości przywitał w imieniu KKA Mirosław Pyrzyński i p. prezes OA TPW, znana, długoletnia nauczycielka anińskiego liceum, Maria Chodorek. 






Foto Andrzej Sachanowski

____________________________

Barbara Mildner
GRAŻYNA  MORDZON W GALERII NA TRAWIASTEJ




Ludzie nie dlatego przestają się bawić,
że się starzeją, lecz starzeją się,
bo przestają się bawić.
(Mark Twain)

 Grażyna Mordzon (z domu Wolińska) urodziła się 4.sierpnia 1957 r. (niedziela!). Chociaż warszawianka, najchętniej wyjeżdżała z miasta na wieś. Właśnie tam miała okazję obcować z prawdziwą naturą – roślinami i zwierzętami. Czy może być piękniejsze miejsce dla wrażliwego artystycznie dziecka, niż miejscowość o nazwie „Dobra Nadzieja” z kochającymi dziadkami o imionach: Wiktoria i Mikołaj?
Grażynka od zawsze lubiła rysować, kochała teatr. Znała niemal wszystkie spektakle z repertuaru Teatru Wielkiego.
Po ukończeniu Szkoły Podstawowej planowała kontynuować naukę w liceum o profilu plastycznym. Los jednak inaczej pokierował jej życiem i zrobił z niej ekonomistkę.
Pracę zawodową podjęła w warszawskiej SGPiS.
W 1978 r. wyszła za mąż za Sławomira Mordzona, urodziła kolejno - córkę Joannę i 10 lat później syna Roberta. Szczęśliwa mama na dobre poświęciła się rodzinie, pomagając jednocześnie mężowi w prowadzeniu firmy.
To oczywiste, że nawet pracując w domu, można spełniać się, tworząc małe formy artystyczne. Wielokrotnie miałam okazję podziwiać hafty Grażyny, jej dekoracje świątecznych stołów i potraw,  artystycznie zapakowane upominki.
Tworzy piękne, okolicznościowe kartki, co również mogą potwierdzić osoby zaproszone  na jej dwa wernisaże w „Galerii na Trawiastej”.
Po 50-tych urodzinach postanowiła spróbować swoich sił w rysunku i malarstwie. Decyzja ta była tym łatwiejsza, gdyż mogła poświęcić dla siebie więcej czasu. Dzieci skończyły studia i usamodzielniły się. Ponadto mąż,  w bardzo krótkim czasie zrealizował swoje pasje żeglarskie - pływał po Bałtyku, Adriatyku,  Morzu Północnym, Śródziemnym i Pacyfiku. Właśnie sukcesy męża były dla niej dodatkową mobilizacją i bodźcem, by zająć się własną pasją.

Grażyna nie ukończyła żadnych prestiżowych szkół artystycznych, jest samoukiem.
Jej artystyczne początki, to udział w krótkich zajęciach plastycznych i tkactwa.
Samodzielnie próbowała swoich sił w technice malowania suchymi pastelami, zainspirowana twórczością polskiego malarza Władysława Ślewińskiego. Nie mając zawodowego przygotowania (często powtarza, że jej oko widzi więcej, niż może narysować ręka), wypracowała swój własny sposób tworzenia portretów.
Zafascynowana chińską i japońską sztuką malowania i kaligrafii, od marca 2011 roku uczęszcza na warsztaty „Chińskiej sztuki malowania pędzlem” pod kierunkiem Izabeli Zalewskiej-Kantek w „Magazynie Sztuk”.
Grażyna Mordzon wciąż stara się wzbogacać swoje umiejętności plastyczne. Zdecydowała się poznać, ponoć najtrudniejszą, technikę malarską – akwarelę. Od października ubiegłego roku zapisała się na zajęcia pod kierunkiem Joanny Malinowskiej.
Miejmy nadzieję, że będziemy mieli okazję, zobaczyć jej nowe prace, bo ten zodiakalny Lew, a w chińskim horoskopie Kogut  - wciąż bawi się malując.



Całość fotorelacji: Proszę Kliknąć TU


Chińska metoda malowania pędzlem, to linie i kropki – znaki naniesione na papier, by stworzyć podobieństwo, lub wyobrażenie roślin i zwierząt, gór i nieba, ryb i owadów.
Sposób malowania opiera się na pociągnięciach pędzla typowych dla kaligrafii obrazkowej, która rozwinęła się wiele lat temu i dlatego często mówi się, że jest to „pisanie”, a nie malowanie i „czytanie”, a nie oglądanie.
Obrazy „pisze się” głównie tuszem na papierze, lub jedwabiu – materiałach tak delikatnych, że jakakolwiek korekta jest praktycznie niemożliwa.
Rozrabianie tuszu to swoisty obrzęd wymagający czasu, który należy poświęcić na zebranie myśli wokół malowanego obrazka. Ze szczególnym pietyzmem przestrzega się rytuału maczania pędzelka, nawet po kilkanaście razy, dla nabrania właściwej ilości farby i wody. Przejście od umysłu i serca artysty na papier przez rękę i pędzel, musi być pozytywne i wygodne.
Malarz chiński rzadko chce „sportretować” krajobraz. Częściej chodzi mu o nastrój, atmosferę, pobudzenie do kontemplacji, dlatego też namalowany obraz wzmacniany jest umieszczonym obok wierszem i stosowną pieczęcią.
Inaczej niż w Europie, gdzie obrazy zwykle mają swoje stałe miejsce na ścianie, obrazy chińskie, wykonane na rolkach jedwabiu, lub papieru, najczęściej przechowywane są w skrzyniach i bywają wyjmowane tylko na czas ich oglądania i medytacji.
Tradycyjne chińskie malarstwo przeżywa obecnie renesans i to zarówno w swoim kraju, jak i poza jego granicami.