3 lutego 2012

WITAMY W NOWYM ROKU



__________________________

HOMO LEGENS
Jan Czerniawski
KANDYDAT I JEGO ANIOŁ

W dawnych kulturach istniało wielkie zapotrzebowanie na przekaz
ważnych dla lokalnych społeczności historii. Opowiadacze cieszyli się
zazwyczaj wysokim prestiżem. Nie znali trosk materialnych. Bohaterowie
ich opowieści funkcjonowali w zbiorowej świadomości przez wiele
pokoleń. Prowadzili swoiste życie po życiu. Stanowili punkt
odniesienia. Podobnie działo się z obecnymi w tych lokalnych
opowieściach miejscami. Każde dziecko wiedziało, jaką rolę w dziejach
osady odegrała zlokalizowana w jej centrum studnia czy rosnące na jej
skraju drzewo.

A jakie znaczenie ma opowiadanie lokalnych tradycji w naszych czasach?
Odpowiedzi na to pytanie poszukuje Barbara Wizimirska, która od kilku
lat opowiada o Falenicy. Napisała o tym osiedlu już trzy książki.

Jaki sens ma ciągłe powtarzanie tej samej historii? Po pierwsze: jest
to tylko z pozoru ta sama historia. Raz opowieść dotyczy osiedla
i różnych - oficjalnych, i podskórnych - nurtów jego życia. Kiedy indziej
przedmiotem narracji jest proces tworzenia i rozwoju parafii.
W najnowszej książce opowiadanie koncentruje się wokół ważnego
wydarzenia, jakim jest pojawienie się w Falenicy jezuitów. Po drugie:
Autorka ma w sobie żyłkę historyka. Każdą wersję opowieści uzupełnia
więc o nowe fakty, pracowicie wyłuskane bądź to z publikowanych przez
innych źródeł, bądź z zebranych przez siebie ustnych relacji. Wertuje
cierpliwie zakurzone i pożółkłe archiwalne dokumenty. Po trzecie: za
każdym razem przedstawia historię Falenicy jeszcze ciekawiej niż
poprzednio. Tak jak dawni opowiadacze. Coraz bardziej wierzy w swój
dar narracji i coraz mocniej wciąga czytelnika w rytm i rym
opowiadania. Każdy kto czyta te książki, nabiera z czasem przekonania,
że nadwiślańska wieś przekształcająca się w małe miasteczko, a potem
znów w peryferyjne warszawskie osiedle odegrała w dziejach niezwykle
istotną rolę. Gdyby było inaczej, po co by o niej pisać?

Historię Falenicy już trochę znam. Bywa, że wyobrażam sobie ulicę
Handlową z jej gwarem i kurzem. O jezuitach co nieco czytałem. W
trzeciej książce Barbary Wizimirskiej najbardziej zainteresowały mnie
losy rodziny Szaniawskich. To dzięki tej familii mamy dziś w Falenicy
Europejskie Centrum Komunikacji i Kultury. Maria Wojciechowska, córka
Stanisława i Bronisławy Szaniawskich, była dentystką. Nietypową
dentystką. Zarabiała na życie lecząc zęby pracowników Ministerstwa
Gospodarki Komunalnej. Jednocześnie w prywatnym gabinecie w Alejach
Jerozolimskich przyjmowała (bez honorariów!) pozbawionych w PRL prawa
do ubezpieczenia zdrowotnego księży, zakonników i zakonnice. Leczyła
biskupów Bronisława Dąbrowskiego i Władysława Miziołka. Jej kontakt z
jezuitami miał najprawdopodobniej swój początek również w tym
dobroczynnym gabinecie. Córka Marii, Joanna, zakochała się w
przystojnym tureckim dyplomacie. Nazywał się Sedat Üçerler. Wyszła za
niego za mąż. Owocem tego polsko-tureckiego związku był Murat Antoni.
Zamiast zgłębiać tajniki islamu, poszedł on w zupełnie innym kierunku.
Odkrył w sobie powołanie do życia zakonnego i został ... jezuitą.

Tę i wiele innych historii znajdziecie w "Opowieściach falenickich". A
co ma do tego kandydat i jego anioł? Zajrzyjcie na stronę 108.




Bibliografia:
Barbara Wizimirska, Falenica. Portret osiedla 2008, Warszawa 2008

Barbara Wizimirska, Jubileusz 75-lecia powstania parafii NSPJ w
Falenicy 1934-2009, Warszawa 2009

Barbara Wizimirska, Opowieści falenickie. O letnisku, rodzinie
Szaniawskich oraz o jezuitach i ich dziełach, Warszawa 2012


______________________


Teresa Szymczak
A jednak zazdroszczę ci talentu...

Książka, zawierająca encyklopedyczną wiedzę  nie tylko o Falenicy, ale o niej przede wszystkim, napisana jest przez znakomitą felietonistkę, której zamiłowanie do piękna polskiego języka daje o sobie znać na każdej niemal stronie. Zabawnie dobrane tytuły rozdziałów, w rzeczową relację wplatane słowa  i zdania,  czynią z niej frapującą opowieść o zmarłych mieszkańcach Falenicy i poczynaniach, poglądach dziś tam mieszkających ludzi. Wiele nowego tam o jezuitach, o wspaniałym Centrum tam stworzonym.

Chciałam podkreślać - swoim zwyczajem - co bardziej udane zwroty, ale wstrzymałam się od tego ze względu na piękną szatę edytorską tego dziełka. Niezwykle staranna redakcja, dyskretne przypisy, nieobciążające czytelnika, świetne ilustracje, pomysłowo ujęte w  album starych zdjęć, wzbogacone  fotograficznymi przerywnikami rozdziały z zabawnymi rysuneczkami bardzo cieszą czytelnika. Szkoda, że te szare fotografie,  przymglone jakby przez czas, nie wszystkie są dostatecznie wyraźne - niektóre bardzo udane.

Basiu,  nasza współpracowniczko, to moje wrażenia po dokładnej lekturze twojej pracy. Stworzyłaś książkę - małe arcydzieło. Gdybyż wszyscy, zajmujący się lokalną historią, byli równie pracowici i cierpliwi, jak ty... Niestety, trafiają do moich rąk maszynopisy z tak  niezliczoną ilością błędów rzeczowych (pal licho literówki!), że włosy dęba stają. Szkoda, że tylko nieliczni te błędy zauważają. Ale nic dziwnego  - niewiele osób zna historię swego regionu. Czasem ci, którzy znać ją powinni….

______________________

DOBRA PROZA


Dariusz Osiński
Pisak

Pierwszym moim pisakiem w życiu był palec. Pisałem nim w talerzu z kaszką, po zaparowanej szybie i gdzie się tylko dało. Drugim pisakiem był patyk, którego używałem do twórczych esów na ubitym piasku. Następnym kreda, cegła i węgiel drzewny  idealnie nadające się do tzw nieskromnych rysunków na murach, i płotach. Nie mogłem się nadziwić jakie u dorosłych wywoływała emocje wykaligrafowana przeze mnie wielka cyfra 3 w pozycji leżącej na prawym boku…

Pojawił się ołówek, kredki i wreszcie przyszedł czas na pióro składające się z obsadki stalówki i kałamarza. Kleksy towarzyszące temu narzędziu oraz dotkliwe okaleczenia wrogów klasowych zapisały się w mojej pamięci niskimi ocenami i wiecznym niezadowoleniem rodziców.

Kiedy tylko dowiedziałem się, że pierwszym piórem było gęsie pióro, moja wakacyjna wizyta na wsi zaowocowała uporczywą i bezowocną pogonią za białym nielotem zakończoną kąpielą w błotnistej kałuży, i słowami wujka:
- Nie ganiaj, mam ich pełno w drewutni.

Pióra wieczne były niemile widziane w szkole i zbyt drogie do nauki pisania. Dziadek miał piękne przedwojenne wykańczane srebrem, ale kiedy tylko dostało nam się w spadku, to jakby złośliwie przestało pisać. Może nie był to rezultat gniewu sił wyższych, tylko dziecięcej ciekawości, co też może być  w środku …

Pojawiły się długopisy. Nauczyciele określili je zmorą i  końcem kaligrafii. Po latach przyznaję, że mieli rację. Najprostsze znalazły swoje drugie zastosowanie wśród małoletnich konstruktorów. Po ich rozmontowaniu rurka nadawała się idealnie do fantazyjnego strzelania z kulek przerzutego papieru. Lekcje przestały być nudne a dzienniczki wypełniły się złośliwymi wpisami nauczycieli w rodzaju:

Uczeń niestosownie pluł przez rurkę deorganizując pracę klasy i nauczyciela. Po otrzymanej w domu reprymendzie długo zastanawiałem się jak pluć przez rurkę stosownie…

Przełom szkoły podstawowej i średniej, przynajmniej w moim przypadku, skutkował miłością do pióra wiecznego chińskiej produkcji. Sklepy papiernicze dysponowały atramentem czarnym, niebieskim, zielonym i czerwonym. Można powiedzieć orgia barw, ale oczywiście  czerwony zastrzeżony był dla pedagogów.

Mniej więcej w tym samym czasie pojawiła się w naszym domu maszyna do pisania. Nowoczesny, czechosłowacki, walizkowy Consul. Zacząłem na niej ćwiczyć niczym na pianinie. Najbardziej podobał mi się terkoczący dźwięk raptownie wyciąganego z wałka arkusza papieru...

Czarne literki na białym papierze tak mnie oczarowały, że kiedy tylko mogłem ćwiczyłem swoją amatorską twórczość literacką.

No i pojawiły się komputery ze swoją  niezmierzoną ilością rodzajów czcionek. Tylko pisać…

Zdałem sobie jednocześnie sprawę, że ten mój pierwszy pisak-palec, przez cały okres opisywanego wyżej postępu technicznego, zawsze miałem pod ręką i używałem kiedy tylko nadarzyła się ku temu sposobność.




____________________________


Dariusz Osiński
Pożegnanie W.Sz.

Takiej delikatności nikt nie ułoży,
to musiał być palec boży,
by pisać wdzięczne słowa
od nowa i od nowa,
by z każdą kroplą  dnia
jakaś przemiana szła
jakieś proste, a nie pojęte,
ziemskie, a w niebo wzięte…

To musiał być palec boży,
tak słów już nikt nie ułoży…



__________________________







DOBRY START GALERII NA TRAWIASTEJ

Grażyna Mordzon w Aninie

Trochę oniemiała stanęłam na progu sali, w której tyle już wystaw obejrzałam. Do perfekcji doprowadziła dyrekcja wawerskiej Biblioteki  sztukę aranżowania tego wnętrza do potrzeb chwili. Tym razem – z okazji wystawy malowanych tuszem  grafik  Grażyny  Mordzon – przybyłych witały rozstawione  na bocznych powierzchniach misterne, chińskie lampiony, w których mrugały zapalone malutkie świeczki. Na ścianach wisiały delikatne,  znakomicie oprawione obrazki o motywach kwiatów, liści, drzew,  naśladujące  znane mi z jedynie z reprodukcji chińskie, malowane tuszem grafiki.
Można było w czasie wernisażu obejrzeć warsztat malarski tych  cudeniek. O sposobie malowania tuszem, o używanych w tym celu pędzlach i pędzelkach, o tuszu i wodzie do jego rozcieńczania  opowiedziano nam, pozwalając dotykać rekwizytów.
Grażyna  Mordzon,  zafascynowana chińską sztuką malarka o dużym już dorobku,  postanowiła spróbować swych sił w tej niezwykle trudnej technice.
Uczyła się jej,  uczestnicząc w warsztatach pod kierunkiem  Izabeli Zalewskiej-Kantek, która była gościem specjalnym  na tym udanym  wernisażu.

A gości było  bardzo wielu. Nie bacząc na pogodę  14 stycznia stawili się licznie mieszkańcy Anina, a zwabiły ich do biblioteki piękne zaproszenia i – sława wciąż rosnąca Galerii na Trawiastej.

TESZ

______________


Katarzyna Nowak
List pożegnalny Wisławy Sz. do czytelników

A więc tak wygląda śmierć poety?!
Oddech wyrównany aż do ustania
akcji serca i przymknięte powieki.
Po to, żeby się można było skupić
na odnalezieniu drogi w zaświat.

Trzeba będzie przezwyciężyć awersję do podróży.
Żeby chociaż nie było tłumów
podążających w tym samym kierunku
jak jacyś uchodźcy albo coś.
I żadnych dziennikarzy, zastrzegam!

Za to krajobrazem mogę się zachwycać.
Widokiem na jezioro, zachodem słońca,
ostatecznie widokiem Delft z czasów Vermeera.
Za towarzyszy wędrówki chętnie wezmę
te dwie małpy, które wciąż samotnie siedzą
przykute łańcuchem do obrazu starego Breughla,
jakiś drobiazg mysi i psy z tańczącymi ogonami,
i koniecznie tego kota z pustego mieszkania.

Jeśli wyjdę-z-siebie wcześnie rano,
zdążę na proszony obiad u Mistrza.
Będą też Dickens i Mann, może Darwin i Heraklit.
Zwykłe spotkanie towarzyskie
nie obligujące do publicznych wystąpień.

No tak, mieszkanie zostanie puste
i do wydawnictwa już nie pójdę...
A, że tego się nie robi czytelnikom?
No cóż, na wszelki wypadek,
przepraszam, już więcej nie będę...


Warszawa, 02/03.02.2012


________________________






A w Wawrze są ciekawi ludzie

ELŻBIETA SMYKOWSKA

Elżbieta Smykowska nie jest szoł-maniaczką. Nie występuje, nie promuje,  nie prowadzi spotkań, nie recytuje swoich wierszy.  Traktuje je jak modlitwy -  intymne rozmowy  z Niepoznawalnym. Po prostu pracuje, pisze i ciągle – (mimo magisterium z teologii, zdobytego na Akademii Teologii Katolickiej
w Warszawie - dziś  to Uniwersytet im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego)   uczy się, poszerza naukowo obszary swych metafizycznych zainteresowań.
Po matce  Rosjance, która poślubiła Polaka – jest prawosławna. Dlatego głównym plonem jej prac są książki, wydawane przez katolickie wydawnictwo VERBINUM, poświęcone prawosławiu: prawosławnym świętym, obyczajom, ikonom. W dorobku wydawniczym ma kilkanaście prac, świadczących o jej encyklopedycznej wiedzy.

Tą wiedzą zechciała się podzielić ze słuchaczami spotkania, inaugurującego w styczniu cykl, organizowanych przez Oddział Anin TPW wraz z anińskim Klubem  Kultury pod  hasłem: LUDZIE WAWRA.  Uczyniła to bardzo interesująco: po prostu w ogromną dawkę wiedzy o prawosławiu wplotła osobiste wspomnienia
z praktyk i obyczajów  swego rodzinnego domu.  Była to więc zarazem opowieść o prawosławiu i o dzieciństwie Elżbiety.

Organizatorzy  wydobyli jej wiersze, drukowane przed wielu laty
w anińskim  niecodzienniku, czytała je Marta Wołodko, prowadząca
w studenckim radiu audycje o kulturze, koleżanka Elżbiety
z redakcji MNA.
Na to skromne, zimowe spotkanie przybyło mimo mrozu około dwudziestu kilku osób, między innymi  pani burmistrz Wawra, Jolanta Koczorowska, doceniająca, jak widać,  takie  społeczne  inicjatywy.
A zwycięzcą w mini-loterii ( z książką Smykowskiej jako nagrodą) wyszedł prezes Związku Ceramików Polskich,  Dariusz Osiński. Tak chciał LOS.
W lutym następne spotkanie. I w marcu kolejna prezentacja ludzi
z Wawra.

(T.Sz)

______________________

Barbara Wizimirska
Wspominając Szymborską

Ono
jest rodzaju nijakiego.
Niby dziecinno-niewinne
bywa przedmiotem pożądania.
Dla wielu, co męczą się ze słowem.

Ono
było Jej zawsze wierne
bo miało sprzymierzeńców:
ciężki trud, mądrość i skromność.
Że wymienię tylko kilku. Oraz talent.

Ono
z natury takie nieokreślone
i nieuchwytne - a sprawiało cuda:
wiersze, felietony, limeryki, lepieje.
Budziły podziw. Także zawiść. Paskudną.

Ono
Kapryśne. Opuszcza i nie wraca.
Upragnione, a nie do zatrzymania.
Tylko muska – jakby oszczędzając siebie.
Dla lepszych. Ode mnie. Ono. Natchnienie.