20 kwietnia 2012

NASI NA SALONACH

NASI NA SALONACH
WYDARZENIE ARTYSTYCZNE


Och, jak miło bywać „na salonach”! Tym razem opowiem o w salonie artystycznym Renaty Kozerskiej, nie, nie w Aninie, ale z aninianinami w rolach głównych – w Wesołej Starej Miłosnie. Temat - kobiety twórcze. Słuchaliśmy o Agnieszce Osieckiej (i fragmentów jej niektórych „Listów na wyczerpanym papierze”) oraz słynnych już piosenek. Przygotowała to artystyczna rodzina Czajków.
Gościem honorowym wieczoru była Joanna Rawik – artystka sceny muzycznej, laureatka festiwali opolskich, autorka książek. Któż nie pamięta wyznania artystki: Kocham świat /za zasłoną szarych dni...z piosenki: Romantyczność, w której pobrzmiewa Szopenowski Polonez As-dur op.53. Z osobistym wspomnieniem o Władysławie Broniewskim i wierszami poświęconymi poecie wystąpiła  anińska poetka – znana i lubiana doktor Aldona Kraus.

Nadspodziewanie  ciekawy okazał się spektakl poetycki pt. „Odcienie miłości. Rzecz o jednej kobiecie” w autorskim wykonaniu Pauliny Cysak i Katarzyny Nowak – kolejnej anińskiej poetki [i naszej redakcyjnej koleżanki]. Obie młode twórczynie należą do Stowarzyszenia Autorów Polskich. Spektakl składał się z wierszy ich autorstwa. O namiętności, o pożądaniu, o tęsknocie za miłością. Męskim elementem spektaklu był  - milczący obojętnie Andrzej Bonifacy Fudali, również poeta. Publiczność zachwyciły nie tylko poetyckie teksty pełne gorącego uczucia i twórczej pasji, ale również pomysł choreografii i kostiumów. Jak na spektakl traktujący o miłości przystało – dominował kolor czerwony – symbol namiętności skontrastowany z czernią, która miała symbolizować tęsknotę i niespełnienie. Pomysłodawczynie i wykonawczynie widowiska spotkało gorące przyjęcie ze strony bywalców Wesołego Salonu oraz pochwała z ust Joanny Rawik, która występowała na niejednej polskiej i europejskiej scenie.

Gośćmi salonu byli również artystka-malarka  Lidia Snitko-Pleszko prezentująca swoje pastelowe portrety, poetka Monika Maciejczyk z Polanicy Zdroju oraz pieśniarka Teresa Kramarska. Wśród publiczności znaleźli się liczni reprezentanci SAP O/W-wa II wraz z jego prezes Wandą Stańczak.

Mirosław Perzyński – takoż aninianin, bo od lat …dziestu  pracuje w KKA -  wygłosił krótki wykład z pogranicza antropologii kultury, będący jednocześnie mową okolicznościową poświęconą kobietom twórczym w historii.

Uff, czy nie za wiele wrażeń, jak na jeden wieczór? Ale nigdy za wiele czegoś dobrego.

Pani w peruce


11 kwietnia 2012

KRZYSZTOF BRONIATOWSKI - Mój Anin



Krzysztof Broniatowski
MÓJ ANIN


Kiedy myślę – mój Anin – to myślę niejako o swej tożsamości. Mój Anin to poniekąd moja Mała Ojczyzna. Wprawdzie trzy pierwsze lata życia spędziłem „po drugiej stronie torów”, czyli w Wawrze, a jeszcze po ślubie przez prawie sześć lat mieszkałem, jak to się u nas mówi: „w Warszawie” (tzn. w Śródmieściu), ale wszystkie pozostałe lata (z ponad półwiecza) spędziłem w Aninie. Tu prowadzono mnie do przedszkola, tutaj chodziłem do szkoły podstawowej i do liceum. Stąd wyruszałem w świat, aby go poznawać – zarówno na studiach uniwersyteckich jak i w licznych wyjazdach i podróżach. Tutaj także z tych podróży powracałem. Tutaj jest mój dom. Tutaj mieszkają moi najbliżsi – moi rodzice i moje rodzeństwo (choć ściśle biorąc siostra mieszka „za torami”). W Aninie poznałem moją żonę, która też tutaj mieszkała i tutaj, po wspomnianym już kilkuletnim zamieszkaniu w Śródmieściu, powróciliśmy z własną rodziną powiększoną o dwóch synów.
Mój Anin to szczególne miejsce na Ziemi. Miejsce, które bardzo zmieniło się przez to półwiecze i którego zmiany mogłem na bieżąco obserwować. Obrazy z dawnych lat i miejsc, które już dziś całkowicie inaczej wyglądają, pozostały mi pod powiekami. Czasem to jest ścieżka przez lasek w drodze na skróty do szkoły, jakaś sosna przy tej ścieżce z korzeniami, na których zawsze wykręcały się nogi. Innym razem to przystanek, na którym wracając ze szkoły oczekiwało się na autobus, aby zapytać konduktora lub kierowcę, czy można przejechać jeden przystanek „na gapę”. To także śnieg skrzypiący pod butami i skrzący się milionami gwiazdeczek w świetle nielicznych lamp. Tamten Anin to ledwie kilka ulic z twardą nawierzchnią, to jeszcze drewniana charakterystyczna zabudowa, która w pewnym momencie zaczęła zbyt szybko znikać. Wtedy zrodził się pomysł albumu fotograficznego, w którym utrwalony miał być dla następnych pokoleń ten Anin odchodzący w zapomnienie. To dało z kolei impuls do powołania Towarzystwa Przyjaciół Anina. Dzisiejszy Anin cieszy porządnymi ulicami, licznymi zadbanymi posesjami, wśród których nie brak prawdziwych perełek.

Mój Anin to mieszkający tutaj ludzie – sąsiedzi, znajomi; często znajomi dlatego, że ich twarze spotykam na ulicy, w sklepie, w kościele, choć ich imiona ani nazwiska nie są mi znane. A pomimo tego, jest między nami jakaś tajemnicza więź, która powoduje, że wśród nich czuję się u siebie.

Wreszcie mój Anin, to nieuchwytna nić, która łączy tych ludzi, tutaj, obok mnie mieszkających, z tym miejscem, z tą ziemią i tym co się na niej znajduje. Pośrodku naszego osiedla, niemal w geometrycznym jego centrum stoi kościół parafialny. To dla mnie bardzo ważne miejsce. W tym kościele brali ślub moi rodzice a także rodzice mojej żony. W tym kościele zostałem ochrzczony, tutaj odbyłem pierwszą spowiedź i po raz pierwszy przystąpiłem do Komunii Świętej. Tutaj przyjąłem sakrament Bierzmowania i w tym kościele udzieliliśmy sobie z żoną sakramentu Małżeństwa. W tym kościele zostały także ochrzczone nasze dzieci. Dzięki zaangażowaniu w życie parafialne mojej babci a także moich rodziców, byłem zawsze dość blisko kościoła. Pamiętam ten kościół drewniany a potem budowę aktualnego. Dzięki babci miałem zaszczyt osobiście poznać projektanta nowego kościoła – pana inżyniera architekta ś.p. Zygmunta Stępińskiego, który był też projektantem mojego domu rodzinnego w Aninie. Pamiętam wszystkich kolejnych proboszczów i wielu księży, którzy w naszej parafii służyli. Pamiętam … .

Czytając te słowa, może ktoś sobie pomyśleć – ale zaścianek! Nic tylko wszystko w Aninie! Ja tego tak nie odczuwam. Zresztą jak sobie policzę, to w ciągu swego życia, co najmniej półtora roku przebywałem w różnych innych miejscach w Polsce i poza jej granicami. Więc nie tylko Anin!

Ale kocham Anin i czuję się tu dobrze! To chyba dobrze!


Wielkanoc, 2012    

2 kwietnia 2012

ZNANY REŻYSER - ŚWIETNY CZŁOWIEK

Bohaterem kolejnego PIĄTKU Z TOWARZYSTWEM w KKA był znany rezyser, a co najważniejsze - świetny człowiek. Oto opowieść (cz. 1.) o nim i o spotkaniu  
(cz. 2- w przygotowaniu)


Barbara Mildner
ZNANY REŻYSER - ŚWIETNY CZŁOWIEK (1)



Wojciech Adamczyk urodził się 4 lipca 1959 r. w Szczecinie, w artystycznej rodzinie tancerzy. Rodzice, Eleonora i Leszek Adamczykowie, niemal całe zawodowe życie spędzili na deskach Operetki Szczecińskiej, a następnie Operetki Warszawskiej (obecnie Teatr Muzyczny „Roma”).
Własne życie artystyczne rozpoczął od edukacji w Podstawowej Szkole Muzycznej.
Studia wyższe, zarówno Wydział Aktorski i pięć lat później, w 1987r. Wydział Reżyserii Warszawskiej PWST (dzisiaj: Akademia Teatralna w Warszawie) ukończył z wyróżnieniem.
Dwukrotnie został laureatem rocznego stypendium Ministra Kultury i Sztuki dla „wyróżniających się młodych twórców-studentów szkół artystycznych”, a jako stypendysta rządu francuskiego, mógł odbyć w paryskim Centre National Gennevilliers swój reżyserski staż.
Podczas studiów skupiał się nie tylko na nauce. Bardzo intensywnie działał społecznie w organizacjach studenckich, również jako członek Rady Wydziału i Senatu Uczelni.
Na macierzystą uczelnię powrócił w 1993 roku i do dnia dzisiejszego jest wykładowcą „przedmiotu głównego” na Wydziale Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej.
Kształcąc młodzież nie zaprzestał własnej edukacji. W maju 2000 r. obronił pracę doktorską, a w listopadzie 2005 r. przyznano mu tytuł doktora habilitowanego.
Od września 2002 r. pełnił funkcję dziekana, a następnie prodziekana Wydziału Reżyserii.
Od 1989 r. jest członkiem Stowarzyszenia MENSA.
Wyłącznie dzięki wrodzonym zdolnościom, pracowitości i umiejętności organizowania pracy może pochwalić się dzisiaj swoimi osiągnięciami, a jest ich naprawdę niemało.
Zanim całkowicie poświęcił się reżyserii, zagrał kilka ról filmowych (m.in. w „Godzinie W”, „Rodziców nie ma w domu”, „Dorastaniu”, „Na Wspólnej”, „Halo Hans! czyli nie ze mną te numery”), jednak zdecydowanie bardziej odpowiada mu praca reżysera. Na tym polu osiągnął najwięcej.
Na swoim koncie ma ponad 30 wyreżyserowanych sztuk teatralnych,
wystawianych na deskach teatrów w Polsce i za granicą (m.in. „Wizyta starszej pani” Friedricha Durrenmatta, „Lot nad kukułczym gniazdem” na podstawie powieści Kena Kesey’a, „Żołnierz królowej Madagaskaru” na podstawie farsy Stanisława Dobrzyńskiego i Juliana Tuwima, ”Dwoje na huśtawce” Wiliama Gibbona, „Balladyna” Juliusza Słowackiego, „Kariera Artura Ui” Bertolda Brechta, „Kolacja dla głupca” i „Co ja panu zrobiłem Pignon” Francisa Vebera
„Kiedy kota nie ma” Johna Mortimera i Briana Cooka i wiele, wiele innych).

Wojciech Adamczyk reżyserował również opery: „Pajace” Ruggero Leoncavallo, „Rycerskość wieśniaczą” Pietro Mascagniego i „I Capuleti e i Montecchi” Vincenzo Belliniego oraz operetki: „Księżniczkę czardasza” Emmericha Kalmana, „Zemstę nietoperza” Johanna Straussa, „Ptasznika z Tyrolu” Karla Zellera,  oraz „Boccaccio” Franza von Suple.

Ma w swym dorobku również kilkanaście wyreżyserowanych spektakli telewizyjnych, stworzonych głównie dla Teatru Telewizji Polskiej (m.in.: „Sędzia i jego kat” Friedricha Durrenmatta, „A gdzie ja się, biedniuteńki, podzieję” Joanny Papuzińskiej, „Zbrodnia z premedytacją” Witolda Gombrowicza, “Wariatka z Chaillot” Jeana Girardoux, “Świerszcz za kominem” Charlesa Dickensa, “Eskapada” Valerie Bonnier, czy „ Zwłoki” Gerarda Moona.).

Można śmiało powiedzieć, że niewiele jest polskich seriali, przy których nie pracowałby Wojciech Adamczyk.
Zaczynając od „Tata, a Marcin powiedział” (287 odcinków – 64 miejsce na liście 100 najlepszych programów w całej historii Telewizji Polskiej) i „Rodziców nie ma w domu” przez „Rodzinę zastępczą”, „Miodowe lata”, „Na Wspólnej”, „Tancerzy” i wielu, wielu innych, aż do kultowego już dzisiaj „Rancza”, wyreżyserował niezliczoną ilość odcinków dla polskiej telewizji.

Właśnie „Ranczo” przyniosło Wojciechowi Adamczykowi największą popularność i sławę.
Jest to przedsięwzięcie reżysersko bardzo trudne, ale realizowane po mistrzowsku. Nie dziwi więc fakt, że od 2007 roku bije rekordy oglądalności. Serial był wielokrotnie nagradzany, m.in. uhonorowany „Telekamerą Teletygodnia” w kategorii serial komediowy oraz „Supertelekamerą roku 2009”.

Deszcz nagród dla „Rancza”, to nie jedyne wyróżnienia w karierze reżysera. Otrzymał m.in. „Nagrodę Publiczności” za sztuki: „Dziwna Para” wystawianą w warszawskim teatrze „Capitol” i „Kolacja dla głupca” w teatrze „Ateneum” w Warszawie. Dużym sukcesem jest także nominacja w kategorii „sitcom” dla serialu „Halo, Hans” na 48 Międzynarodowym Festiwalu Twórczości Telewizyjnej „Rose d’Or” w Lucernie.

Wojciech Adamczyk, chociaż jest osobą znaną i popularną i chociaż, z racji wykonywanego zawodu, wciąż obraca się w trudnym przecież środowisku artystycznym, pozostaje sympatycznym, nie zmanierowanym człowiekiem.
Wysoko ceni sobie mądrość, wiedzę i kulturę osobistą. Sam mówi, że „w życiu nie ma nic lepszego, niż przyznanie rozumowi wiodącej roli”, a z równowagi wyprowadza go „chamstwo, głupota, cynizm, pazerność – w życiu publicznym; w kulturze zalew tandety i amatorszczyzny”.
Na pytanie jednego z dziennikarzy „czego ma za dużo?”, odpowiada „pokory”. Chociaż wobec siebie surowy i wymagający, dla innych ma dużo tolerancji i wyrozumiałości. Twierdzi „że nawet w bohaterach negatywnych tkwią pokłady dobra”.
Wojciech Adamczyk jest osobą z ogromnym poczuciem humoru, świetnym gawędziarzem, „duszą towarzystwa”, chociaż on sam twierdzi inaczej.
Znakomicie opowiada dowcipy, a pogodny i życzliwy jest „z natury”.
Ma wspaniałą rodzinę.
Żona Małgorzata perfekcyjnie godzi obowiązki pani domu z pracą twórczą. Jest uznaną, popularną autorką powieści dla dzieci, młodzieży i dorosłych, a jej trzytomowa saga pt.: „Cukiernia Pod Amorem” wciąż wysoko lokuje się na liście bestsellerów.
Synowie, absolwenci Wydziału Kulturoznawstwa SWPS w Warszawie, odziedziczyli talent po rodzicach.
Starszy syn, Maciej jest autorem i wykonawcą popularnej obecnie tzw. stand-up comedy, natomiast młodszy – Piotr,  jest muzykiem, perkusistą zespołu „Radio Error”.
Do rodziny Adamczyków należą również trzy „córeczki” – dwie czarne sznaucerki - Mamba i Nesca, oraz biała goldenka Milka. Ich głównym zadaniem, jest dbanie o dobre samopoczucie członków familii, głównie pana domu.




Teresa Szymczak
ZNANY REŻYSER - ŚWIETNY CZŁOWIEK (2)

Piękne, wawerskie osiedla zamieszkiwało – i nadal zamieszkuje - wielu wybitnych, bardziej lub mniej znanych twórców: uczonych, pisarzy, malarzy, aktorów, animatorów kultury. Być może – ktoś kiedyś, jakiś miłośnik lokalnej historii – pokusi się o zebranie informacji o tych ludziach w jednym opracowaniu – na chwałę uroków Wawra.

Oddział Anin TPW wespół z Klubem kultury Anin próbuje pokazywać ludzi współcześnie twórczych
z wawerskiego kręgu. W ostatni piątek marca doszło do skutku trzecie już spotkanie z cyklu „Ludzie Wawra”. Jego głównym bohaterem był Wojciech Adamczyk. Można powiedzieć po prostu: świetny człowiek.
Bo to nie tylko znakomity reżyser, znany z kultowego już serialu Ranczo, ale twórca o bogatym dorobku w teatrze i filmie. To przede wszystkim skromny, miły, serdeczny człowiek.
Żaden ze znanych mi wyżej wspomnianych wawerskich twórców tak szybko nie zżył się
z mieszkańcami swego osiedla, jak udało się to Wojciechowi Adamczykowi. Niewątpliwie duża w tym zasługa jego żony, Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, znanej pisarki, z wdziękiem zacieśniającej więzi sąsiedzkie.

Oni oboje po prostu znajdują czas na to, by spotkać się z ludźmi mieszkającymi obok, pogadać z nimi
o swojej pracy, wysłuchać problemów sąsiadów. Pomóc. I nie czynią tego dla sławy, tę bowiem już posiadają. Ani dla honorariów, bo czas swój ofiarowują bezinteresownie. Wnoszą przez swoje inicjatywy wiele nowego w utarte schematy działań kulturalnych Anina.

A teraz kilka słów o samym spotkaniu. Słusznie dyrekcja Klubu Kultury Anin przeznaczyła na nie największą swoją salę, która i tak nie pomieściła wszystkich przybyłych.

O „drodze do sławy” pana Wojciecha dowcipnie i sympatycznie opowiedziała przyjaciółka rodziny, Barbara Mildner. Zaś reżyser - zgodnie ze scenariuszem organizatorów - zagrał samego siebie. Uraczył zebranych nie tylko szklaneczką Mamrota, lecz przede wszystkim licznymi anegdotami o swojej pracy na planach filmowych. Jego „gra” przerywana była co chwila wybuchami śmiechu.

Motorem działań w życiu Wojciecha Adamczyka – jak przyznał sam w pewnym momencie - jest chęć sprawienia radości innym. Czyni to między innymi w realizowanych przez siebie komediach. Kiedy się człowiek śmieje, to jest oczywiste, że coś sprawiło mu radość…
W dobie panoszącego się patosu taki niosący uśmiech człowiek jest na wagę złota.

Wystąpienie  reżysera uzupełnił pokaz jego dorobku artystycznego.

Jak wymarzyli sobie inicjatorzy spotkania, na sali znaleźli się nie tylko członkowie Oddziału Anin TPW (w tym przedstawicielki ZG TPW), lecz przede wszystkim -  rodzina pana Wojciecha: powitana oklaskami jego matka, Eleonora Adamczyk, żona Małgorzata, synowie, liczni przyjaciele i sąsiedzi. Gości przywitał w imieniu KKA Mirosław Pyrzyński i p. prezes OA TPW, znana, długoletnia nauczycielka anińskiego liceum, Maria Chodorek. 






Foto Andrzej Sachanowski

____________________________

Barbara Mildner
GRAŻYNA  MORDZON W GALERII NA TRAWIASTEJ




Ludzie nie dlatego przestają się bawić,
że się starzeją, lecz starzeją się,
bo przestają się bawić.
(Mark Twain)

 Grażyna Mordzon (z domu Wolińska) urodziła się 4.sierpnia 1957 r. (niedziela!). Chociaż warszawianka, najchętniej wyjeżdżała z miasta na wieś. Właśnie tam miała okazję obcować z prawdziwą naturą – roślinami i zwierzętami. Czy może być piękniejsze miejsce dla wrażliwego artystycznie dziecka, niż miejscowość o nazwie „Dobra Nadzieja” z kochającymi dziadkami o imionach: Wiktoria i Mikołaj?
Grażynka od zawsze lubiła rysować, kochała teatr. Znała niemal wszystkie spektakle z repertuaru Teatru Wielkiego.
Po ukończeniu Szkoły Podstawowej planowała kontynuować naukę w liceum o profilu plastycznym. Los jednak inaczej pokierował jej życiem i zrobił z niej ekonomistkę.
Pracę zawodową podjęła w warszawskiej SGPiS.
W 1978 r. wyszła za mąż za Sławomira Mordzona, urodziła kolejno - córkę Joannę i 10 lat później syna Roberta. Szczęśliwa mama na dobre poświęciła się rodzinie, pomagając jednocześnie mężowi w prowadzeniu firmy.
To oczywiste, że nawet pracując w domu, można spełniać się, tworząc małe formy artystyczne. Wielokrotnie miałam okazję podziwiać hafty Grażyny, jej dekoracje świątecznych stołów i potraw,  artystycznie zapakowane upominki.
Tworzy piękne, okolicznościowe kartki, co również mogą potwierdzić osoby zaproszone  na jej dwa wernisaże w „Galerii na Trawiastej”.
Po 50-tych urodzinach postanowiła spróbować swoich sił w rysunku i malarstwie. Decyzja ta była tym łatwiejsza, gdyż mogła poświęcić dla siebie więcej czasu. Dzieci skończyły studia i usamodzielniły się. Ponadto mąż,  w bardzo krótkim czasie zrealizował swoje pasje żeglarskie - pływał po Bałtyku, Adriatyku,  Morzu Północnym, Śródziemnym i Pacyfiku. Właśnie sukcesy męża były dla niej dodatkową mobilizacją i bodźcem, by zająć się własną pasją.

Grażyna nie ukończyła żadnych prestiżowych szkół artystycznych, jest samoukiem.
Jej artystyczne początki, to udział w krótkich zajęciach plastycznych i tkactwa.
Samodzielnie próbowała swoich sił w technice malowania suchymi pastelami, zainspirowana twórczością polskiego malarza Władysława Ślewińskiego. Nie mając zawodowego przygotowania (często powtarza, że jej oko widzi więcej, niż może narysować ręka), wypracowała swój własny sposób tworzenia portretów.
Zafascynowana chińską i japońską sztuką malowania i kaligrafii, od marca 2011 roku uczęszcza na warsztaty „Chińskiej sztuki malowania pędzlem” pod kierunkiem Izabeli Zalewskiej-Kantek w „Magazynie Sztuk”.
Grażyna Mordzon wciąż stara się wzbogacać swoje umiejętności plastyczne. Zdecydowała się poznać, ponoć najtrudniejszą, technikę malarską – akwarelę. Od października ubiegłego roku zapisała się na zajęcia pod kierunkiem Joanny Malinowskiej.
Miejmy nadzieję, że będziemy mieli okazję, zobaczyć jej nowe prace, bo ten zodiakalny Lew, a w chińskim horoskopie Kogut  - wciąż bawi się malując.



Całość fotorelacji: Proszę Kliknąć TU


Chińska metoda malowania pędzlem, to linie i kropki – znaki naniesione na papier, by stworzyć podobieństwo, lub wyobrażenie roślin i zwierząt, gór i nieba, ryb i owadów.
Sposób malowania opiera się na pociągnięciach pędzla typowych dla kaligrafii obrazkowej, która rozwinęła się wiele lat temu i dlatego często mówi się, że jest to „pisanie”, a nie malowanie i „czytanie”, a nie oglądanie.
Obrazy „pisze się” głównie tuszem na papierze, lub jedwabiu – materiałach tak delikatnych, że jakakolwiek korekta jest praktycznie niemożliwa.
Rozrabianie tuszu to swoisty obrzęd wymagający czasu, który należy poświęcić na zebranie myśli wokół malowanego obrazka. Ze szczególnym pietyzmem przestrzega się rytuału maczania pędzelka, nawet po kilkanaście razy, dla nabrania właściwej ilości farby i wody. Przejście od umysłu i serca artysty na papier przez rękę i pędzel, musi być pozytywne i wygodne.
Malarz chiński rzadko chce „sportretować” krajobraz. Częściej chodzi mu o nastrój, atmosferę, pobudzenie do kontemplacji, dlatego też namalowany obraz wzmacniany jest umieszczonym obok wierszem i stosowną pieczęcią.
Inaczej niż w Europie, gdzie obrazy zwykle mają swoje stałe miejsce na ścianie, obrazy chińskie, wykonane na rolkach jedwabiu, lub papieru, najczęściej przechowywane są w skrzyniach i bywają wyjmowane tylko na czas ich oglądania i medytacji.
Tradycyjne chińskie malarstwo przeżywa obecnie renesans i to zarówno w swoim kraju, jak i poza jego granicami.