20 grudnia 2013

JOANNA WĄSIK - Sikorka w zalotach...

Okładka nowego zeszytu. Wersja papierowa już za chwilę!
PROSZĘ KLIKNĄĆ TU

___________________


GŁOSUJEMY:
Jaka impreza, zorganizowana przez Oddział Anin TPW,  była najfajniejsza w 2013 roku? Napisz, co myślisz…Wybierz!

_____________ 



W MALEŃKIEJ, CICHEJ KAWIARENCE

W kawiarence przy ul. Żegańskiej tego wieczoru było niezwykle tłoczno. Kurtki gości nie mieściły się na wieszakach, leżały na stołach w sąsiedniej salce. Wazony nie mieściły bukietów, wiązanek - pękłyby w szwach, gdyby były zszywane.
W tłumie trudno było odnaleźć sprawczynię zamieszania, Mirosławę Skoczeń, byłą naczelnik  Wydziału Kultury, która właśnie zdecydowała się powiedzieć swoim przyjaciołom „do widzenia, odchodzę za Wisłę, sercem pozostaję z wami”.
Nie każdy urzędnik Dzielnicy, przechodząc do innej pracy, budzi żal ludzi, z którymi się stykał, współpracował. Pani Mirosława była jednak nie tylko urzędnikiem,  była duszą i inspiratorem wielu zdarzeń,  organizowanych przez członków organizacji pozarządowych. Wrastała w środowiska licznych osiedli, z którymi współdziałała.
Kultura, to dziedzina,  w której pracować zawodowo powinni pracować ludzie z „duchem”, z wewnętrznym  ogniem. Empatyczni i inspirujący… A niełatwa to praca, bo trzeba oczywiście podejmować decyzje, które budzą żal, poczucie odrzucenia. Umieć łagodzić to odrzucenie, to Sztuka!
Że sztukę tę opanowała, świadczyć może fakt, iż na spotkanie z nią w ostatnim dniu jej pracy w Wawrze przybyło tylu ludzi. Były kwiaty, kwiaty, kwiaty… Ale nie tylko,  także książki z dedykacjami, był pamiątkowy „order”, zawieszony na szyi urzędniczki, były też zabawne, okolicznościowe wierszyki. Jak te, z których poniżej  drukujemy fragmenty:
Senatorska niedaleko/  choć za rzeką./ Wisłę przepłyniemy/ ciebie dopadniemy.     
Albo:
Kto nie lubi naszej Mirki / Niech go zjedzą w lesie wilki.

Kto używa podłej gęby/ Winien dostać prosto w zęby.

Kto przyjaciel jest na niby/ Niech go rychło skują w dyby .    
Albo: 

Popatrz na nas, Mirko droga, na te zatroskane miny

i obiecaj często wpadać do Anina w odwiedziny.

Życzymy sukcesów w nowym miejscu pracy, pani Mirosławo.   Ładnych widoków -  nie tylko z okna…  
                                                                                             
Redakcja MNA



_______________


Sikor w zalotach...
Joanna Wąsik

Jakiś czas temu o świcie wędrowałam smętnie na przystanek, aby komunikacją miejską pomknąć radośnie do pracy. Skąd taka rozbieżność nastrojów pomiędzy pokonywaną drogą, a zajęciem miejsca w autobusie? Otóż stąd, iż w życiu każdego pracownika nadchodzi taki moment, gdy rankiem dokonuje wielkiego wysiłku umysłowego, fizycznego i emocjonalnego, aby wykrzesać z siebie radość z faktu istnienia i zarabiania na chlebek powszedni.  Oczka zaspane, na policzku czuć jeszcze ciepło poduszki, w głowie kołaczą się niedokończone sny, a my z uśmiechem na ustach stawiamy mężnie czoła pokusom łóżka i poduszki... No dobrze, z tym uśmiechem to małe fałszerstwo, ale jak optymistycznie brzmi...

A zatem wędrowałam sobie... Tłumaczyłam sobie... Przekonywałam siebie, że to wcale nieprawda, iż październik to głupi miesiąc, a listopad jeszcze gorszy. Że to nieprawda, iż niedźwiedzie mają lepiej, bo ten najgorszy czas przesypiają i nikomu nie przychodzi do głowy ich budzić. Że wcale nie jest lepiej wyprowadzić się na całą zimę do ciepłych krajów razem z bocianami, tudzież innymi mądrymi ptakami, bo przecież... cztery pory roku mają tyle uroku... 
Gdy tak wędrowałam, nagle z zamyślenia wyrwał mnie znajomy dźwięk. O zgrozo... Głos stworzenia, który wiosenną porą napełniał mnie nienawistnymi uczuciami, pełnymi mściwych zakusów na jego życie i zdrowie, wyzwalające we mnie groźną bestię, której istnienia nigdy w sobie nie podejrzewałam... Tego mglistego, jesiennego poranka wzbudził jednak wręcz przeciwne uczucia... Ojej... sikorka... Kochana, malutka, słodka... Tak, tak, owym stworzeniem, któremu niegdyś życzyłam jak najgorzej, była istotnie sikorka. A ściślej ujmując - sikor. On. Pan. Samiec. Samiec w zalotach.

Począwszy od pierwszych majowych dni prześladował mnie bezwzględnie i systematycznie. Co noc usadawiał się ok. godziny czwartej każdego nowego dnia pańskiego, na gałęzi drzewa rosnącego przy moim oknie i zaczynał miłosne trele, aby żadna powabna sikoreczka nie przeoczyła aby jego obecności na tym łez padole. A głos miał iście operowy. Wydzierał się na całe gardło, ile sił w maleńkich płucach. I przyznam, musiałaby sikorza panna mieć poważną wadę słuchu, by go nie usłyszeć... 
Fiu fiu, fiu fiu, fiu fiu...
I tak w kolejnych seriach..
Nabieramy oddechu i... z całego serca i dzioba: fiu fiu, fiu fiu, fiu fiu...

Usłyszałam i ja. (Niewykluczone, iż usłyszano także w Aninie) Ja, która dawniej, gdy burza z piorunami szalała na całego, spałam snem sprawiedliwego, a zapytana rano, czy bałam się piorunów i grzmotów, pytałam: jakich piorunów... ??? Te dobre czasy bezpowrotnie minęły. Obecnie budzą mnie kroki kocich łap, a co dopiero wrzaski zakochanego krzykacza…
Jedna poduszka na głowie, dwa jaśki, kołdra... hm... może jeszcze trzeci jasiek... gorąco... ale przynajmniej trochę ciszej się zrobiło... 

Kiedyś udało mi się go wypatrzeć między gałązkami... ha, siedzi drań... byłam zbyt zaspana, by się na nim zemścić. Plan opracowałam dopiero, gdy oprzytomniałam. Następnego ranka postanowiłam wprowadzić go w życie... rzucę w niego butem... i spróbuję trafić...
Niestety, jakby przejrzał moje nikczemne plany, schował się dobrze.
Postanowiłam poszczuć go kotem... Pojawił się problem ze współpracą. Kot, jako wybitny indywidualista, godziny nocne uważa za swój czas prywatny, którym może dysponować wg swojej woli i wykorzystać na włóczęgi w tylko sobie znanym kierunku i sprawach. Nic mi do tego i mam się nie wtrącać, a już na pewno nie mieszać go w moje przestępcze knucia.  Dał mi to wyraźnie do zrozumienia.
Próbowałam jeszcze sikora wystraszyć groźnymi minami i budzącymi grozę, jak mi się wydawało, odgłosami. Pozostał niewzruszony...

Pojawiał się regularnie przez trzy tygodnie. Zaczynał śpiewy o czwartej, kończył o szóstej, czyli o godzinie, gdy czas był najwyższy, aby wstać do pracy... Wtedy zapadała błoga cisza... Uuuufff... jak dobrze..., jak cicho... Nareszcie można spokojnie zasnąć... 
Ależ nie... radosna melodia w telefonie już wzywa do rychłego powitania nowego dnia... Ratunku!

Tak więc zapałałam do rodu sikorzego mściwą nienawiścią. Osłabła ona nieco, gdy po jakimś czasie ujrzałam przypadkowo mojego prześladowcę, jak wraz z rodziną wchodził do swojego mieszkanka nieopodal mojego drugiego okna. Pani sikorowa i małe sikorzątka. Ładnych dzieci się dochowali trzeba przyznać...  Wspaniałomyślnie mu wybaczyłam.

Powróćmy jednak do poranka na przełomie października i listopada, gdy ze spuszczoną głową, powoli  szłam w porannej mgle na przystanek. Znienawidzony dźwięk przypomniał wiosenne, radosne poranki, wypełnione słońcem i pląsem wesołych  promieni na ścianach pokoju, gdy gałęzie drzew pokrywały znowu młodziutkie liście, soczyście zielone. Przypomniał, że nie zawsze już będzie szaro, ponuro, zimno i buro, ale wkrótce znowu wszystko się odrodzi do nowego życia. Sikorze fiu fiu, fiu fiu, fiu fiu, zabrzmiało jak najpiękniejszy słowiczy śpiew.  I rozczuliłam się nad malutkim stworzonkiem.