13 lutego 2013

LECH KRÓLIKOWSKI - spotkanie


JAN CZERNIAWSKI - Jechał premier drogą…



Zwłoki Piotra Jaroszewicza i Alicji Solskiej odnalazł 1 września 1992 roku około godziny 23.00 ich syn, Jan Jaroszewicz. Przybył zaniepokojony faktem, iż rodzice nie odbierają telefonu. Ciało byłego premiera było umieszczone na fotelu. Nie żył od wielu godzin. Zabójstwa dokonano najwyraźniej nocą z 31 sierpnia na 1 września. Lewa ręka denata przywiązana była do poręczy, prawa ręka spoczywała wolna. Na szyję ofiary założono pasek. Mordercy byli profesjonalistami: pasek zaciśnięto za pomocą ciupagi, którą wcześniej powoli dokręcano. Tak jakby ktoś wymuszał na ofierze ujawnienie jakichś informacji. Za tą hipotezą przemawiałoby też uwolnienie prawej ręki. Być może były premier miał coś przed śmiercią podpisać: jakiś dokument albo zobowiązanie? Jego żonę zabito strzałem w skroń oddanym z niewielkiej odległości. Strzelano ze sztucera, który należał do jej męża. Przestępcy doskonale znali rozkład mieszkania: zdołali ukryć większość śladów. Potem spadł ulewny deszcz, który zatarł z kolei ślady pozostawione w ogrodzie i najbliższej okolicy domu.
Gdy napastnicy znaleźli się w willi, ona była już w nocnej koszuli, on prawdopodobnie oglądał w salonie telewizję. Świadkowie: ochroniarz  i jedna z sąsiadek, słyszeli dwa strzały. Myśleli, że to młodzież bawi się petardami. Piotra Jaroszewicza zaatakowano na parterze. Stąd sprawcy przenieśli go do gabinetu, na piętro. Torturowali go z niezwykłym okrucieństwem. Robili też przerwy w torturach. Tak, jakby chcieli uszanować zamiłowanie pana domu do czystości: założyli mu na głowę opatrunek,  zmienili zabrudzoną krwią koszulę. Alicji Solskiej nie dręczyli. Skrępowanej w kołyskę, leżącej w łazience kobiecie podsunęli pod głowę psią kołdrę. Podawali jej leki. Najwyraźniej nie spieszyli się. Po przeprowadzeniu sekcji zwłok biegli stwierdzili, że znęcanie się nad byłym premierem mogło trwać nawet kilka godzin. Wyrok wykonano nad ranem.
Willa przy ulicy Zorzy 19. Cisza i spokój. Tylko mieszkańcy Anina wiedzieli, że mieszka tu były premier. W zasadzie nie wiadomo, w jaki sposób włamywacze dostali się do środka. Klucze mieli tylko Jaroszewiczowie i ich syn, Jan. Nie dostał ich nigdy Andrzej, syn Jaroszewicza z pierwszego małżeństwa. Piotr Jaroszewicz zawsze nosił przy sobie broń. W ogrodzie królował groźny sznaucer, Remus. Wszystkie terminy wizyt na ulicy Zorzy ustalało się z góry. Gospodarze sami otwierali furtkę gościom.
Jaroszewicz był niezwykle ostrożny. Z psem spacerował dopiero około 22.00 gdyż – jak mówił - wtedy już nie ma ludzi na ulicach. Chodził zawsze z bronią Był to pistolet Walter model PK 38, jeszcze z czasów II wojny światowej. Nigdy się z nim nie rozstawał. Gdy siedział w fotelu, pistolet leżał na stole, na tacy. Obok słodyczy, które tak uwielbiała Alicja Solska. Środki ostrożności jednak nie pomogły…
Od samego początku zakładany przez prowadzących śledztwo rabunkowy motyw zbrodni był mało prawdopodobny. Zbyt wiele cennych przedmiotów pozostało w mieszkaniu. Dochodzenie stało się popisem nieudolności służb: poczynając od zabezpieczania śladów, a na procesie bandziorów z Mińska w 1994 roku kończąc. Nikt nie zdołał udowodnić do końca żadnej tezy: ani prymitywnego napadu rabunkowego, ani rozgałęzionego międzynarodowego spisku, ani też żadnej z hipotez pośrednich. Sprawa Jaroszewiczów wpisała się w długi korowód skandalicznie poprowadzonych śledztw III Rzeczpospolitej. Sprawcy okrutnego morderstwa najprawdopodobniej po dziś dzień pozostają bezkarni. Pękł też jak bańka mydlana mit spokojnego i bezpiecznego Anina. Ta zbrodnia odebrała nam poczucie bezpieczeństwa.
Syn prawosławnego duchownego, Piotr Jaroszewicz, w pierwszym swoim zawodowym wcieleniu był nauczycielem. W czerwcu 1940 roku został aresztowany przez NKWD. Od 1943 r. służył w armii Berlinga. Został zastępcą dowódcy 1 Armii Wojska Polskiego do spraw polityczno-wychowawczych. Już po wojnie był wiceministrem obrony narodowej i głównym kwatermistrzem Wojska Polskiego. Od 1944 roku należał do PPR, a od 1948 do PZPR. Karierę urzędniczą rozpoczął w latach 50. Był wiceprzewodniczącym Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego i wicepremierem (1952-1970). W latach 1970-1980 pełnił stanowisko premiera. W wywiadzie-rzece z Jaroszewiczem (Przerywam milczenie … 1939-1989, 1991) prowadzący rozmowę Bogdan Roliński skwitował życiorys byłego premiera krótką formułą: przed wojną nauczyciel, po wojnie generał, przy Józefie Cyrankiewiczu wicepremier, przy Edwardzie Gierku premier. Przypomniał też popularne swego czasu powiedzenie: Gierek panuje, a Jaroszewicz rządzi.
Kiedy rozpoczynałem naukę w szkole podstawowej (1970), Jaroszewicz i jego rodzina od jakiegoś czasu już w Aninie mieszkali. Raczej się o nich szeptało niż mówiło. W mojej dziecięcej świadomości byli istotami z jakiejś innej, pozaziemskiej cywilizacji. Kiedy Maryla Rodowicz śpiewała wiersz Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego Dzięcioł i dziewczyna (nota bene: napisany najprawdopodobniej w Aninie), byłem niezłomnie przekonany, że poniższe słowa dotyczą właśnie premiera Jaroszewicza:

(…)
Jechał premier drogą,
śle dworzanina;
jechał premier drogą,
śle dworzanina;
wraca dworzan (radca Żaczek):
- Dzięcioł puka, dziewczę płacze.
Drży, bo nie wie, dobra
czy zła nowina.

Struchlał dwór w ogóle,
jak w takich razach;
struchlał dwór w ogóle,
jak w takich razach...
- Hej! - huknął premier w lesie,
zapisał coś w notesie,
zapisał coś w notesie
i jechać kazał.
(Konstanty Ildefons Gałczyński, Dzięcioł i dziewczyna, 1938)

Słowa jechać kazał kojarzyły mi się z metaliczno-zielonym peugeotem 504, którym Jaroszewicz pędził ulicami Anina. Przed godziną ósmą powtarzała się prawie codziennie taka sama scena: z bramy przy ulicy Zorzy 19 wyjeżdża z piskiem opon wspomniane auto, które prowadzi sam premier. Z posesji położonej  naprzeciwko ruszają wozy ochrony (chyba fiaty?) i rozpoczyna się pościg na trasie: Zorzy - Kajki - Czecha. Oczywiście wygrywa peugeot.
Życie w otoczeniu premiera było to życie pełne przywilejów. Podrzędna uliczka Zorzy miała pierwszeństwo wobec ulicy Michała Kajki, będącej przecież główną arterią Anina. Z kolei Kajki była odśnieżona w zimowych miesiącach już o godzinie siódmej rano. Otoczenie obu ulic piękniało nieustannie niczym potiomkinowskie wioski.
Nie wiem skąd wziął się pomysł Jaroszewicza na ulokowanie swej siedziby w Aninie. Poszukiwanie w jego rozmowie z Rolińskim anińskich wątków domowych daje raczej mizerny efekt. Pojawia się jedynie krótki motyw kulinarny:

Na obiedzie w domu byłem rzadkim gościem, toteż w niedzielę starano się przygotowywać moje ulubione proste wiejskie potrawy: kartoflankę zaprawianą obficie skwarkami z boczku, mazowiecki żurek z grzankami, zupę z dyni albo z owoców oraz mielony kotlet. Nie byłem wybredny (…)
(Piotr Jaroszewicz, Przerywam milczenie, 1991, s. 281)

Inny motyw związany z domem dotyczy majsterkowania i fascynacji przyrodą:

Miałem w domu bogaty zestaw różnych narzędzi. Sam naprawiałem drobne uszkodzenia instalacji elektrycznej, wodnej, centralnego ogrzewania, robiłem drobne naprawy mebli, nie domykających się okien i drzwi, uszkodzonych zamków (…). Ale tak naprawdę najbardziej lubiłem i lubię pracę w ogrodzie czy spacery po lesie. Kontakt z przyrodą przynosił mi zawsze największe odprężenie po ciężkiej pracy.
(Piotr Jaroszewicz, Przerywam milczenie, 1991, s. 281)

Wydaje się, że pobyt w Aninie kojarzył się PRL-owskiemu dygnitarzowi przede wszystkim z ciężarami: najpierw z ciężarem władzy, potem z ciężarem odpowiedzialności za tę władzę. Jeszcze w 1991 roku był przekonany (albo chciał za przekonanego uchodzić), że epoka gierkowska była dla Polski złotym wiekiem, dopiero potem przyszli Wojciech Jaruzelski ze Stanisławem Kanią, zrobili zamach stanu, po czym popsuli świetnie prosperującą gospodarkę! Dla niego zaś, sprawnego administratora z poprzedniej dekady rozpoczął się okres męczeński.
 Cezurą otwierającą dla Jaroszewicza te trudne czasy był zawał, który przeszedł w 1979 roku. W lutym 1980 roku podał się do dymisji z urzędu premiera. Prawie nieobecne są w jego wspomnieniach czasy pierwszej Solidarności. Co znamienne wyraża się o niej (a raczej o popierających ją robotnikach) ze sporym uznaniem. W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. były premier został internowany przez Wojskową Radę Ocalenia Narodowego. Członków WRON określa jako bezprawną, wojskową dyktaturę! Zżyma się, że po niego, generała, przysłano do domu w Aninie prostego podoficera. Jaroszewicz liczył sobie 72 lata; twierdzi, ze był najstarszym spośród internowanych. Członków ekipy Gierka osadzono na poligonie wojskowym w Głębokim koło Drawska. Dokuczały im – w świetle relacji Jaroszewicza – kiepskie warunki higieniczne i fatalne jedzenie. Wyprowadzano ich na spacerniak i trzymano pod lufami karabinów, jak groźnych przestępców. Szybko dała im się we znaki niewłaściwa opieka medyczna. Dopiero po śmierci Zdzisława Grudnia (przyczyna zgonu: zawał) zaczęli badać ich kardiolodzy. Wcześniej opiekował się nimi chirurg. U Jaroszewicza stwierdzono zagrożenie zawałem. Przeniesiono go więc do Instytutu Kardiologii w Warszawie. Następnie trafił z powrotem do domu w Aninie, gdzie był internowany do 23 grudnia 1982 roku.
Coraz więcej mówiło się o pociągnięciu do odpowiedzialności winnych stanu zapaści w polskiej gospodarce. W latach 1980-1981 sprawę Jaroszewicza badała Centralna Komisja Kontroli Partyjnej PZPR. Zarzut wykorzystywania stanowiska służbowego do czerpania własnych korzyści nie potwierdził się. Pomimo to w lutym 1981 byłego premiera wykluczono z partii. W kwietniu rozpoczęła działalność tzw. komisja Grabskiego, zajmująca się sprawą odpowiedzialności za kryzys w polskiej gospodarce. W 1982 r. ruszyła z kolei sprawa przed Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Komisja złożyła do Sejmu wniosek o postawienie Jaroszewicza przed Trybunałem Stanu (powołano go w 1982 r. specjalnie dla osądzenia ekipy gierkowskiej). Trybunał wszczął postępowanie. Przyszła jednak amnestia 1984 roku i postępowanie umorzono. W Jaroszewiczu utrwaliło to przekonanie o niesłuszności jakichkolwiek oskarżeń.
Przyszedł czas nieco spokojniejszy. Były premier mógł zajmować się ogrodem. Mógł też spokojnie jeść kartoflankę. Po kilku latach, już po przełomie 1989 roku, zdecydował się jednak przerwać milczenie. Chciał bronić swoich racji. Jesienią 1991 roku rozmawiał z Bogdanem Rolińskim we własnym ogrodzie w Aninie. Nawiązywał do swoich wielogodzinnych przemówień. Czy mógł wtedy przewidzieć, że przemawia publicznie po raz ostatni?



Fotografia z artykułu Agnieszki Rybak (Rzeczpospolita, 13.04.2008 r.) zamieszczonego na www.obnie.pl

DARIUSZ MARCZAK - Zorganizowana obraza boska w Aninie?



               Przytaczał  niegdyś Ksiądz Proboszcz Wiesław Kalisiak, jako anegdotę, żartobliwą  wypowiedź pewnego swojego kapłana, który komentując zachowanie najmłodszych uczestników Mszy św. Powiedział, że dzieci w kościele to obraza boska, a ministranci to już zorganizowana obraza boska. Kiedy przyszło mi więc pracować w Aninie jako opiekunowi ministrantów, miałem stanąć przed prawdziwą bojówką. Bałem się! Bałem się jednak nie tego, czy sobie poradzę, czy dam radę poskromić stadko rozbrykanych owieczek, ale zastanawiałem się jak ukazać młodym ludziom wartość ich służby. Przecież wśród ministrantów tak naprawdę nie było prawdziwych bojówkarzy. Prawdą jest też, że nie zawsze to były same anioły. Później zresztą sam świadomie zapraszałem do grupy i tych, którym bynajmniej nie świeciły aureole nad głowami. Czyniłem to w przekonaniu, że wspólnota ministrantów, tak jak harcerze, czy inne ugrupowania oparte na trwałych wartościach i zasadach, jest najlepszym miejscem szlifowania młodych charakterów.
               Wyrabianie właściwych postaw, uwrażliwianie na dobro, ukazywanie nieprzemijających wartości to podstawowe zadania rodziców jak i duszpasterza. Pewnie największym wyzwaniem dla nas wszystkich jest umiejętna pomoc w przejściu z naturalnego, dziecięcego pojmowania Boga i wiary do odpowiedzialności za nią w wieku dojrzewania i prawdziwej dorosłości. Ci, którzy uciekli z Kościoła, spotkali się z niewłaściwą formą duszpasterstwa, albo sami nie chcieli dorosnąć. Pozostali na poziomie dziecka, a skoro fizycznie nie byli już dziećmi, odrzucili to wszystko, co w dzieciństwie było naturalne, a teraz stało się infantylne, nie moje. Problem młodych nieobecnych w Kościele, to problem obcości, nie uczynili tego miejsca swoim. Jako dzieci łatwo angażowali się w różne praktyki, później jednak poczuli się nieswojo – najpierw kryjąc się po kątach, a z czasem przestając przychodzić.
               Grupy parafialne pomagają w sposób naturalny dorastać w wierze, dlatego stanowią tak ważne ogniwo w skomplikowanym procesie kształcenia młodego człowieka. Małym chłopcom służącym do Mszy św. Wydaje się, że są najważniejszymi osobami na świecie. Mają przeświadczenie, że robią coś więcej niż inni wierni, a jeszcze większą dumą napełnia ich świadomość, że już niedługo będą, jak ich starsi koledzy, lektorami, czy animatorami. Ucząc się ministrantury, różnych modlitw i pieśni, wchodzą w klimat życia Kościoła, poznają podstawy liturgii, kalendarz liturgiczny, a przez to również historię świętych. Będzie to procentować przez całe życie. Nauczą się odkrywać dobro w kimś, kto je praktykuje.
               Duszpasterstwo dzieci i młodzieży w Aninie ma swoje głębokie korzenie w zaangażowaniu wielu osób świeckich i kapłanów, którzy odpowiedzialnie wypełnili zadanie. Nie sposób nie wspomnieć Przymierza Rodzin, gdzie pod przewodem państwa Lissowskich, Skowrońskich i Proc, od wielu, bardzo wielu lat dzieci i młodzież uczą się wiary i życia. Kiedy natomiast spotykałem się z ministrantami, niektórzy wspominali jeszcze swoich dawnych opiekunów, np. ks. Jerzego Popiełuszkę, który  chadzał w kowbojskim kapeluszu i uśmiechał się do wszystkich. Opowiadali o wspólnej grze w piłkę na placu między kinem a kościołem, gdy trzymając sutannę w ręku dzielnie pokonywał kałuże, by dobiec do bramki. Wspominali też pożar w wikariatce, gdy od nieostrożnej zabawy ze świeczkami doprowadzili do pożogi pokoju swego opiekuna.
                Przywoływali na pamięć ks. Wojtka Drozdowicza, który choć nie był wikariuszem, dał się poznać później jako twórca pierwszego w telewizji katolickiego programu dla dzieci: Ziarno. Wśród wspominanych byli też: ks. Irek Węgrzynowicz, ks. Adam Kurowski i ks. Paweł Sołowiej. Zaryzykowałbym tezę, że wychowanie ma w sobie coś z uwodzenia. Ludzie częściej nie dlatego podejmują dobro, bo ktoś intelektualnie ich przekonał, ale dlatego, że odkryli w samym dobru albo w kimś, kto je praktykuje, coś fascynującego i pięknego. Myślę, że wielu młodych ludzi, których spotkałem w duszpasterstwie było tak właśnie kształtowanych. Praca z młodzieżą w Aninie była więc zwyczajną kontynuacją duszpasterstwa ministrantów i lektorów. Zaczęło się od amatorskiego teatru w dawnym kinie Wrzos...
               W 1999 r., tydzień po odpuście parafialnym, ukazał się pierwszy numer gazetki parafialnej. Początki były trudne: na starym komputerze, bez maszyny do powielania, bez doświadczenia. Jednakże dzięki parafianom i przede wszystkim dzięki młodzieży Salve Regina ukazuje się do dzisiaj. Tak niedawno świętowaliśmy I Rok i 100. numer… a już za chwilę będzie 6 lat. Brawa dla Redaktorów! Sumienność i wytrwałość to najpiękniejsza cecha niełatwej przecież młodości. Myślę, że najważniejszym osiągnięciem grupki młodych aninian jest właśnie Salve Regia. Łatwo bowiem do czegoś się zapalić, czymś się zachwycić, a później z tą samą łatwością to porzucić. Salve Regina jest dowodem ich dojrzałości. I chwała im za to! A poczytność pisemka najlepszym dowodem, że jest nie tylko akceptowane, ale – jak mawia sam Ksiądz Proboszcz – trudno sobie wyobrazić niedzielę bez kolejnego wydania. Wiem, że są wśród parafian tacy, którzy do dziś przechowują wszystkie numery. To bardzo miłe.
              A zaczęło się tak zwyczajnie… była to jakby kontynuacja tego, co już się działo. Tak po prostu, wydawało się, że jest to naturalna kolej rzeczy, żeby się rozwijać, coś z siebie dać innym, stworzyć coś wspólnego, co będzie cieszyć. Warto przywołać imiona tych, którzy z takim zapałem podjęli to wyzwanie. Niezastąpiony Rafał Kowalczyk – najwierniejszy redaktor gazetki oraz Rafał Jackiewicz, dziś już obaj studenci dziennikarstwa na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, a także Rafał Bojanowski, który przeprowadził najwięcej wywiadów ze znanymi i cenionymi osobistościami. I ci, którzy byli u początków: Tomek i Michał Glinka, Marcin Stanaszek, Piotr i Karol Karolkiewiczowie, Przemek Waśkiewicz, Robert Tworzydło, Paweł Kozakiewicz i Karol Świtaj. Były też dzielne dziewczyny: Ola Kulikowa, Kasia Wincel, Marta Prątnicka i Ania Szumowska, i te, których nazwiska dziś można przeczytać w stopce redakcyjnej jako białogowy: Paulina Błędowska, Magda Łuczyńska i Gosia Wielgosz .
              I tak powoli, z ministrantów i lektorów, powstawała nieformalna grupa młodzieżowa, do której dołączyły dziewczęta i tak rodziły się pomysły. Jednym z takich pomysłów był Parafialny Klub Młodzieżowy. Trzeba było przeprowadzić remont pomieszczeń, zakupić odpowiedni sprzęt, zaprojektować, urządzić. Wszystko własnymi rękoma wykonali młodzi ludzi. Nieoceniona okazała się też pomoc rodziców w adaptacji mini-kuchenki i toalet. Z założenia Klub miał służyć wszystkim jako miejsce spotkań, rozwijania przyjaźni i kształtowania charakterów. I znowu nic nadzwyczajnego – kawa, herbata, kilka stolików dla dorosłych, bilard dla młodzieży, „piłkarzyki” dla najmłodszych. Ale urok tego miejsca sprawiał, że te role się zmieniały. Oto starsi grali w ping-ponga, a młodzi popijali herbatki prowadząc mądre dysputy.
           W międzyczasie udało się zorganizować plac zabaw przed kinem, a na parkingu – boisko do gry w koszykówkę. Każdego roku odbywały się obozy dla dzieci, zimowiska, wycieczki i pielgrzymki. Wielokrotnie nasza młodzież brała udział w Ogólnopolskich Zlotach Młodych – Lednica 2000. Kiedy dorastali przychodziła naturalna konieczność dalszego rozwoju. Najstarsi zaś zaczęli sprawować opiekę nad młodszymi. Wyzwaniem stało się już nie tylko działanie dla siebie i własnej przyjemności, ale uczynienie czegoś dla innych.
           Oddzielnym zagadnieniem jest duszpasterstwo i kształtowanie właściwych postaw w szkole.     
Sam postęp techniczny nie nauczy szacunku i poszanowania wartości. To właśnie rodzice i nauczyciele są jedynymi ludźmi, którzy wychowują człowieka. Docenia to Ksiądz Proboszcz, który jest inicjatorem i wielkim propagatorem corocznych spotkań całego środowiska nauczycielskiego Anina, Wawra i Sadula. Wspólna Msza św., modlitwa i zwyczajne gawędzenia na spotkaniach niezwykle pogłębiają więzi, ale to pomaga też dostrzec wartość własnego zawodu.
               Spotkałem w swojej pracy dydaktycznej  katechety dobrych i mądrych nauczycieli. Od samego początku pracowałem w Wawrze w SP nr 86 i gimnazjum, które powstało przy podstawówce. Z radością wspominam współpracę z paniami Henryką Wilczyńską i Anną Waśkiewicz, które kierowały tymi placówkami. Choć nie byłem nauczycielem SP nr 218, to jednak ciągle słyszałem o działaniach pedagogicznych nauczycieli i dyrektor pani Krystyny Rębelskiej, której nie był obojętny los ucznia i to, jakim będzie on człowiekiem w przyszłości. Uczniowie z szacunkiem do dziś to wspominają.
               Praca z dziećmi i młodzieżą daje wielką satysfakcję. Myślę, że największym darem naszej młodzieży jest budzenie nadziei, że jednak można coś zrobić, że młodzi ludzie, których tak często negatywnie oceniamy, nie zawsze są tacy źli, a na pewno nie ci, których spotkałem w mej pierwszej parafii.

Fotografia pochodzi z www.warszawa-praga.caritas.pl