24 kwietnia 2013

PODAROWAŁ NAM LOGO


Nad ranem 20 marca 2013 roku zmarł nagle znany, warszawski architekt Jerzy Andrzej „Kuba” Nowakowski.
To On podarował aninianom z okazji stulecia ich osiedla projekt logo, które do dziś znajduje się w niektórych anińskich domach na wielu przedmiotach jako pamiątka owego 2010 roku.
A jest to podarunek godny wdzięczności, bowiem jego twórca był autorem bądź współautorem  warszawskich osiedli mieszkaniowych, jako Generalny Projektant Pasma Południowego i wieloletni pracownik KBM Północ oraz Miastoprojekt Warszawa. W swoim pracowitym życiu był kolejno dyrektorem Biura Planowania Rozwoju Warszawy oraz Wydziału Urbanistyki i Architektury Gminy Centrum. Znalazł czas na przekazywanie swej wiedzy młodym, przyszłym architektom jako nauczyciel akademicki na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.
W Aninie stoi kilka willi zaprojektowanych przez Jerzego „Kubę”, między innymi dom przy ul. Homera.

Zamieszkał w Aninie 1963 roku w domu swojej żony, Lidii; tu przyszła na świat ich córka, Joanna, dziś już doktor, nauczyciel akademicki na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Ona wraz z mężem i córeczką, Jagną - uwielbianą przez dziadka Jurka wnuczką, nazywaną przez Niego „Puszkiem”, mieszkają również w Aninie.
Jerzy całe swoje życie zawodowe oddał Warszawie, ukochał to miasto. Był człowiekiem wrażliwym o szerokich horyzontach; życzliwy ludziom, zawsze pełen humoru. Przebywanie z Nim było prawdziwą przygodą intelektualną - wszystkim przynosiło wiele radości.
Jurek w swoim dorobku zawodowym miał także obiekty sakralne . To Kaplica przy Sanktuarium p.w. Św. Ojca Pio w Warszawie przy ul. E.Fildorfa 1, Kaplica p.w. Władysława Górala w Lublinie przy ul. ks. Jerzego Popiełuszki. W Wąwolnicy zaprojektował Dom Dziecka - dla dzieci, którymi opiekują się siostry Kapucynki NSJ.
O Jego osiągnięciach zawodowych pisał prezes Oddziału Warszawskiego SARP, którego Jerzy był członkiem.
           
W gazetach po Jego śmierci ukazało się wiele nekrologów.
Pogrzeb Jerzego „Kuby” odbył się 26 marca 2013 roku w przepełnionym Kościele Św. Ojca Pio - żegnali Go liczni przyjaciele, znajomi, przedstawiciele Władz Warszawy i organizacji, do których należał, oraz Jego wieloletni współpracownicy.
Jurek „Kuba” pozostawił po sobie wiele ciepłych wspomnień. Chcemy pamięć o Nim zachować i przekazać następnym pokoleniom aninian.

W imieniu przyjaciół z Anina
Halina i Jędrzej Kowalscy, Teresa Szymczak,
Redakcja MNA
           

22 kwietnia 2013

J.T.SZYMCZAK - Po tamtej stronie



J. T. Szymczak
PO TAMTEJ STRONIE

Żeby opisać, co wówczas widziałam i przeżyłam, trzeba być nie jakąś Teresa Sz., ale pisarzem na miarę...                      
Getto płonęło. Mieszkałam  na Kolonii Staszica, a więc dzielnicy bardzo oddalonej od tego piekła. Ale wszyscy wokół mnie mówili o powstaniu Żydów, więc mimo moich 12 lat byłam świadoma tego, co tam się dzieje. A na dodatek - byłam bezpośrednio, bardzo osobiście zaangażowana w tę sprawę.

Pewnego kwietniowego poranka wyszłam jak zwykle bardzo wcześnie na podwórko domu przy al. Niepodległości, gdzie mieszkałam z rodzicami. Miałam wyrzucić śmieci. Z ogromnym zdziwieniem spotkałam przy pojemniku grzebiącego w odpadkach chłopaka.  Był w moim wieku, ostrzyżony na zero, ubrany w nędzną koszulinę mimo, iż ciepło tak znowu jeszcze nie było. Zrozumiałam od razu.
- Szukasz chleba? - zapytałam.
- Ty wiesz, kto ja jestem ? - odpowiedział pytaniem wystraszony.
Rozpoczęliśmy rozmowę. I mój udział - pośredni -  w tragedii Żydów.

Nazywał  się wówczas Staszek, był synem mleczarki, która od lat sprzedawała mieszkańcom naszego domu mleko, przywożone wprost ze wsi. Staszek pomagał matce je roznosić, stąd dobrze znał okolicę. Rodzicom przed pójściem do getta  udało się umieścić go u zaprzyjaźnionego chłopa na wsi jako pastucha do krów. Wieść o powstaniu w gettcie dotarła i do tej jego wioski. Staszek postanowił pieszo dojść do Warszawy i przyłączyć się do powstania
- Oni walczą, chcę być z nimi - powiedział po prostu.
Ale nie wiedział, gdzie jest to getto, ani jak się tam dostać, wiec przyszedł pod znany sobie adres i czekał, co przyniesie los.
- Ty głupku - wymyślałam mu. - Getto już prawie spalone, wracaj na wieś, ocal chociaż swoje życie -  przekonywałam. Ale bez skutku.
Ukrywał się śpiąc na trawniku koło byłego Pomnika Sapera. W tajemnicę ukrywającego się Staszka wprowadziłam dzieci z podwórka. Oddawaliśmy mu swoje szkolne śniadania, resztki wyniesione z domu, moja mama czasem zapraszała go na talerz zupy i pozwalała się umyć. W naszym mieszkaniu już ukrywała się „ciocia” bez dokumentów.
Nie pomagały słowne perswazje. On chciał walczyć ze swoimi.

Więc postanowiliśmy - wraz z zaprzyjaźnionym Mirkiem Miłoszem, o rok starszym kolegą z podwórka - pojechać ze Staszkiem  pod mury getta. Niech zobaczy. Niech się przekona…
Ja też pierwszy raz wówczas zobaczyłam getto.
Wyprawa tramwajem była ryzykowna, choć  Staszek raczej wyglądał jak chłopek ze wsi, niż Żydek. Stanęliśmy przed murami…

I nigdy nie zapomniałam  tego,  co wówczas zobaczyłam. Płomienie buchały ze wszystkich okien budynków po tamtej stronie. W jednym z nich na trzecim piętrze stała kobieta z małym dzieckiem, tuląca je do piersi, jakby chroniąc przed  płomieniami. Stała dobrą chwilę, zanim  na naszych oczach… skoczyła.
Czy ten widok przekonał Staszka? Nie wiem. Tam się rozstaliśmy. Nie wrócił z nami na Aleje.
Czy zginął ze swoimi? Czy ocalał?
Wątpię. W kilka lat potem wraz z rodziną  wyprowadzona zostałam pod eskortą Niemców z płonącej Warszawy. Nawet, gdyby ocalał, nie mógł mnie odnaleźć.


13 kwietnia 2013

WIESŁAW WILCZYŃSKI - Spotkanie


__________________________

 DOBRA PROZA


Darek Osiński
KANAPKI

Najbardziej smakowały mi te wyżebrane, czyli np. chleb ze smalcem z przydziału, przyniesione przez przyszywanego dziadka. Dziadek kładł kromkę na desce, smarował ją wolno i  grubo. Prószył solą, kroił w półtoracentymetrowe paski i przecinając w poprzek uzyskiwał pajdkę pociętą w pyszne kwadraciki… Czekał, zerkając na mnie, czy już intensywnie przełykam ślinę. Przełykałem.
- Chcesz wnusiu?
Wbity na nóż pachnący sześcianik stawiał przed moim nosem prowokując mnie do otwarcia ust i maksymalnego zeza. Chłap. Podarek był już mój, a w kolejce czekał jeszcze pies z kotem.
Na nic zdały się tłumaczenia rodziców, że dziadek nie ma pieniędzy i ten przydziałowy smalec powinien zostać w całości dla niego. Co miesiąc powtarzał się ten sam rytuał.

Na podsiedleckiej wsi wszystko smakowało bardziej -  u wielodzietnej, niezbyt zamożnej, rodziny. Ciotka proponowała chleb z miodem, powidłami, albo ze śmietaną i z cukrem, mnie bardziej smakował chleb polany wodą i oprószony cukrem przez moich nie najbogatszych przyjaciół.
Kanapki do szkoły w specjalnej torebce śniadaniówce szykowała mi babka. Trafiały się nawet smakowite rogale z masłem. Pewnego razu zapodziałem taki skarb i wydało mi się, że stało się to w ciężarówce ojca kolegi, który podwoził nas kawałek. Brak rogala tak mnie pognębił, że w jego poszukiwaniu szwendałem się do zmroku i tylko cudem odszukało mnie rodzeństwo.
Konkretne kanapki pojawiały się na stole wraz z nowalijkami zebranymi w przydomowym inspekcie.
Na kromkach białego pieczywa posmarowanych masłem uśmiechał się wiejski biały ser zmieszany ze szczypiorkiem, albo rzodkiewką.

W czasach intensywnych młodzieńczych spotkań towarzyskich przygotowywanie i jedzenie  kanapek było pretekstem do nowalijkowych flirtów. Po jednej z głośniejszych prywatek w moim domu, pyszne kanapki, finezyjnie komponowane na różnego rodzaju pieczywie z pumperniklem włącznie, przykleiły się do moich ukochanych płyt. Najwyraźniej  komuś spodobała się ich jazda na gapę w rytm rokowej muzyki pod ramieniem gramofonu. Winnych nie ustaliłem, choć miałem swoje typy…

W latach siedemdziesiątych, wieczorami, w sztabie Marynarki Wojennej w Ustce robiliśmy sobie tajne kolacyjki. Kiedy zgłosiłem się na ochotnika do zrobienia kanapek, jeden z Kaszubów jęknął:
- Znowu te warszawskie sznytki…
Poprosiłem o wyjaśnienie.
- No, pewnie kromki będziesz kroił na drobne i załadunek zasypywał w kostkę pokrojoną cebulą, zamiast po Bożemu zostawić pajdy w całości.
Miał rację, bo ja wolałem małą kanapkę na trzy kęsy od takiej na pięćdziesiąt…

W latach osiemdziesiątych swoim córkom szykowałem kanapki, których podobno koleżanki im zazdrościły. Nic dziwnego. Byłem kiedyś u kolegi w pracy gdy ten zrozpaczony stwierdził, że zapomniał swoim ośmioletnim synom dać do szkoły śniadanie…
- Trudno, sam zjem.
I wyciągnął z szarej, papierowej torebki najpierw kromkę chleba, potem dziesięciocentymetrowy kawałek kiełbasy…
Przypomniał mi się wtedy rosyjski dowcip, że najlepiej smakuje chleb posmarowany nożem.

Wydaje mi się, że kanapki zniknęły z naszych stołów. Ja czasami biorę kromkę chleba, smaruję smalcem, kroję w paski, przecinam w poprzek, nadziewam sześcianik na nóż i
zanim zjem,  patrzę nań , jakbym sobie coś przypominał... Musi to dziwnie wyglądać, bo pies z kotem aż przysiadają  z wpatrzonymi we mnie oczyma.
Pewnie robię zeza.


_________________________


POROZMAWIAJMY

Teresa J. Szymczak
ŚMIESZNOŚĆ STAROŚCI

Poprawianie sobie samopoczucia dbałością o wygląd, staranie się o powstrzymanie postępującej degradacji: Ślepoty, głuchoty i …głupoty jest według mnie bezdyskusyjne.
Potrzebne w każdym wieku. Ale…Starsze osoby czasem nie zdają sobie  sprawy  z faktu, że broniąc się przed śmiesznością starości ( BO JEST ONA CZASEM DOSTOJNA I GODNA, CZASEM ZAS ŚMIESZNA,  zwłaszcza dla bezlitosnej młodzieży) – popadają w skrajność odmładzania się wbrew naturze. Znane jest od dawna powiedzonko - z tyłu liceum…Ciągle aktualne.
Po prostu  - wszystko bez przesady. I z głową! 




Barbara Wizimirska
Po lekturze tekstu pani Joanny Wąsik
           
Wiele w nim słusznych stwierdzeń, a jednak korci mnie, aby polemizować z pozycji osoby przejrzałej, ale bynajmniej nie zgorzkniałej i dość żywotnej. A więc po kolei, oto co kontestuję:
Dziś człowiek bardzo nie lubi starości.
Nie sądzę, aby człowiek mógł lubić starość kiedykolwiek, skoro stawiała mu przed oczy widmo śmierci, przynosiła niedołężność i choroby. Mowa oczywiście o prawdziwej starości, niekoniecznie metrykalnej.

Ten stan, dawniej cieszący się estymą..., . Prawda, były Rady Starszych, Starcy, Mędrcy, do których udawano się po radę, szanowani dziadkowie i babcie, głowy rozgałęzionych rodów, którzy decydowali o losach potomków. Czy jednak wszyscy starzy ludzie mieli taką pozycję? A słowo staruch, starucha, określenia bardzo pejoratywne, czyżby były współczesnym wynalazkiem językowym? Z pewnością cieszyli się estymą starzy a bogaci, charyzmatyczni starcy, mężczyźni o odpowiednio wysokiej pozycji społecznej. Takim było dobrze. Ale były to jednostki – chyba.

Obecnie jest wielce niepożądany (ten stan) - a dlaczego miałby być pożądany, skoro wszystkie organy słabną a w perspektywie bolesna (tak, tak!) agonia? Pogarsza się wygląd, siły, pamięć, pozycja społeczna, położenie materialne (na ogół). Jeżeli nawet współcześni 70. latkowie są w lepszej kondycji niż dawni 60.latkowie to i tak mają przed sobą tylko marną perspektywę pogarszania się tej kondycji. Tempo tego zjawiska można trochę osłabić, ale  i tak niedołężność jest nieuchronna po 90.

Większość ludzi stara się uciec od tego, co nieuniknione, oszukać czas, naturę, biologię. Czy to źle? Nie oszukać, tylko odwlec nieuniknione, złagodzić prawa biologii (czy natura i biologia nie są stale poprawiane?).

Pamiętam ciekawą odpowiedź Katharine Hepburn na pytanie, czemu nigdy nie zdecydowała się na żadną operację odmładzającą, na pozbycie się zmarszczek. Odrzekła na to, że nie może tego zrobić, bo przecież całe życie na nie pracowała... I do końca lubiła siebie taką, jaka była, pogodzona z przemijaniem i zmianami, które musiały nastąpić.
Gdybym miała urodę K.H. może też bym nie chciała nic poprawiać. Dorobek aktorski  i sława też jej osładzały starość. Czy p. Joanna W. jest pewna, że aktorka naprawdę nigdy nie poprawiała urody, a jej zgrabna wypowiedź nie była czasem tylko na użytek mediów? Zmarszczki nie są piękne, ani dla ich właścicieli, ani dla widzów. Z bólem obserwuję starzenie się swoich przyjaciółek. One też wiedzą, że robią się coraz brzydsze i cierpią. Mnie własne zmarszczki też nie cieszą, co z tego, że na nie pracowałam. To zresztą nie moja praca, raczej zaniedbania, a może tylko natura tak działa.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że kiedyś będziemy starzy, ale w to nie wierzymy. Podobnie jak wiemy doskonale o tym, że kiedyś umrzemy, ale również w to nie wierzymy. I dobrze, bo zamartwianie się starością i śmiercią gdy jesteśmy sprawni i aktywni, zaangażowani w życie rodzinne i zawodowe, jest niezdrowe i niepotrzebne. Wiara taka (czyli stała świadomość śmiertelności) oznaczałaby patologię,  o śmierci przypominają nam i tak wypadki, przedwczesne zgony bliskich i przyjaciół. Natomiast dobrze jest zdawać sobie sprawę z ograniczonego czasu, jaki nam przypada z woli Boga, losu czy natury – jak kto woli. I z tego, że ważna jest pamięć, jaką się po sobie zostawia, nie wspominając o zbawieniu, o które ja akurat zabiegam. Memento mori – to ostrzeżenie powinno być pojmowane rozumnie. Raczej pamiętaj, że masz jedno życie do dobrego przeżycia. A jak – to już zupełnie inna kwestia.


____________________

Barbara Mildner

Nie!

Nie wierzę Romantykom
i nikt mnie nie przekona,
że najpiękniejsza miłość
to miłość niespełniona.

Kto chce, niech sobie wzdycha,
niech swoje smutki niańczy,
ja biegnę szukać mojej
połówki pomarańczy.

IV/13



Grażyna Mordzon GAŁĄŹ ŚLIWY

Barbara Mildner


Para

W czarowny dzień majowy
usiedli pod platanem –
pani w dojrzałym wieku,
z równie dojrzałym panem.

Patrzyli sobie w oczy,
trzymali się za ręce,
On - w białym pulowerku,
Ona - w szarej sukience.

Ona się rumieniła,
gdy On, zażenowany,
wyznawał, jak niezwykle
wciąż jest w niej zakochany.

Oni……..odeszli razem,
lecz nie zniknęły czary……

Wiosną wciąż wypatruję
tamtej magicznej pary.


IV/13



Darek Osiński
LIST

Kiedyś czytany
i zapomniany -
list w ważnej sprawie
marzy o sławie…
Między tomami,
książek z kartkami
mądrości świata -
NIZIUTKO  lata.


I czasem krzyknie lekko ze złości:
Ja jestem listem pierwszej miłości!


_____________


Joanna Wąsik
SOBOTA NA ŻEGAŃSKIEJ

Gdyby tak przez cały rok można było wpadać na Żegańską  w popołudniowych godzinach i trafiać na coś niecodziennego, na coś, co nas zainteresuje i podziw może nawet wzbudzi. Żeby było różnie: i dla tych, co lubią groteskę, i tych, co podziwiają nowoczesny taniec, i tych, co chcą wypić kawę w kulturalnym  gronie.
           
Było to możliwe 23 marca 2013 r., u zarania wiosny, która wg słów mojej koleżanki z pracy ukryła się gdzieś chwilowo i czekała z przyjściem do nas na dzień, gdy zrobi się cieplej.
           
Być może po to, by ją zachęcić do szybszego nadejścia, postanowiono zorganizować Dzień Otwarty w Wawerskiej Strefie Kultury w murach byłego gimnazjum. Przyciągnął on szerokie tłumy. Każdy mógł znaleźć coś ciekawego dla siebie.
           
Najbardziej widoczni byli najmłodsi i najstarsi. Wtedy właśnie odbył się na szczeblu lokalnym finał ogólnopolskiego konkursu Ośmiu Wspaniałych. Przed młodymi ludźmi, którym udało się dostać do drugiego etapu nowe emocje i nadzieje, na otrzymanie palmy pierwszeństwa. A rywalizacji tej warto przyklasnąć, bowiem chodzi w niej o promowanie pozytywnych zachowań, działań i postaw dzieci i młodzieży oraz upowszechnianie młodzieżowego wolontariatu.

Byli obecni poprzez swoją działalność na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Można było podziwiać m.in. ich prace plastyczne, które zdobiły ściany sal i korytarzy. Rozkwitające kwiaty, lasy, łąki, zwierzęta dzikie i te, które towarzyszą nam na co dzień. Wspaniała feria barw zachwycała, budziła podziw dla kunsztu uzdolnionych seniorów. Podobno niektórzy z nich całkiem niedawno odkryli w sobie talent. Aż trudno było uwierzyć, że malują zaledwie od roku, dwóch, a nigdy wcześniej nie mieli ze sztuką osobistej styczności. Cóż..., po cichutku i nieśmiało przyznaję czasem przed sobą, że też miałabym ochotę takie cudeńko stworzyć. Jednak jest pewne ale... moja nauczycielka rysunku ze szkoły średniej, gdy dochodziło do oceny moich „dzieł”, zwykła mawiać: beztalencie... Pod koniec mojej edukacji zwykła dodawać: ale pracowite... Być może więc jest też dla mnie jakaś iskierka nadziei i w przyszłości również zdołam jakiś obrazek „popełnić”, choćby dla samej przyjemności „popełniania”, bo przecież nie na salony muzeów...


           
W ofercie Dnia Otwartego było jeszcze wiele innych atrakcji. M.in. wernisaż prac ceramicznych i rzeźbiarskich oraz grafik Agnieszki Kubish. Skorzystać mogły małe dzieci, ale też i starsi. Oferta dostosowana była do wieku i możliwości chętnych.

W innej sali można było spotkać artystów z Centrum Ruchu, którzy prezentowali improwizację pełną ekspresji, swobody i wczuwania się w siebie. Nieograniczony niczym performance. Przyłączyć się do tego wydarzenia, które jest odkrywaniem siebie, swojego ciała i tego, jak ono z nami rozmawia, może każdy, ponieważ twórcy Centrum oferują warsztaty ruchowe dla uczestników Uniwersytetu  III Wieku, a także dla dzieci.

Bardzo ciekawą inicjatywą jest ta zatytułowana „Spotkajmy się pomiędzy”. To artystyczny międzypokoleniowy projekt Stowarzyszenia Inicjatywa „Razem”, skierowany do mieszkańców dzielnicy Wawer. Pomysłodawcy wyszli do młodzieży gimnazjów wawerskich z propozycją odnalezienia starszych rdzennych mieszkańców Wawra, w których pamięci zachowały się historie, anegdoty, ciekawe wspomnienia związane z naszą dzielnicą. Ma w ten sposób powstać lokalne archiwum historii mówionej, audioprzewodnik i interaktywna mapa. Twórcy projektu mają też nadzieję na wzmocnienie lokalnego patriotyzmu oraz większe zaangażowanie mieszkańców w życie społeczne. I tych starszych i tych młodszych. Pierwsze efekty już są.

Za oknami królowała zima, tymczasem w innej z sal panowała gorąca brazylijska atmosfera- „Mała Brazylia”, czyli centrum kultury brazylijskiej. Można było popatrzeć na tancerzy, którzy prezentowali sambę, afro brasil, forro czy brasil folk, dowiedzieć się czegoś o kuchni brazylijskiej, a nawet wziąć udział w warsztatach kulinarnych, oraz spróbować swych sił na kursie języka portugalskiego.

A jeśli ktoś jest miłośnikiem tańca, mógł popatrzeć na występy dziewcząt, które brały udział w konkursie tańca nowoczesnego. I oczywiście gorąco im kibicować.

Dla osób, które lubią humor, teatr z Klubu Kultury Falenica przygotował przedstawienie „Teatrzyk Zielona Gęś”- Bal u profesora Bączyńskiego. Wśród żywych, ciepłych barw brylowali artyści z nieśmiertelnym humorem Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Studio JW zapraszało na bezpłatne warsztaty fotograficzne uczniów szkół ponadgimnazjalnych i dorosłych. Każdy mógł wybrać interesujący go temat. Fotografia tradycyjna, praca w ciemni,
fotografia studyjna- portret, światło, efekty specjalne, to tylko niektóre z zagadnień poruszanych podczas warsztatów.

Stowarzyszenie „Mierz wysoko”zapraszało mamy z dziećmi i całymi rodzinami na zajęcia w ramach projektu „Mamy czas”. Tematyka owych warsztatów zahacza o różnorodne tematy. Od poznawania tradycji różnych rejonów świata, poprzez warsztaty fotograficzne, aż do szukania porozumienia między dorosłymi, a ich pociechami, którzy choć używają takich samych słów w rozmowie, czasem zupełnie inaczej je rozumieją i odczytują.

Atrakcji tego wiosennego dnia było o wiele więcej, wymienione w tym krótkim artykule, to tylko niektóre z nich. Pozostaje mieć nadzieję na to, że częściej będziemy mieli okazję uczestniczenia w podobnych wydarzeniach kulturalno- edukacyjnych.