2 grudnia 2015


CAŁOŚĆ PISMA - proszę kliknąć w zdjęcie
_______________

MÓJ ANIN



Maria Simon Sieczkowska                                                               
… zawsze będzie mój Anin

Mój Anin - to mój dom, moja rodzina, moje Poprzeczne - ulice I i X; mój Anin, to chrzest i komunia w drewnianym  kościółku, a ślub już w nowo wybudowanym  kościele.
Mój Anin to moje szkoły - u Więcka, na Kajki, na Alpejskiej, to  Instytut Kardiologii budowany w latach czynów społecznych, w których brałam udział. Tam obecnie naprawiano mi moje serce.     
Mój Anin to las - to sosny, dęby, klony, jarzębiny, to ogrodowe bzy i dające zdrowie brzozy.

URODZIŁAM SIĘ  W ANINIE ponad pół wieku temu, jestem więc rodowitą aninianką i chyba tylko dlatego pisząc o sobie, jednocześnie piszę o Aninie. Wszystko, co zdarzyło się ważnego w  moim życiu, wiąże  się z Aninem. Pierwsze spacery po niezabudowanym naszym, sosnowym terenie, piesze, długie wycieczki z rodzicami i siostrą Kasią nad Wisłę – dziś przemierzam tę trasę rowerem i podziwiam rodziców, jak kiedyś dawali  radę: pies, który zawsze nam towarzyszył, dwie córki, torba ze smakołykami, koc i - zawsze dobry nastrój. Tak mijała niedziela nad WISŁĄ. Moi rodzice i dziadkowie pokazali mi, że dom i rodzina, to ważne w życiu wartości.
DOM  przy ul I Poprzecznej był zawsze gościnny, otwarty dla  innych. Nauczyłam się wtedy kochać ludzi, nie bać się ich, a również - pomagać w miarę możliwości. Myślę, że zawód, na który się zdecydowałam - praca w szpitalu, wybrany był z potrzeby serca.
W tym samym domu mieszkała znana w Aninie nauczycielka, Henryka Markiewicz (już kiedyś wspominałam na łamach MNA o tym fakcie) - wyjątkowa polonistka. Mój sentyment do pisania zawdzięczam właśnie cioci Heni. Zawsze podziwiałam jej wiedzę, talent i dobroć serca. Drugą osobę o podobnych zaletach spotkałam 15 lat temu w Aninie – redaktor MNA – TERESĘ  SZYMCZAK. Jej wiedza, miłość do książek, do poezji, otwarte serce dla nas, sprawia, że jest dla mnie wzorem.
Szkoda, że wiedzy takich osób nie da się przelać na twarde dyski.

35 lat przepracowałam w szpitalu przy ul. Szaserów i myślę tam doczekać emerytury.
Mój mąż z  X Poprzecznej, to  moja sympatia z 7 klasy. Mamy dwóch synów, z których jestem bardzo dumna. Oni też ukończyli anińskie szkoły. Dziś Maciej uczy w anińskim liceum, a na basenie przy ul. V Poprzecznej prowadzi szkołę pływania. Wojtek i synowa Kasia w AKADEMII SPORTOWEJ PRZYGODY zajmują się dziećmi w wieku 7-15 lat. Cała rodzina Sieczkowskich wierzy, że ruch, sport to zdrowie i dobry relaks dla wszystkich, szczególnie dla naszych milusińskich .
Mam ukochanego wnuka - czterolatka. Spacerując z nim, nie mogę uwierzyć jak szybko mija czas i jak bardzo zmienił się mój Anin przez 50 lat. Nie ma już starych, drewnianych domków tylko piękne nowe wille. Nie ma już górki Delmaka, gdzie biegaliśmy i zjeżdżaliśmy na sankach. Nie ma pasmanterii przy V Poprzecznej, tylko sklep z winem, ani apteki przy II Poprzecznej, gdzie później kręcono serial KLAN.
Anin – to też koledzy, przyjaciele, sąsiedzi, pierwsze sympatie i uczucia. W życiu, w moim też, bywa różnie, ale zawsze trzeba mieć nadzieję, patrzeć w dobrą stronę i cieszyć się wspomnieniami, których nikt nigdy nie zabierze ……
I tu refleksja: kiedy brnę po kałużach do domu, lub muszę zamykać okna, gdy unoszą się tumany kurzu, pytam -  czemu moje I i X Poprzeczna wyglądają tak samo, jak 50 lat temu…


Ale jaki by Anin nie był, na zawsze już będzie MOIM ANINEM.

16 listopada 2015

MICHAŁ NOWACKI - Droga do Anina

CAŁOŚĆ PISMA-proszę kliknąć TU

CAŁOŚĆ PISMA - proszę kliknąć w zdjęcie

____________________



DROGA DO ANINA  z cyklu MÓJ ANIN
Michał Nowacki 



Wychowałem się w zapachu pieczonego chleba, płynącego z piekarni mojego ojca. Piękny to zapach. Piekarnia znajdowała się w osadzie o nazwie Dobre.  Od najmłodszych lat związany byłem z pieczywem. Najpierw u boku moje mamy, w przypiekarnianym sklepiku pomagałem jej – siedmiolatek – w sprzedaży pachnących bochenków, potem, już jako podrostek, rozwoziłem je po okolicznych, wiejskich sklepach.
Od szkoły w Dobrem rozpocząłem swą edukację. Szkoła nosi dziś nazwę Konstantego Laszczki, jednego z najwybitniejszych polskich rzeźbiarzy. On chodził długo przede mną do tej samej szkoły, bo urodził się w Makowcu opodal Dobrego. Nie zliczę, ile razy przejeżdżałem obok wielkiego głazu na wysokiej przydrożnej skarpie, na którym to głazie umieszczona jest tablica ku pamięci tego rzeźbiarza. (W Dobrem jest teraz jego pomnik i Muzeum).
Może ten głaz, tkwiący w mej pamięci, zrodził we mnie gotowość udziału w pracach przy „kamieniowaniu” naszego osiedla?
Długa była moja droga z Dobrego do Anina, zanim stałem się jego pełnoprawnym obywatelem, członkiem, a potem nawet – m.in. prezesem Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości w Aninie. Kończyłem naukę w Liceum i. Macierzy Polskiej w Mińsku Mazowieckim, studia zaś w Warszawie, w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Zakończyłem je w terminie pracą magisterską w zakresie technologii drewna. Żonę swą poznałem jeszcze w czasach Liceum, ona tak, jak ja, na studia udała się do Warszawy, ale ukończyła Akademię Medyczną – z tytułem doktora nauk medycznych. Nasze córki tez są lekarzami.
Dzięki wytrwałej, wspólnej pracy udało nam się nabyć działkę w Aninie, na której z niemałym trudem pobudowałem dom, do dziś w nim mieszkam. Powoli poznawałem ludzi, którzy wciągnęli mnie do pracy na społecznym poletku. Działałem więc w Stowarzyszeniu Właścicieli Nieruchomości w Aninie, w Fundacji Rozwoju Anina, w Stowarzyszeniu Przyjaciół Biblioteki, a także – jako przewodniczący Rady Osiedla Anin. Cały czas blisko współpracowałem redakcją MNA, co bardzo poszerzyło moje horyzonty i kontakty.
Bardzo sobie cenię swój udział w pracy ludzi, którzy zdecydowali się podnieść prestiż Anina, przypominając poetów, którzy tu mieszkali bądź przebywali. Zgłosiłem się do tej grupy w czerwcu 2003 roku, obwołanego przez Sejm rokiem K.I.Gałczyńskiego.
Redaktorka MNA na spotkaniu w „Dniu Zielonego Konstantego” – w obecności córki poety, w Bibliotece przy ul. Trawiastej, zwróciła się z apelem o powołanie zespołu dla „upamiętnienia pobytu K.I.Gałczyńskiego w Aninie”. Z miejsca zgłosiło się ponad dwadzieścia osób. W ogrodzie Wypożyczalni  nr 87 ukonstytuował się zespół (potocznie zwany „kamieniarzami’).
Wybrano Zarząd, zgodziłem się mu przewodniczyć, (nie sądziłem wówczas, że na jednym „kamieniu” się nie skończy). Sekretarzem została Ludmiła Kurowska, która aż do przedwczesnej śmierci skrupulatnie protokółowała nasze spotkania. W czasie choroby przekazała sekretarzowanie red. Teresie Szymczak. Nasz zespół spotykał się w małym domku-przybudówce Klubu Kultury, który miałem do dyspozycji jako Przewodniczący Rady Osiedla.
Rozpoczęło się poszukiwanie budynku, w którym mieszkała do 1939 roku rodzina Gałczyńskich. Pani Kira nie pamiętała go – miała wówczas zaledwie kilka lat i jedynie, co zostało w jej pamięci z Anina, to żółte kwiatki (nasturcje). Domu nie zidentyfikowała, ani miejsca, w którym stał. (Do dziś istnieje spór na ten temat). Ówczesna dyrektor Biblioteki, pani Barbara Szpinada, wyraziła zgodę, by kamień z pamiątkową tablicą stanął przy ul. Trawiastej. Odbyło się moje intensywne poszukiwanie odpowiedniego kamienia – z Zofią Górzyńską – m.in. na terenie budowy metra, w składach  i gdzie się dało. Nieżyjący już znany rzeźbiarz, twórca ołtarza w naszym kościele, Władysław Trojan, opracował warianty projektu ewentualnej ekspozycji  na terenie Biblioteki. Ruszyliśmy w teren na poszukiwanie głazu. Dwa odpowiednie znaleźliśmy w pobliżu Stoczka Łukowskiego.
Jak to zwykle bywa, zapał wielu ludzi osłabł, za to przyłączyli się do współdziałania nowi, miedzy innymi Beata Lewicka, którą delegował do współpracy dyrektor Liceum w Aninie śp. Konrad Wójcicki.
Ona też wymyśliła napis, który miał być umieszczony na tablicy ku pamięci Juliana Tuwima. Marzyliśmy o tym, by kamień dla Tuwima stanął przed domem, w którym poeta niegdyś pomieszkiwał, ale ówczesny właściciel zgodził się jedynie na umieszczenie małej tabliczki na budynku z krótka informacją, dziś zupełnie niewidoczną.
Dlatego zwróciłem się w imieniu Zespołu do dyrekcji LO o umieszczenie kamienia poświęconego poecie na terenie bliskiej jego domu szkole. Marii Chodorek, ówczesna przewodnicząca Koła Przyjaciół Anina, udało się przekonać Radę Pedagogiczną do idei umieszczenia głazu z tablicą pamiątkową na jej terenie.
Kamienie znalezione trzeba było jeszcze przewieść i odpowiednio posadowić. I wykonać tablice z odpowiednimi napisami. Zgodził się nam w tym pomóc pan Ufnal, właściciel Warsztatu Kamieniarskiego z ul. Korkowej. Kamienie posadowiliśmy, tablice zawisły.
Po śmierci ks. Jana Twardowskiego zrodził się projekt postawienia głazu z tablicą przy posesji  doktor Aldony Kraus, goszczącej przez kilka lat Księdza – Poetę w swoim domu.
Zebrania „kamieniarzy” przeniosły się z budynku Klubu kultury w gościnne progi pani Aldony. Skład zespołu w ciągu lat uległ zmianie, ktoś chorował, ktoś zmarł, ktoś wyjechał – ale zespół trwa i pracuje do dziś.
Z okazji Stulecia powstania Anina stanął kamień na dziedzińcu kościoła poświęcony pamięci  bł. Ks. Jerzego Popiełuszki, byłego wikarego naszej parafii.
Wszystkie 4 głazy, znalezione i posadowione przy moim aktywnym udziale, pochodzą z okolic wyżej wymienionego, znanego Stoczka Łukowskiego.

Miałem i mam wiele satysfakcji ze wspólnej pracy – w różnych zespołach – dla naszej anińskiej wspólnoty.

27 sierpnia 2015

MNA lipiec 2015


CAŁOŚĆ PISMA- proszę kliknąć TU

_______________


HARCMISTRZYNI
Danuta Rossner


Zaczęłam pracować w Aninie w 1962 r. W ówczesnym hufcu Anin działały (od 1957r.), cieszące się dużym uznaniem, drużyny zuchowe i harcerskie. Jednym z komendantów był phm. Jerzy Helman. W latach sześćdziesiątych nastąpiło jednak osłabienie działania, a w tym właśnie czasie ja podjęłam pracę w anińskiej “jedenastolatce”. I tak w roku 1962 w listopadzie powstał Szczyp “Błękitnych” pwd. Witka Molendy. Ówczesny dyrektor szkoły, hm. Wacław Krauze w efekcie rozpoczęcia naszej działalności harcerskiej reaktywował czynną służbę w Hufcu Praga Południe. Podobnie postąpiła przewodnicząca Komitetu Rodzicielskiego, phm. Henryka Hoppe. Rozpoczęły działalność drużyny zuchowe, harcerskie I starszocharcerskie. Bohaterem szczepu został Tadeusz Sygietyński, twórca “Mazowsza”. Po reorganizacji “jedenastolatek” “Błękitni” prześlij do Liceum nr XXVI, drużyny młodsze i zuchowe zostały w podstawówce i utworzyły odrębny  Szczep 101 WDHZ imienia Michała Kajki. “Błękitni “ od początku swej działalności utrzymują się w czołówce najlepszych szczepów hufca i chorągwi. Tajemnica ich sukcesu tkwi w różnorakiej działalności - śpiewają, tańczą, uprawiają turystykę, niosą pomoc potrzebującym.
Z mojej inicjatywy odbył się w roku 1964 konkurs wokalny Hufca, który przerodził się później w imprezę wielkiego formatu - w coroczny Festiwal Kulturalny Hufca. Do historii Warszawy wyszły nasze wielkie Misteria Pamięci. Wieczornicę poświęconą rocznicy “200 lat Mazurka Dąbrowskiego” w prasie nazwano “Nabożeństwem za Ojczyznę”. Na Wieczornicy “80 lat Niepodległości “ “Błękitni” odznaczeni zostali Złotym Medalem Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej. Tym medalem zostałam również i ja uhonorowana. Na Misterium Ognia, poświęconego “60 rocznicy Zbrodni Wawelskiej” przybyli tradycyjnie przedstawiciele kilku pokoleń. Świadkowie zbrodni i rodziny pomordowanych przeżywali tragedię lat wojny, ale zarazem radość, że młode pokolenie nie zapomina o przeszłości. “Błękitni” pełnili służbę w Kapitule Orderu Uśmiechu, wraz z Liceum organizowali pomoc dla dzieci niepełnosprawnych w Domu Dziecka. Drużyna równocześnie była Harcerskim Klubem PTTK i doskonale łączyła program harcerski z turystyką i krajoznawstwem. Komendantką Szczepu Błękitnych byłam od 1962 do 1982 r.(stopień harcmistrzyni przyznano mi w 1964 r., a stopień hm. PL w 1974r.).
Od tego czasu do chwili obecnej jestem instruktorem i opiekunem drużyny, przez co silnie wrosłam w anińskie środowisko.
Przez lata “Błękitni” nie zdobyli sobie sympatię i szacunek wielu ludzi. Myślę, że moja osoba jest im potrzebna tak samo, jak oni są potrzebni mnie. Na wspólne osiągnięcia składają się również wspaniałe warunki działania, które przez wszystkie lata zapewniała harcerzom Dyrekcja XXVI LO oraz współpraca ze środowiskiem Anina i Wawra. Harcerstwo przygotowało mnie do życia godnego. Nauczyło odpowiedzialności, zaradności. Gdyby nie Harcerstwo, nie wiem czy w trudnych chwilach mego życia nie zostałabym sama. Harcerstwo - to ludzie, krąg przyjaciół, na których można polegać i to się liczy. Pokolenia całe uczyłam i uczę miłości do kraju ojczystego, może przesadzam z patriotyzmem, ale w dzisiejszych czasach potrzebna jest powtórka z miłości do Polski bo niedługo, a zapomnimy, gdzie nasze korzenie. Aninianie to wiedzą, może też jest trochę moje w tym zasługi. Moje pieśni drukowane są w różnych harcerskich śpiewnikach i w książce druha hm. Stefana Romanowskiego. Wszystkie były Natchnieniem chwili. Nie jestem profesjonalistką. Mówiąc o swoich utworach, chylę skronie przed śp.moim Mężem dh. phm. Józefem Rossner. To on nadawał im muzyczny kształt na pięciolinii, on je zapisywał. Marzyłam o wydaniu śpiewnika i nagraniu moich pieśni dla potomnych. Pierwszą pieśnią były “Szuwary” - owoc hufcowej akcji na Mazurach - zdobyła 1. miejsce w konkursie na obozową piosenkę Chorągwi Stołecznej. Ostatnia to “Cisza” - tekst do muzyki Nino Rotta. 
W wieku 85 lat moi wychowankowie - harcerze i aktualni uczniowie oraz przyjaciele zorganizowali mi wspaniały benefis. Była to piękna nagroda. Harcerskie działanie trwa. Komendantem odrodzonego szczepu “Błękitni” jest mój wychowanek druh pwd. Marcin Świderski. Szczep tworzy dzisiaj 200 zuchów i harcerzy starszych z zgrupowanych w 7 drużynach. To są ci najmłodsi, a najstarsi? Spotkaliśmy się niedawno na 70-lecie LO W Aninie. Maturzyści z lat 60-tych powitali swoich starych pedagogów owacją na stojąco, otoczyli mnie serdecznymi wspomnieniami naszych wspólnych lat. Mam 89 lat. Spełniło się moje marzenie. Dzięki wsparciu wójta gminy Międzyborów Macieja Śliwerskiego wydałam swój śpiewnik pt. “Moja Polska”. Do Anina mam wielki sentyment, tu spędziłam większość mojego dorosłego życia, w którym zrealizowałam marzenia swoje i innych.

30 lipca 2015

MNA - maj/czerwiec 2015

STANISŁAWA CYNGOT - ...To osiedle IBJ z cyklu MÓJ ANIN




Sprowadziłam się do Anina w kwietniu 1967 roku na osiedle Instytutu Badań Jądrowych (IBJ). Gubiłam się początkowo w plontaninie jego uliczek – alejek miedzy domami. I nie ja jedna… Budynki – wszystkie dwupiętrowe – były do siebie bardzo podobne, pobudowane z białej cegły i pustaków. Wśród nich rosło wiele ocalałych po dawnym lesie drzew, zwłaszcza pięknych, wiekowych dębów, brzóz i sosen. Teren wokół budynków, będących własnością instytutu, tzw. „zakładowych”, był zadbany, otaczały go wypielęgnowane trawniki, żywopłoty, krzewy i kwiaty. Otoczenie budynków później powstałych, „spółdzielczych”- było jeszcze niezagospodarowane; spod wyrastającej trawy  wyłaniał się często gruz. Ale nie trwało to długo. Mieszkańcy nowych bloków chętnie włączali się w prace porządkowe pod kierownictwem wspaniałego ogrodnika, pana Gałdy. Na osiedlu powstawać zaczęły ozdobne klomby i skalniaki. Wokół pawilonu handlowego wybudowanego z inicjatywy Barbary Andrzejewskiej – posadzono dąbki. Teraz już solidne drzewa…
Osiedle tętniło życiem. Było kilka placów zabaw. Dzieci spędzały wolny czas na świeżym powietrzu, bez konieczności ciągłego nadzoru ze strony rodziców. Trawniki były czyste, więc dzieci mogły się tam bawić. Obecnie, kiedy jest dużo zwierząt, zwłaszcza psów, zanieczyszczone trawniki nie służą do zabawy.
W środku osiedla zbudowano przedszkole, w którym przebywały nasze pociechy, kiedy my wyjeżdżaliśmy służbowymi autokarami do pracy. Działacze spółdzielni, a zwłaszcza niestrudzony pan Golla, organizował zawody sportowe, gry i zabawy, a dzień 1 czerwca był świętem rodzinnym. Zawodom sportowym maluchów i starszych dzieci towarzyszyły występy artystów i inne atrakcje. Osiedle tętniło życiem.
Między ulicą Pazińskiego (wtedy jeszcze  leśną drogą), a obecną ulicą Axentowicza, gdzie teraz stoją bloki, znajdował się stary sad; tam dzieciaki urządziły sobie boisko do gry w piłkę.
Innym miejscem zabaw był las, a zwłaszcza polana przy ul. Zorzy, gdzie teraz znajduje się Instytut Kardiologii; a także brzegi przy dość czystym kanałku, w którym żyły żabki, jaszczurki – raj dla młodych przyrodników.
Ale dosyć już tych wspomnień z odległych, radosnych lat; może trochę za nimi tęsknię, za atmosferą wzajemnej przyjaźni, uśmiechami znających się w większości mieszkańców, będących pracownikami resortu atomistyki.
MÓJ DRUGI ANIN
Na osiedlu „spółdzielczym” mieszkałam do 1996 roku. W tym roku zamieszkałam przy u. Zorzy na osiedlu „zakładowym” i tu zaczął się mój drugi Anin. Przeszłam na emeryturę i zaczęłam pracować we Wspólnocie Mieszkaniowej „Wrzos” jako księgowa, a następnie – po krótkiej przerwie jako przewodnicząca Zarządy WM „Wrzos”.
Osiedle „zakładowe” było bardzo zaniedbane, bloki przecież były starsze od budynków spółdzielczych; szare, z odpadającym tynkiem i farbami, odrapane. Mieliśmy spore kłopoty techniczne ze starą, awaryjną infrastrukturą podziemną, zwłaszcza ciepłej wody i centralnego ogrzewania.
Mieszkańcy budynków należących do „Wrzosu” włożyli wiele wysiłku i pieniędzy, aby stworzyć godne u wygodne warunki do mieszkania na tej części osiedla. W 2002 roku pobudowaliśmy kotłownie gazowe we wszystkich naszych budynkach. Wysiłek finansowy był bardzo Duzy, ale odeszły koszty związane z częstymi awariami zewnętrznej sieci cieplnej. Zadowoleni z tej inwestycji lokatorzy przystąpili do ocieplania budynków, nadając im jasny, słoneczny wygląd.
Do części domów (tam, gdzie to było możliwe), doprowadziliśmy wodę z wodociągu miejskiego. Sukcesywnie robiliśmy i robimy remonty wewnątrz budynków.
Troskę naszą budzi stan techniczny lamp, oświetlających teren i stan zniszczonych chodników oraz śmietnik przy ul. Zambrowskiej, który w tym roku musimy zlikwidować. Przykro mi tylko, ze znikają piękne ogródki z kwiatami i różnymi krzewami, które były niegdyś przed większością budynków. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że nam przybywa lat i ubywa sił do ich utrzymania. Na szczęście – nie wszystkie  zniknęły.
Obecnie na naszym osiedlu zaczynają mieszkać samodzielnie  już nasze wnuki, które maja własne rodziny. Piękny widok, znowu młodzi ludzie z dziećmi, ale co z placami zabaw, piaskownicami, co z pięknymi czystymi trawnikami, miejscami bezpiecznymi dla swobodnych zabaw dzieci.
Otoczenie jest bardzo zanieczyszczone, właściwie dzieci na teren powinno się wyprowadzać „na uwięzi”, żeby nie wchodziły na brudne, a przez to niebezpieczne dla nich trawniki i chodniki.
W ciągu ubiegłego roku spotkałam tylko jedną osobę i w tym roku też jedną, które sprzątają po swoich psach.
JUBILEUSZ „WRZOSU”
W latach 2009-2012 byłam jednocześnie przewodniczącą Zarządu Wspólnoty Mieszkaniowej „Wrzos” i p.o. Prezesa Zarządu Spółdzielni Mieszkaniowej „Anin”. Kłopoty podobne jak we Wspólnocie, awarie, konieczne wymiany instalacji, na które tak jak we „Wrzosie” brak pieniędzy. Udało mi się przy ścisłej współpracy i pomocy Rady Nadzorczej i wspaniałego, obecnego prezesa SM Anin mgr inż. Janusza Drabika, mojego zastępcy, przekształcić około 300 mieszkań w mieszkania własnościowe. Była to trudna i pracochłonna operacja.
W tym roku mamy bardzo ważny jubileusz w naszej Wspólnocie, a mianowicie 20-lecie jej istnienia. Tak wiele rzeczy się działo. Tak wielu wspaniałych ludzi ją tworzyło i włożyło ogromny wysiłek w to, aby mieszkało nam się lepiej i przyjemniej na naszym osiedlu, ciągle jeszcze nazywanym OSIEDLEM IBJ.
______________________

GWIZD
Darek Osiński


Gwizd to bardziej muzyka niż słowa. Chociaż niektórzy świszczą mówiąc…
O ile pamiętam, zabrałem się za niego dopiero wtedy kiedy nauczyłem się mówić.  Usiłowałem podejrzeć jak robi to sąsiad, nakłaniający gołębie do lotu. Rówieśników też to interesowało. Ktoś gwizdał na znalezionej łusce, ktoś na butelce, ktoś na guziku, glinianym koguciku, blaszanym gwizdku albo trawce. Wszystko to było nie to. Z prób składania ust w dziobek i dęcia wychodziło coś pokracznego, niezwykle wyczerpującego…  A mama potrafiła, bo pogwizdywaniem nakłaniała mnie do samodzielnych czynności fizjologicznych.

Coś wreszcie drgnęło, ale już było zbyt późno, by komukolwiek zaimponować.
Kumpel gwizdał na palcach, i to na czterech… W ustach robiły mi się zajady, bo cztery palce i jeszcze szparka, to spora ilość bakterii w ustach. Takim podręcznym zestawem - zamiast gwizdać -  strzelałem strumieniem powietrza, furkoczącym kroplami śliny. Wujcio z litości zrobił mi wierzbową fujarkę, ale kiepską, bo tylko jemu gwizdała. Nękany ambicją ćwiczyłem przed lustrem różne konfiguracje palców kończyn górnych. W końcu dał się słyszeć oczekiwany dźwięk. Jeszcze słaby, ale ćwiczony do upadłego zyskał  na jędrności do tego stopnia, że aż pewnego razu babka wymierzyła mi kuksańca w trakcie odmawiania wieczornych zdrowasiek.

Udało się! Zachwycony wybiegłem na dwór, by ożywić okoliczne psy, a wszystkie inne stworzenia zmusić do ucieczki.
Dumny i blady zaprezentowałem swoje świeżo nabyte umiejętności starszemu bratu, który poza perfekcyjnym gwizdaniem na palcach potrafił jeszcze grać na akordeonie.
- Na których ty palcach gwiżdżesz? Na kciukach? To trzeba na tych… I zademonstrował soczysty gwizd na dwóch wskazujących i dwóch serdecznych.
- Tak to wszyscy potrafią, a zagwiżdż na kciukach…
Nie potrafił. Wychodziło mu tak jak mnie na czterech. Byłem w siódmym niebie, bo w szkole było to samo. Kumple wciskali całe kciuki i nic, a ja coraz głośniej i głośniej, aż doszedłem do tak silnych tonów, że stały się one kłopotliwe nawet dla moich własnych uszu. Stałem się specjalistą najwyższej klasy.

Mama gwizdała, gdy tata sobie pochrapywał. Jakiś to skutek przynosiło - przestawał. Babka pochrapywała, ale na nią już nie było sposobu, bo wypuszczając powietrze sama pogwizdywała.

Ja mam inny problem. Nauczony w dzieciństwie siusiać przy pogwizdywaniu mamy, nie wiem co robić, kiedy żona ucisza moje chrapanie gwiżdżąc delikatnie… 

3 lutego 2015

BLOG ROKU 2014

14 stycznia bieżącego roku wystartowała 10 Edycja Konkursu na Blog Roku 2014. Konkurs polega na wybraniu 14 zwycięskich blogów w 10 kategoriach tematycznych oraz Tekstu Roku. Wyboru dokonają czytelnicy poprzez głosowanie SMS-we oraz Jury, w skład którego wchodzą osobowości ze świata kultury i mediów. 
Multimedialny blog autorski polonijnego twórcy Waldemara Kostrzębskiego - Poezja po godzinach został zgłoszony do tegorocznego konkursu Blog Roku 2014 w kategorii Pasje i Twórczość. Ten blog to nie tylko twórczość poetycka jednego człowieka, to także skromny wkład Haliny i Waldemara Kostrzębskich w utrzymanie polskiego języka i polskiej kultury w Niemczech.

3 lutego 2015 o godzinie 15.00 na blogu Waldemara Kostrzębskiego - Poezja po godzinach ukaże się informacja o możliwości głosowania per SMS, na jego blog.
Głosowanie trwać będzie w okresie od 3 do 10 lutego 2015.