30 lipca 2015

MNA - maj/czerwiec 2015

STANISŁAWA CYNGOT - ...To osiedle IBJ z cyklu MÓJ ANIN




Sprowadziłam się do Anina w kwietniu 1967 roku na osiedle Instytutu Badań Jądrowych (IBJ). Gubiłam się początkowo w plontaninie jego uliczek – alejek miedzy domami. I nie ja jedna… Budynki – wszystkie dwupiętrowe – były do siebie bardzo podobne, pobudowane z białej cegły i pustaków. Wśród nich rosło wiele ocalałych po dawnym lesie drzew, zwłaszcza pięknych, wiekowych dębów, brzóz i sosen. Teren wokół budynków, będących własnością instytutu, tzw. „zakładowych”, był zadbany, otaczały go wypielęgnowane trawniki, żywopłoty, krzewy i kwiaty. Otoczenie budynków później powstałych, „spółdzielczych”- było jeszcze niezagospodarowane; spod wyrastającej trawy  wyłaniał się często gruz. Ale nie trwało to długo. Mieszkańcy nowych bloków chętnie włączali się w prace porządkowe pod kierownictwem wspaniałego ogrodnika, pana Gałdy. Na osiedlu powstawać zaczęły ozdobne klomby i skalniaki. Wokół pawilonu handlowego wybudowanego z inicjatywy Barbary Andrzejewskiej – posadzono dąbki. Teraz już solidne drzewa…
Osiedle tętniło życiem. Było kilka placów zabaw. Dzieci spędzały wolny czas na świeżym powietrzu, bez konieczności ciągłego nadzoru ze strony rodziców. Trawniki były czyste, więc dzieci mogły się tam bawić. Obecnie, kiedy jest dużo zwierząt, zwłaszcza psów, zanieczyszczone trawniki nie służą do zabawy.
W środku osiedla zbudowano przedszkole, w którym przebywały nasze pociechy, kiedy my wyjeżdżaliśmy służbowymi autokarami do pracy. Działacze spółdzielni, a zwłaszcza niestrudzony pan Golla, organizował zawody sportowe, gry i zabawy, a dzień 1 czerwca był świętem rodzinnym. Zawodom sportowym maluchów i starszych dzieci towarzyszyły występy artystów i inne atrakcje. Osiedle tętniło życiem.
Między ulicą Pazińskiego (wtedy jeszcze  leśną drogą), a obecną ulicą Axentowicza, gdzie teraz stoją bloki, znajdował się stary sad; tam dzieciaki urządziły sobie boisko do gry w piłkę.
Innym miejscem zabaw był las, a zwłaszcza polana przy ul. Zorzy, gdzie teraz znajduje się Instytut Kardiologii; a także brzegi przy dość czystym kanałku, w którym żyły żabki, jaszczurki – raj dla młodych przyrodników.
Ale dosyć już tych wspomnień z odległych, radosnych lat; może trochę za nimi tęsknię, za atmosferą wzajemnej przyjaźni, uśmiechami znających się w większości mieszkańców, będących pracownikami resortu atomistyki.
MÓJ DRUGI ANIN
Na osiedlu „spółdzielczym” mieszkałam do 1996 roku. W tym roku zamieszkałam przy u. Zorzy na osiedlu „zakładowym” i tu zaczął się mój drugi Anin. Przeszłam na emeryturę i zaczęłam pracować we Wspólnocie Mieszkaniowej „Wrzos” jako księgowa, a następnie – po krótkiej przerwie jako przewodnicząca Zarządy WM „Wrzos”.
Osiedle „zakładowe” było bardzo zaniedbane, bloki przecież były starsze od budynków spółdzielczych; szare, z odpadającym tynkiem i farbami, odrapane. Mieliśmy spore kłopoty techniczne ze starą, awaryjną infrastrukturą podziemną, zwłaszcza ciepłej wody i centralnego ogrzewania.
Mieszkańcy budynków należących do „Wrzosu” włożyli wiele wysiłku i pieniędzy, aby stworzyć godne u wygodne warunki do mieszkania na tej części osiedla. W 2002 roku pobudowaliśmy kotłownie gazowe we wszystkich naszych budynkach. Wysiłek finansowy był bardzo Duzy, ale odeszły koszty związane z częstymi awariami zewnętrznej sieci cieplnej. Zadowoleni z tej inwestycji lokatorzy przystąpili do ocieplania budynków, nadając im jasny, słoneczny wygląd.
Do części domów (tam, gdzie to było możliwe), doprowadziliśmy wodę z wodociągu miejskiego. Sukcesywnie robiliśmy i robimy remonty wewnątrz budynków.
Troskę naszą budzi stan techniczny lamp, oświetlających teren i stan zniszczonych chodników oraz śmietnik przy ul. Zambrowskiej, który w tym roku musimy zlikwidować. Przykro mi tylko, ze znikają piękne ogródki z kwiatami i różnymi krzewami, które były niegdyś przed większością budynków. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że nam przybywa lat i ubywa sił do ich utrzymania. Na szczęście – nie wszystkie  zniknęły.
Obecnie na naszym osiedlu zaczynają mieszkać samodzielnie  już nasze wnuki, które maja własne rodziny. Piękny widok, znowu młodzi ludzie z dziećmi, ale co z placami zabaw, piaskownicami, co z pięknymi czystymi trawnikami, miejscami bezpiecznymi dla swobodnych zabaw dzieci.
Otoczenie jest bardzo zanieczyszczone, właściwie dzieci na teren powinno się wyprowadzać „na uwięzi”, żeby nie wchodziły na brudne, a przez to niebezpieczne dla nich trawniki i chodniki.
W ciągu ubiegłego roku spotkałam tylko jedną osobę i w tym roku też jedną, które sprzątają po swoich psach.
JUBILEUSZ „WRZOSU”
W latach 2009-2012 byłam jednocześnie przewodniczącą Zarządu Wspólnoty Mieszkaniowej „Wrzos” i p.o. Prezesa Zarządu Spółdzielni Mieszkaniowej „Anin”. Kłopoty podobne jak we Wspólnocie, awarie, konieczne wymiany instalacji, na które tak jak we „Wrzosie” brak pieniędzy. Udało mi się przy ścisłej współpracy i pomocy Rady Nadzorczej i wspaniałego, obecnego prezesa SM Anin mgr inż. Janusza Drabika, mojego zastępcy, przekształcić około 300 mieszkań w mieszkania własnościowe. Była to trudna i pracochłonna operacja.
W tym roku mamy bardzo ważny jubileusz w naszej Wspólnocie, a mianowicie 20-lecie jej istnienia. Tak wiele rzeczy się działo. Tak wielu wspaniałych ludzi ją tworzyło i włożyło ogromny wysiłek w to, aby mieszkało nam się lepiej i przyjemniej na naszym osiedlu, ciągle jeszcze nazywanym OSIEDLEM IBJ.
______________________

GWIZD
Darek Osiński


Gwizd to bardziej muzyka niż słowa. Chociaż niektórzy świszczą mówiąc…
O ile pamiętam, zabrałem się za niego dopiero wtedy kiedy nauczyłem się mówić.  Usiłowałem podejrzeć jak robi to sąsiad, nakłaniający gołębie do lotu. Rówieśników też to interesowało. Ktoś gwizdał na znalezionej łusce, ktoś na butelce, ktoś na guziku, glinianym koguciku, blaszanym gwizdku albo trawce. Wszystko to było nie to. Z prób składania ust w dziobek i dęcia wychodziło coś pokracznego, niezwykle wyczerpującego…  A mama potrafiła, bo pogwizdywaniem nakłaniała mnie do samodzielnych czynności fizjologicznych.

Coś wreszcie drgnęło, ale już było zbyt późno, by komukolwiek zaimponować.
Kumpel gwizdał na palcach, i to na czterech… W ustach robiły mi się zajady, bo cztery palce i jeszcze szparka, to spora ilość bakterii w ustach. Takim podręcznym zestawem - zamiast gwizdać -  strzelałem strumieniem powietrza, furkoczącym kroplami śliny. Wujcio z litości zrobił mi wierzbową fujarkę, ale kiepską, bo tylko jemu gwizdała. Nękany ambicją ćwiczyłem przed lustrem różne konfiguracje palców kończyn górnych. W końcu dał się słyszeć oczekiwany dźwięk. Jeszcze słaby, ale ćwiczony do upadłego zyskał  na jędrności do tego stopnia, że aż pewnego razu babka wymierzyła mi kuksańca w trakcie odmawiania wieczornych zdrowasiek.

Udało się! Zachwycony wybiegłem na dwór, by ożywić okoliczne psy, a wszystkie inne stworzenia zmusić do ucieczki.
Dumny i blady zaprezentowałem swoje świeżo nabyte umiejętności starszemu bratu, który poza perfekcyjnym gwizdaniem na palcach potrafił jeszcze grać na akordeonie.
- Na których ty palcach gwiżdżesz? Na kciukach? To trzeba na tych… I zademonstrował soczysty gwizd na dwóch wskazujących i dwóch serdecznych.
- Tak to wszyscy potrafią, a zagwiżdż na kciukach…
Nie potrafił. Wychodziło mu tak jak mnie na czterech. Byłem w siódmym niebie, bo w szkole było to samo. Kumple wciskali całe kciuki i nic, a ja coraz głośniej i głośniej, aż doszedłem do tak silnych tonów, że stały się one kłopotliwe nawet dla moich własnych uszu. Stałem się specjalistą najwyższej klasy.

Mama gwizdała, gdy tata sobie pochrapywał. Jakiś to skutek przynosiło - przestawał. Babka pochrapywała, ale na nią już nie było sposobu, bo wypuszczając powietrze sama pogwizdywała.

Ja mam inny problem. Nauczony w dzieciństwie siusiać przy pogwizdywaniu mamy, nie wiem co robić, kiedy żona ucisza moje chrapanie gwiżdżąc delikatnie…