21 października 2016

ks. Wiesław Kalisiak

Kolejny numer MNA będzie, w dużej mierze, poświęcony ks. Wiesławowi Kalisiakowi (w tym roku mija 10 lat od Jego śmierci).
Do redakcji wpłynęły wspomnienia. Część z nich publikujemy.


http://issuu.com/mna1/docs/mna_listopad_2016_internet?workerAddress=ec2-54-175-49-233.compute-1.amazonaws.com
Pełna treść MNA XI 2016 proszę kliknąć w zdjęcie okładki.

Ks. Kalisiak z budowniczymi anińskiego kościoła, 1978 r.


Jan Czerniawski
To co ludzkie

W szkole dowiedziałem się, że Gagarin poleciał w kosmos. Kiedy przelatywał przez niebo, okazało się ono puste. Boga tam nie było. Skoro Boga nie ma – dowodziła nauczycielka – to po co księża? Będą już teraz niepotrzebni. Wszyscy znikną. Nie będzie można ich spotkać.

Nie zniknęli. W swoim dalszym życiu spotkałem ich wielu. Niektórzy z nich umieli zatroszczyć się o to, co piękne. Dbali o wygląd świątyni i piękno liturgii. Imponował mi ich zmysł estetyczny. Inni znali świetnie kościelną doktrynę. Byli w stanie odeprzeć każdy przeciwny tej doktrynie pogląd. Podziwiałem ich mądrość. Jeszcze inni mieli klucz do ludzkich spraw. Godzinami wysłuchiwali ludzi, którzy chcieli mówić o swoich grzechach i problemach. Zaskakiwała mnie cierpliwość tych księży.

Prawdę mówiąc, spotkałem też wielu księży, którzy niczym specjalnym się nie wyróżniali. Wypełniali mniej lub bardziej gorliwie swoje obowiązki.

W szkole dowiedziałem się, że teraz bronią nas czołgi. Kawalerzyści nie będą już nikomu potrzebni – dowodziła nauczycielka – bo czołgi są szybsze i bardziej niebezpieczne niż konie. Wszyscy znikną.

I zniknęli. W swoim dalszym życiu nie spotkałem żadnego. Spotkałem za to jeszcze jednego, nietypowego księdza. Znałem go trzydzieści lat. Czym się odznaczał? Im dłużej był księdzem, tym bardziej stawał się człowiekiem. Miał duszę i temperament ułana. Jego życie przypominało kawaleryjską szarżę. Czuję się świadkiem tej szarży. Myślę, że była to ostatnia szarża w obronie humanizmu.
_________________

Od lewej – Halina Kowalska, ks. Kalisiak, Urszula Broniatowska, Ksenia Zimna

Ksenia Zimna
Pierwszy raz ujrzałam ks. Wiesława w czasie sprzątania nowo wybudowanego kościoła. Kilka kobiet zebrało się w jego wnętrzu, żeby umyć okna, doczyścić tynk. Znalazłam się wśród nich. Dzień był chłodny, pamiętam, że drętwiały nam ręce, bo nocą niespodziewanie wyskoczył mróz. On przyszedł  tego, dla mnie pamiętnego dnia, ponoć jak zwykle, bo doglądał postępu wszelkich prac, zagadywał, doradzał, żartował, żeby się milej pracowało. Powiedział: „Moje panie, może trochę „denatury”, żeby się lepiej myło?”…Od razu Go polubiłam. Pomyślałam: „Jaki to proboszcz, tak po prostu, po ludzku zagada, pożartuje".
Od tego czasu z wolna wciągnęłam się głębiej w życie parafii, bo niedawno dopiero zostałam mieszkanką Anina. Wyjątkowa osobowość Księdza proboszcza przyciągała mnie do Kościoła, zachęcała do pracy na rzecz parafian. Zaczęłam działać w Komisji Charytatywnej.
Szczególnie lubiłam Jego kazania. Były zazwyczaj krótkie (tak, że nic nie zdążało odwrócić mojej uwagi w czasie homilii), a zawsze zawierały jakieś ważne przesłanie, które zapadało w pamięć na długo.
Cieszę się, że mam te Jego kazania wydrukowane i mogę czasem je sobie przypomnieć.
______________________

Od lewej – Karina Stolarska, ks. Kalisiak, Halina Kowalska, Teresa Szymczak

Halina i Jędrzej Kowalscy

Była późna jesień 1976 roku, oboje z żoną porządkowaliśmy plac budowy naszego nowo budowanego, niewykończonego jeszcze domu w Aninie. Nagle usłyszeliśmy głos: „Szczęść Boże” i przez uchyloną, prowizoryczną bramę wszedł ksiądz z otwartym brewiarzem w ręku. Przedstawił się jako nowy proboszcz naszej anińskiej parafii. Długo rozmawialiśmy na temat budowy i życia z jego ówczesnymi trudnościami, i naszej aktualnej sytuacji.
Tak rozpoczęła się znajomość, a następnie przyjaźń z księdzem Wiesławem Kalisiakiem – przyjaźń, którą uważamy za zaszczyt. Już wówczas zawiązała się między nami nić sympatii. Może właśnie dlatego w czasie śnieżnej i mroźnej kolędy 1977 roku wraz z wikarym, przyjechał do naszego ówczesnego mieszkania w Wawrze, zostawił samochód i oświadczył: „Do was przyjdziemy na końcu – oczekujemy gorącej herbaty”.
Później był szereg spotkań. Najbardziej utkwiło nam spotkanie na obozie Przymierza Rodzin, w którym uczestniczyły nasze córki z własnymi rodzinami. Ksiądz przyjechał w cywilnym ubraniu, przywiózł kilka kilogramów cukierków dla dzieci. Bawił się z nimi i grał w różne gry ruchowe, pływał z nimi kajakiem, a przy okazji - uczył ewangelii, etyki, dobrego zachowania. Następnego dnia na zaimprowizowanym w lesie ołtarzu odprawił mszę św.
Był naturalnie życzliwym, skromnym człowiekiem, pełnym humoru, a jednocześnie - z żelazną konsekwencją dążącym do wyznaczonego celu – stworzenia wspólnoty parafialnej w pełnym znaczeniu tego słowa. Jego skromność, wręcz zażenowanie, widać było na uroczystościach, organizowanych przez parafian na Jego cześć. Nigdy nie widzieliśmy Go w purpurach lub fioletach, które to barwy przysługiwały Mu jako prałatowi, a pod koniec życia infułatowi.
Był człowiekiem nietuzinkowym, pełnym swady, ale również emocji – wtedy wybuchał i nie wahał się używać dosadnych określeń. Jako kapłan był biblistą, o czym świadczą „Słowa na niedzielę”, które od 2002 roku ukazywały się w parafialnym tygodniku „Salve Regina”. Były mottem jego kazań, zapisem myśli, rad i przemyśleń, które winny być wskazówkami na życie, dla nas, chrześcijan.
Wielka szkoda, że nauki Ks. Wiesława są tak mało upublicznione. Był świetnym organizatorem. Jako budowniczy kościoła nie wahał zwrócić się do ówczesnego premiera komunistycznej Polski, Piotra Jaroszewicza, mieszkańca Anina, z prośbą o umożliwienie zakupu blachy miedzianej na pokrycie dachu nowo budowanego kościoła. Prośba została załatwiona pozytywnie. 
Wielokrotnie odbywał podróże do USA w celu pozyskania środków na budowę Świątyni. Jednocześnie mając na uwadze wygodę parafian (parafia była przedzielona torami kolejowymi), zdecydował się na podział. Dzięki temu na Sadulu powstała parafia Św. Benedykta.
Jednym ze środków budowania wspólnoty i wzajemnej więzi między parafianami były organizowane przez ks. Wiesława pielgrzymki do Ziemi Świętej. W jednej z tych pielgrzymek uczestniczyła moja żona. W programie Jerozolima, Nazaret, Betlejem. Była również na wycieczce do St. Petersburga, po drodze Grodno, Lida, Wilno z Ostrą Bramą i na koniec Pietrozawodsk na dalekiej północy. Jej wrażenia z obu tych podróży i z postawy ks. Wiesława jako organizatora i jednocześnie kapłana są przeogromne i niezapomniane.
Czas wrócić do wspomnień osobistych. Moja mama, w sierpniu 2003 roku obchodziła 100-lecie swoich urodzin. Ze względów zdrowotnych nie wychodziła z domu, poprosiliśmy więc ks. Wiesława, by któryś z księży odprawił Mszę św. w naszym domu. Jak wielka była nasza radość, gdy ks. Wiesław, jak się okazało , przerwał swój urlop i 18 sierpnia pojawił się w naszym mieszkaniu, aby odprawić Mszę św. i uświetnić rocznicę mojej mamy.
Rok 2006. W sierpniu, w dniu swoich urodzin umiera moja mama. Ks.Wiesław, już bardzo chory, nie może odprawić mszy żałobnej. Mszę św. odprawiają dwaj księża: proboszcz parafii Św. Benedykta ks. Dariusz Cempura i wikary naszej parafii, ks. Dariusz Marczak. Obaj zostali poproszeni przez ks. Wiesława o koncelebrę w Jego imieniu, co zostało nam przekazane w ostatnim pożegnaniu. Ks. Wiesław w rozmowie telefonicznej przesłał naszej rodzinie i mnie osobiście swoje kondolencje. 
W październiku tego roku została zorganizowana rocznica 30-to lecia objęcia parafii Anin przez ks. Wiesława. Wielka uroczystość parafialna, połączona z festynem. Ciężko chory, poruszający się już na wózku, ks. Wiesław podpisywał książkę „Świadectwa Czasu” i jednocześnie wyczuwało się, że żegna się ze swoimi parafinami, ze wspólnotą, którą stworzył. Jestem jednym z ostatnich, którzy podchodzą do ks. Wiesława. Uścisk i serdeczność, którą odczułem, była niesamowita, wzbudziła wśród obserwatorów zdziwienie – padły pytania: „Czy to brat”. Jestem dumny, że ks. Wiesław, dla mnie Wiesław, uznał mnie swoim przyjacielem. Było to nasze pożegnanie. Jestem wdzięczny mojej żonie, że wraz z paniami z parafialnego Caritas opiekowała się Wiesławem w ostatnich dniach Jego życia.
O wielkości Jego kapłaństwa świadczy pogrzeb – 20 października 2006 roku odszedł od nas ks. Wisław Kalisiak – proboszcz parafii Anin – uczestniczyło w nim 108 biskupów i kapłanów.
Parafia i osiedle Ania straciło opiekuna i przyjaciela.
_____________________

Ks. Kalisiak z ks. Janem Twardowskim i Aldoną Kraus
Aldona Kraus

Przyszywany kuzyn

Kiedy myślę o tamtym czasie, mówię zawsze: To było przed potopem, a to już po, czyli teraz. Ksiądz Wiesław Kalisiak, "nasz Proboszcz na Aninie" w poprzedzających śmierć mego męża Jerzego latach był z nami,  e mną i moją rodziną często i do tego w tylu tak bardzo podniosłych i radosnych dla nas wydarzeniach. Udzielał Komunii Świętej naszym dzieciom, odwiedzał nasz dom w czas kolędy, celebrował te codzienne, te niedzielne, a i nasze, rodzinne Msze Święte.

Niejeden raz stwierdzał głośno, że przyszył się do nas, bo należy do rodziny, takiej na dobre i na złe. Przepadaliśmy za Przyszywanym Kuzynem, a Jego kazania i niekiedy do nas „kazanka”  były wytycznymi na dalej. Zwolennik normalnego wychowania, a stawało się już modne to bezstresowe,  niejeden raz mówił do mnie: „Jak nabroją, to nie żałuj ścierki na tych twoich czterech, o przepraszam, pięciu panów" - tu zerkał na nas wszystkich spod czarnych brwi.  Młodzi boczyli się wtedy na Niego, a mój najdroższy mówił: „Niech Ksiądz wierzy, jestem Jerzy - anioł Jerzy".

Jerzy rzeczywiście był dobry i, ku naszej rozpaczy, dołączył tak szybko do rzeszy aniołów. Strasznie się wtedy o to pokłóciłam z Panem Bogiem, a Ksiądz, tak jak i wszyscy wtedy, też był przeze mnie niemile widziany. Zaczął przychodzić i to wcale niezaproszony. Pierwszy raz tylko wszystkich uściskał, a na mnie patrzył i patrzył. Już chciałam nawet powiedzieć: „Co się tak gapisz?", ale spasowałam, bo synowie i mateńka patrzyli na mnie jak na raroga i z przestrachem. Za drugim razem, gdy się tak niespodziewanie pojawił, otworzyłam od razu naburmuszona, ale On przytulił moją mamę i pytał z troską o jej już wtedy bardzo chorą nogę. Chłopców lustrował wzrokiem i stwierdził, że nie głodują. Byli onieśmieleni i tylko Jureczek powiedział, o smakowitych darach i o choince od cioci Hali Kowalskiej z Homera. Kopertę z zawartością włożył pod cukiernicę, ale ja zobaczyłam ją i jeszcze bardziej zła, aż zazgrzytałam zębami. Usłyszał, i rzucił: „Tak, tak, właśnie, od  ujaszka. Czyżbym już nim nie był? A zębów szkoda…"

Gdy poszedł, dalej byłam w stu procentach skłócona z niebem i moi sami co niedzielę chodzili do kościoła. Robili to ze stałym  pytaniem w oczach - A ty mamo? Pewnego dnia gdy wpadł, to stwierdził: „Oni stoją w waszym stałym miejscu. Pod filarem, jak prawdziwe sieroty , i to całkowite sieroty".

Dopiero po tej kolędzie, podczas której tylko się modlił, a nic nie mówił do nikogo z nas, poszłam na Mszę Świętą, nieprzekonana, niepogodzona i zła, że idę taka przestraszona i smutna. Stałam jak jakiś kołek pod tym naszym filarem, bez słowa modlitwy. Jedynie w oczach synów zobaczyłam jakąś ulgę i cień radości. Nikt nas o nic nie pytał, tylko ksiądz Proboszcz już po mszy szybko  jak jakaś strzała znalazł się przy mnie. Byłam jak martwa w Jego uścisku i  płakałam bez łez.

Czas biegł i wcale nie goił, i nie goi niczego. Miłość do rodziny, praca, pisanie, codzienny kierat wszelkich spraw, różne inne pasje nie zastąpiły raz powstałej pustki, ale były i są największymi darami. Zawsze o tym wiedziałam i zawsze ja i moi czuliśmy obecność w naszym życiu Księdza Wiesława. Interesował się naszymi osiągnięciami, przeżywał nasze porażki. Chwalił, ale potrafił i nam dołożyć, ot choćby wtedy, gdy w niedzielę,  tak po prostu upomniał mnie i to wprost z ambony. Mówił: „Jak Zosieńka (a miała wtedy osiem miesięcy) tak głośno śpiewa, że zagłusza i modlącego się kapłana, i przekrzykuje organistę, to babcia, tak, babcia, ma nie gapić się na wnusię taka rozanielona, a pomaszerować z dzieckiem do dolnej kaplicy i tam uczestniczyć we Mszy". Oj, dostało mi się, dostało i wtedy, gdy przyszłam z prośbą, by Zosieńkę ochrzcił, bo tak już ustaliliśmy w rodzinie. „Czy babcia zwariowała? – krzyknął na całą zakrystię - To rola rodziców, tylko rodziców prosić Pana Boga, a i mnie, bym dziecku udzielił tego sakramentu. Mają zatem sami przyjść".

O tym miałam więcej pisać we wspomnieniu, ale to absolutnie za długa dla MNA historia, choć nieprawdopodobnie i kolorowa, i soczysta. Noszę ją w sercu, wspominam z synami, opowiadam wieczorami wnukom. Jest jeszcze ich kilka. Wszystkie nas wzruszają i pokazują, jakim kochającym Ojcem był dla swoich parafian, dla nas Ksiądz Wiesław.

Do Jego Słów niedzielnych” i zbioru kazań o tytule „Odwagi” stale zaglądam. To nieprzerwana nigdy, tak potrzebna rozmowa, za którą dziękuję całym wdzięcznym i kochającym Go sercem.  

______________

Od lewej księża: Kielczyk, Filipowicz, Kalisiak, Marczak

Maria Sieczkowska

Pierwsze sakramenty

W 1960 roku w małym, drewnianym, anińskim kościółku jako dwulatka otrzymałam pierwszy w życiu sakrament. Zostałam ochrzczona jeszcze przez ks. Ulatowskiego. Potem – będąc już uczennicą – przyjęłam Komunię Św. ; w kilka lat po niej - Bierzmowanie. A w 1981 r. w nowym już, nie całkiem wykończonym kościele, odbył się mój ślub.

We wszystkich tych sakramentach, tak ważnych dla mnie wydarzeniach, uczestniczył zawsze proboszcz. Ślubu udzielał mi już ON. Jeden jedyny. Ksiądz proboszcz Wiesław Kalisiak. Wyjątkowy człowiek, niezwykły kapłan. Zostawił po sobie kościół murowany, naszą chlubę anińską. Ale nie to jest dla mnie najważniejsze; ważne - te ziarna wiary i ufności, które zasiał w duszy mojej rodziny.

Ważna pozostała rola, jaką odgrywał w życiu swoich parafian. Był z nami w biedach i radościach.
Żył naszymi problemami. Umiał zebrać wokół siebie ludzi, zachęcić w tych ciężkich czasach do nie byle jakiego wyczynu: budowy kolejnej świątyni. Pozostały po nim budynki, które są pomnikami nie tylko Jego, lecz i tych ludzi, którzy wraz z Nim je budowali .

Niejednokrotnie słyszałam, że niecierpliwy, że nakrzyczy na człowieka , ale też, że za to przeprosi.
Wychowywał w ciągu 30 lat swej kapłańskiej posługi wielu młodych duszpasterzy – wikariuszy. Wyobrażam sobie, że z wymagającym proboszczem niełatwe mieli życie. Ale w mojej pamięci na zawsze pozostaną dwaj z nich: Mały i Duży Darek. Obaj są proboszczami. Kontynuują Jego pracę.
Jego duchowi synowie.

Zawsze, kiedy przechodzę koło grobu „proboszcza na Aninie” ,  jak zwykł o sobie mawiać, odmawiam modlitwę.
Niech pamięć o Nim przetrwa.

__________________


Opłatek 1994

Hanna Benesz
Minęło dziesięć lat odkąd księdza Wiesława nie ma wśród nas, a serce wciąż w żałobie…
Wiele aspektów nieprzeciętnej osobowości księdza Kalisiaka godne jest upamiętnienia. Można pisać o Nim jako o Budowniczym anińskiego kościoła, jako charyzmatycznym opiekunie młodzieży na Żoliborzu zanim jeszcze nastał jako „proboszcz na Aninie”, jako wybitnym bibliście i – co się z tym wiąże – fenomenalnym przewodniku po Ziemi Świętej. Dary te przywoływał niegdyś ksiądz Darek Marczak we wstępie do publikacji homilii proboszczowych a i w rocznicowych wspomnieniach zapewne będzie o nich mowa. Ja chciałabym pokazać Go jako Przyjaciela – przez pryzmat osobisty i pryzmat członka wspólnoty parafialnej, niegdyś bardzo w Aninie znaczącej, a teraz zapomnianej.
Gdy wprowadziliśmy się do Anina w czerwcu 1983 r., nie miałam pojęcia o składzie personalnym mojej nowej parafii, nie sądziłam nawet, że poznam tu tak wspaniałych kapłanów jak ks. Proboszcz Wiesław Kalisiak oraz rezydent plebanii, były opat benedyktynów tynieckich, ojciec Placyd Galiński i ksiądz Michał Skibiński.
Najpierw poznaliśmy Ojca Placyda dzięki zaprzyjaźnionym z nim jeszcze za czasów tynieckiech znajomym, którzy zatrzymali się u nas w drodze z wakacji rychło po naszej przeprowadzce. Opat poświęcił nasz nowy, niewykończony jeszcze dom, a następną wizytę złożył nam razem z księdzem proboszczem. Nieformalne spotkania powtarzały się też później, za każdym razem miłe, pobudzające intelektualnie i skrzące się dowcipem. Kiedy wyznałam, że po raz pierwszy w życiu dopiero teraz mam prywatny kontakt z osobami duchownymi, Wiesiek skonstatował: „To dlatego jesteś jeszcze pobożna!”. Był dowcipny, miał precyzyjny język, niekiedy bardzo cięty, tak w prywatnych rozmowach jak i w homiliach. Niektórych to zrażało, stąd ukuło się – koniec końców nie tak pejoratywne  – określenie Proboszcza jako „połączenia choleryka ze świętym Franciszkiem”. 

Miałam to szczęście, że pierwsza część składowa tej mieszanki nigdy nie dotknęła mnie osobiście, choć jeden raz byłam świadkiem, gdy kapłan Świętego Kościoła Powszechnego klął jak szewc… Miał chłop alergię na absurdalne sytuacje, ludzką głupotę, dewocję. Czułam jednak zawsze to, co sam Ksiądz Proboszcz zwerbalizował kiedyś w homilii, że „miłość zakrywa wiele grzechów”. W słowie niedzielnym z 19 września 2004 roku mówił: „Miłość prawdziwa nie może być tylko przedmiotem hymnów pochwalnych, ale musi być wyśpiewana czynem. Stąd do chóru wielbiących miłość może należeć każdy, nawet kompletny afon”. On właśnie był takim wspaniałym afonem/cholerykiem, w którego czynach odzwierciedlała się miłość Boża. Sądzę zresztą, że tę trudną część swojej natury odczuwał jako biblijny oścień. Pamiętam, jak kiedyś mówił o pokutującym świętym Hieronimie, który – też gwałtownik z usposobienia – walił się kamieniem w piersi dla zadośćuczynienia za wybuchy złości. W głosie Wieśka słyszałam wtedy wręcz współczucie dla owego świętego kolegi sprzed ponad półtora tysiąca lat. Złośnikowi bowiem ciężej nawet może być na sercu niż osobie na którą „trafiło”. Zawsze umiał przeprosić, a przede wszystkim zawsze umiał współczuć! W najtrudniejszych przeżyciach, jakie mogą stać się udziałem matki, odczuwałam, że dzieli ze mną cierpienie. Niemal bez słów, gestem, spojrzeniem, w którym odbijało się niebo, całą duszą dawał wyraz solidarności i wsparcia.
Cieszył się wspólnotami w swojej parafii, doceniał każdego, komu chciało się robić coś więcej poza uczestnictwem w niedzielnej Mszy świętej. Spotkania grup, które odbywały się z okazji różnych świąt w tzw. sali kinowej w budynku  plebanii, zawsze były ubogacane obecnością Gospodarza. Przez lata działając w stowarzyszeniu „Przymierze” obserwowałam jego ciepłe zaangażowanie. Celem tej wspólnoty rodzin była formacja własna oraz dzieci i młodzieży (w tym wypadku nie tylko własnych) podczas spotkań i różnorodnych zajęć, które prowadzone były w ciągu roku szkolnego oraz na obozach letnich i zimowych. Zajmowali się tym sami rodzice, którzy kończyli kursy wychowawców. Wiesiek ułatwiał te działania i rodzicom i dzieciom, udostępniając podwoje parafialne. Do opieki duchowej nad naszą  wspólnotą zawsze delegował odpowiedniego wikariusza, a sam odwiedzał nas podczas obozów letnich (kochał wodę, za śniegiem nie przepadał). Te wizyty były prawdziwym świętem szczególnie dla nas dorosłych, ponieważ wieczory wypełniała nie tylko modlitwa na zakończenie (pracowitego, niejednokrotnie trudnego) dnia, ale również błyskotliwe rozmowy, ciekawe opowieści, inteligentne dowcipy. Czuło się, że oto właśnie przyjechał Ktoś, kto naprawdę nas lubi i kocha. Bodajże po ostatniej takiej wizycie (choroba księdza proboszcza dawała już znać poważną utratą wagi i złowrogim cieniem w głębi oczu) wracałam do Warszawy z Wieśkiem, jego samochodem. Gdy mijaliśmy Chełmżę i Chełmno i rozmowa skierowała się na te historyczne miasta tzw. Prus Królewskich, kiedy usłyszał, że ku mojemu ubolewaniu nigdy ich nie odwiedziłam, powiedział: „Zawiozę Cię tam następnym razem”.
Nie było następnego razu. Muszę kiedyś wybrać się tam sama in memoriam Przyjaciela, którego brak odczuwam wciąż dotkliwie.

_________________


Jadwiga Teresa Szymczak
W chwili, kiedy Go poznałam, zachęcona przez  młodego wikariusza do rozmowy z Nim, zaczęła się nowa epoka w moim życiu. Wróciłam do świata dawno odrzuconego. Zaczęły się rozmowy, które rzucały nowe światło na setki mych wątpliwości.  Chciał mnie wysłuchać, ja zaś śmiało mówiłam o tym, co mnie w Kościele uwiera. Nie ciskał we mnie gromów, nie  straszył, wręcz przeciwnie. 
- Kobieto - powtarzał często - Bóg jest Pięknem i Miłością. Jest Miłosierdziem i Wybaczeniem. To On oceni to, co zrobisz. Więc żyj godnie.
Staram się, jak umiem, Księże Wiesławie. Pomagają mi przyjaciele, Siostra Antonietta i ci, którzy pamiętają Twoje kazania…
Kto wie, może się jeszcze spotkamy?







24 lutego 2016

Z OSTATNIEJ CHWILI

Zachorowała nasza koleżanka - złożona grypą musiała odwołać swoje liczne, umówione spotkania... Bolejąc nad utratą kontaktów, wysłała do przyjaciół komunikat. 
Zamieszczam poniżej, wraz z odpowiedzią…
A przy okazji - opowieść o tym, jak ludzie mimo wszelkich przeszkód MOGĄ  porozumiewać się między sobą, zamiast sobie ubliżać.


Zamknęły się drzwi moje
Zwykle gościnnie otwarte
Na wszelkie ewentualności.

Komuś  potrzebny telefon,
Komuś - pociechy po zdradzie,
a komuś – rady, co dalej.

Drzwi skrzypią ze starości,
Już nie otworzą się dla gości,
A ziemia się nie zapadnie…
23 luty 2016 godz. 6.43


ODPOWIEDŹ
Piszesz, że drzwi…
Ty tam, tu my,
a to nie takie proste,
bo wraz ze wzrostem
tajności za drzwiami
stajemy się wywrotowcami
i choćby z ciekawości
włamiemy się do jejmości
na łyk słowa, herbaty,
jednorazowo, na raty,
pod byle pretekstem,
z gazetą, zakupami, z tekstem…

Istota życia – drzwi,
Ty tam, tu my
i jak się znamy
to nie raz w nie zapukamy…
24.02.2016  godz. 7.00
KOMUNIKATOR
Wczoraj z Kurdem pisałem
i się dogadałem.
On w lewo, ja w prawo, niby bzdury
klepaliśmy w klawiatury
częstując się śmiechem
ikonką z uśmiechem…
Pokonując językowe kłody
ustaliliśmy, że mamy te same zawody,
że u mnie plus sześć Celsjusza,
a u niego prawie susza,
że jemu w górach, mnie na nizinie
podobnie czas płynie
i że musimy kończyć bo ktoś dzwoni.
Cześć! Uśmiech. Pozorowany uścisk dłoni.
24.02.2016

____________________




17 lutego 2016

STYCZEŃ, LUTY 2016


CAŁOŚĆ PISMA - proszę kliknąć w zdjęcie :)

______________________


MÓJ ANIN

W KRAINIE SOSEN I DZIWNYCH DOMÓW
Mirosław Perzyński


W deszczowy wrzesień pamiętnego 1980 roku kroczyłem ulicą Zalipie do Domu Kultury. Miał on być moim nowym miejscem pracy. Napawałem się śliczną, piaszczystą nawierzchnią pokrytą błyszczącymi kałużami, w których przeglądały się rozczochrane sosny, prześwietlone lekkimi błyskami słońca zza drzew. Tak wkraczałem w kolejny etap życia - z praskiego przechodząc do marysińsko-anińskiego. Wcześniej, będąc już mieszkańcem Marysina, jako uczeń szkoły podstawowej zbliżyłem się do  Anina dzięki kinu ,,Wrzos" Była to najbliższa mego miejsca zamieszkania świątynia X Muzy. Wraz z kolegami podążaliśmy ku niej ulicą Śnieżki wzdłuż fascynującego, przypominającego dżunglę rezerwatu im. Jana III Sobieskiego. W anińskim kinie okresu schyłkowego Gomułki grywano typowy wówczas repertuar z okazjonalnymi perełkami tamtych lat, jak np. „Fanfan Tulipan", na który jednakże nie zostałem wpuszczony z racji mej nieletniości i ponoć występujących w filmie ..momentów".
A NA ZALIPIU POD NR 17 BYWAŁO WESOŁO
Wystawy, imprezy, występy, typowa działalność kulturalna. Miejsce to zasłynęło w całej Warszawie jako jeden z punktów rozwijającego się żywiołowo w Polsce punk rocka. Zakotwiczył tu jeden z czołowych zespołów tego nurtu, zespół „Kryzys". Zjeżdżały się ekipy z całej Warszawy. Stara, ale solidnie zbudowana willa Galickiego trzeszczała w szwach. Moja rozłąka z Aninem nastąpiła w czasie stanu wojennego. Natomiast comeback - latem 1992 r. Tym razem przywędrowałem na V Poprzeczną 33 (obecnie 13) do Dzielnicowego Ośrodka Kultury „Anin". Instytucja ta rozpoczęła swoją działalność w 1983 r w przedwojennej willi Turalskiego. Po wojnie przez prawie 30 lat stacjonowała w niej jednostka łączności Armii Radzieckiej, pełniąc jednocześnie rolę hotelu dla oficerów i ich rodzin. Część wystroju wnętrz pozostała jeszcze z tamtego okresu, kształtowana przez gusta sowieckich „wojennych". Ten budynek i praca w Aninie to następne 24 lata mojego życia. Gdy jako uczeń podstawówki po raz pierwszy ujrzałem w Aninie okaz świdermajera, zdumienie moje nie miało granic. Cóż za dziwoląg, tandeta, drewniany odpowiednik jelenia na rykowisku. Ni to rosyjska chata z wycinankami jak w Irkucku, ni to góralska koliba z Zakopanego. A to myśl Andriolliego, bajkowa wizja, sen włoskiej duszy, zakorzenionej w polskiej glebie. Ten kicz jednak mnie urzekł do tego stopnia, że rysowałem te domy i chwaliłem się naszej nauczycielce od plastyki. Pracując w Domu Kultury wraz z kolegą dokonaliśmy fotograficznej ewidencji budynków w stylu świdermajer na terenie Anina. W obecnym Anno Domini 2016 roku nie pozostało nawet połowy z nich. Na ich miejscu wyrosły nowoczesne wille, każda w innym kształcie.
WYŚCIGI PSICH ZAPRZĘGÓW
Realizując swoje niespełnione w dzieciństwie marzenia, wyrosłe na bazie lektur Jacka Londona i Jamesa Curwooda, dałem pomysł Wyścigów Psich Zaprzęgów w Aninie. Wydarzenie to zbiegło się z powołaniem Fundacji dogoterapeutycznej pod nazwą CZE-NE-KA, której byłem współzałożycielem. Odtąd przez siedem lat aniński las wokół Górki Delmaka rozbrzmiewał szczekaniem psów wspaniałych ras Północy: alaskan malamutów, syberian husky, samojedów. A wśród uczestników było wielu wychowanków Ośrodka TPD ,Helenów". Zabawa była przednia.
SERBO-ŁUŻYCZANIE W ANINIE
Idąc tropem własnych pasji i mając w pamięci szacowne osoby z niwy literackiej, zamieszkujące onegdaj Anin, pomyślałem o wskrzeszeniu działań poetyckich. A ponieważ działałem w Towarzystwie Polsko-Serbołużyckim, wykorzystując swoją prezesurę tegoż stowarzyszenia zacząłem zapraszać poetów, prozaików, działaczy kulturalnych, przedstawicieli tego najmniejszego słowiańskiego narodu. Przez aniński Dom Kultury w ciągu 17 lat przewinął się kwiat literacki z terenów Saksonii i Brandenburgii, czyli landów, gdzie mieszkają Serbołużyczanie. Z Anina wyruszyła też pielgrzymka autokarowa do Sanktuarium Maryjnego w Różancie. Anin tak mocno zagościł w świadomości Serbołużyczan, że podczas uroczystości w Chróścicach predsyda „DOMOWINY" (główna łużycka organizacja spoleczno-kulturalna) Jan Buk, gdy mnie ujrzał, powiedział głośno: „Knjezje Perzyński, Anin to je nasa domizna" (czyli mała ojczyzna). I to była największa dla mnie zapłata za lata naszej współpracy.
PODRÓŻNICY I KONCERTY
Ale Anin gościł również plejadę podróżników, globtroterów. Pracownicy ambasad, konsulatów egzotycznych państw znajdowali drogę na V Poprzeczną 13. Dworkowy charakter placówki pomagał jej w stworzeniu nastroju szlacheckiej siedziby, napastowanej przez watahę Kozaków, a bronionej przez zastęp dzielnych szlachciurów. Tak Liga Baronów przedstawiała życie na kresach dawnej Rzeczypospolitej w szatach V Poprzecznej 13. W pamięci Aninian pozostają też letnie koncerty wokalno-muzyczne w ogrodzie Klubu. Apogeum działań to oczywiście obchody stulecia Anina. Otwarte Ogrody, wystawy, koncerty, Antologia Poetów anińskich, impreza w Muzeum Historycznym Warszawy, to piękne wspomnienia. Bujnie toczyło się i nadal takie jest życie literackie osiedla. Wszak to Osiedle Poetów, a nazwa zobowiązuje. Chyba największą imprezą zrealizowaną przez naszą placówkę była Wawerska Noc Naukowa, która odbyła się na terenie kościoła anińskiej Parafii.
PRZYJAŹNIE
Przez te lata największą wartością byli dla mnie ludzie, których dane było mi poznać a nawet zawrzeć przyjaźnie. Już od zarania istnienia Niecodziennika „Między Nami Aninianinami" zacząłem nieśmiało zapełniać jego łamy. Odbywało się to pod surowym i czujnym okiem Teresy Szymczak, jedynej w ludzkim wymiarze istoty, mogącej sugestywnie przyśpieszać mój tok pisarski i chronić wytwory mego działania od literackich lapsusów. Z kolei fantazyjna szarmancja Basi Mildner nakłaniała mnie do zapełniania mojej carte blanche wężykami liter przeznaczonymi do druku w MNA. Ulica Niemodlińska, to oczywiście Aldona Kraus. I wszystko, co jest związane z Jej osobą Niczym wysłannik z tamtej strony, z Dobrej Strony Mocy wkroczyła w moje życie i pozostaje na właściwej ścieżce. Psia pasja zawiodła mnie do Lecznicy Weterynaryjnej i pomogła poznać z Piotrem i Dorotą Chodorkami. Mieliśmy psy tej samej rasy, rzadkie w Polsce sealyham teriery. Dużą rolę spełniła w mojej pracy była Naczelnik Wydziału Kultury, Mirosława Skoczeń. Z sentymentem wspominam Ewę Biller, obecnie właścicielkę kwiaciarni przy IX Poprzecznej. A pełne finezji i humoru rozmowy z księdzem proboszczem, Wiesławem Kalisiakiem, częstym gościem w naszej placówce, były perełkami erystyki. Ostatnie lata to Towarzystwo Przyjaciół Warszawy oddział Anin i wszyscy wspaniali członkowie tej szacownej organizacji. Oraz inni, których nie zdołam tu wymienić. Tak więc mój Anin to domy, przyroda i ludzie z nim związani. To Oni zapełnili moje anińskie 25 lat życia. Dwadzieścia pięć? Już? wprost nie do uwierzenia.